Barbara Michalczyk: Przyjeżdżajcie!

31 stycznia 2015

O spektaklu Rosyjski kontrakt w reżyserii Krzysztofa Rekowskiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie

Rosyjski kontrakt/mat. prasowe

Rosyjski kontrakt/mat. prasowe

Nigdy bym nie podejrzewała, że ten spektakl okaże się tak dobry. Pierwsze minuty tego nie zwiastują. Ale kulminacja! Mocna, emocjonalna, rąbiąca obuchem w głowę. Dla niej samej warto obejrzeć całość.

 

Po tym peanie pochwalnym, który wyraża chyba wszystko to, czego nie zdołam już niżej zawrzeć, mogę przejść do konkretu. Że Rosja jest krajem dziwnym, to my wszyscy wiemy. Przekonał się o tym Bertrand Perry (Oskar Hamerski), angielski inżynier, któremu Piotr I (Marcin Sztabiński) zlecił ogromny projekt stworzenia kanału łączącego rzeki Rosji. W tej opartej na opowiadaniu Płatonowa historii mieszają się zarówno watki historyczne oraz osobiste, ściśle związane z angielskim inżynierem.

 

Spektakl zaczyna się od wyświetlanego na białej kurtynie filmu, który został połączony ze słowami listu, płynącymi z offu. Wprowadzają one w akcję i ją zarysowują. Zresztą listów jest więcej, na nich głównie opiera się wątek miłosny. Mary (Agnieszka Roszkowska) występuje jako coś w rodzaju widma, które jawi się Bertrandowi, gdy ten czyta jej listy. Ładnie wypadają tu sceny dwugłosu między aktorami, kiedy jedno powtarza za drugim kolejne słowa. Ona też, jako jedyna, ma moc wyrywania bohatera z marazmu. Hamerski gra swojego  Anglika z ogromną rezerwą, hamuje emocje, a przez to ma się wrażenie, że nie do końca wszedł w postać. Jedynie kilka scen temu przeczy, ale gdy udaje mu się wyzwolić z tych „kajdan angielskości”, dzieją się rzeczy wspaniałe.

 

Fantastyczną energię ma scena podróży trzech inżynierów na plac budowy.  Cała wyprawa zostaje zamknięta w monologach wygłaszanych niemal w biegu. Z pozoru błahy zabieg, ale zupełnie zmienia tempo mówienia i emocje, nagle jest prosto i prawdziwie. A wszystko to przetykają okrzyki „Przyjeżdżajcie!” oraz kolejne opowieści-obserwacje dotyczące życia w Rosji, tak kuriozalnego dla przybyszów z Zachodu.

 

Agnieszka Roszkowska ma w spektaklu jedną świetną scenę, moment gdy pisze/przekazuje list do Bertranda na temat swojego dziecka. Jest w tej scenie jakaś niezwykła, trudna do uchwycenia prawda. Nigdzie później ani wcześniej nie udaje jej się osiągnąć czegoś takiego, ale w tym właśnie momencie jest po prostu wspaniała i z powodu tej sceny kupuję tę postać.

 

Kulminacja zaczyna się od fenomenalnego monologu Krzysztofa Ogłozy (Karl Bergen), który mówi o ogromnej katastrofie nad jeziorem. To bez wątpienia najlepsza rola w całym spektaklu. Bo jako jedyny od początku do końca gra prawdziwie, nie ma wahań, chce się go oglądać i go słuchać. A już w szczególności w tym monologu, który przejmuje do samego dna duszy.

 

A potem jest ostatni, najsmutniejszy list, którego tłem jest operowa aria. Cały ciężki od emocji, prowadzi nas do końca. I niemal brakuje mi słów, aby dobrze to oddać.

 

I na dalszy plan schodzi przy tym wszystko to, co mogłoby zepsuć odbiór. Nawet miałkość niektórych scen, w szczególności sceny pikniku, który miał być o miłości i próbach, a wyszedł o niczym, a jedyne, co się powiodło to rozbudzenie apetytu na konfitury wiśniowe.

 

Zastanawia sposób gry Marcina Sztabińskiego. Tak jakby wewnątrz niego walczyło o wyrwanie się na wolność szaleństwo. Niby zdystansowany, niemalże chłodny, a w drugiej chwili płonie. A Carowi Wszechrosji, jak wiadomo, nigdy nie wolno odmawiać, bo mogą wydarzyć się straszliwe rzeczy… Genialnym zabiegiem jest użycie jego głosu w ostatniej scenie. Podawany z offu, wydaje się być nie głosem kata, a głosem Boga. Bo czy w swojej ojczyźnie nie był kimś w tym rodzaju?

 

A do tego scenografia i muzyka. Postawiono tutaj na wirtualne obrazy, rzucane wprost na ściany. Zależnie od bohatera i granej emocji zmieniają się, czasem to tylko cienie. Przytłaczają one całkowicie materialny stół i palety; liczy się tylko to, co wyświetla się za aktorami. W połączeniu z muzyką klasyczną oraz śpiewami cerkiewnymi daje to bardzo ładny efekt. Jest estetycznie, ale nie przytłaczająco. Kostiumy są stylizowane na epokę, jednak fryzury pozostawiono współczesne. Jakby puszczali do nas oko. Ok, jesteśmy w kostiumach z epoki, ale nadal jesteśmy uniwersalni.

 

Po tym wszystkim próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, o czym tak naprawdę był ten spektakl? O Bertrandzie Perrym? O tym, że zawsze należy robić własne badania? Że miłość na odległość nie wychodzi? O Rosji? Nie wiem. Może o wszystkim po trochu. Ale jedno wiem na pewno – przyjeżdżajcie! Na ten spektakl naprawdę warto.

 

Barbara Michalczyk

 

Rosyjski kontrakt na podstawie Epifańskich śluz Andrieja Płatonowa

Reżyseria i adaptacja: Krzysztof Rekowski

Przekład: Seweryn Pollak

Scenografia i kostiumy: Jan Kozikowski

Muzyka: Marcin Mirowski

Projekcje video: Emilia Sadowska

Kierownik produkcji: Natalia Mołodowiec

 

Obsada: Oskar Hamerski, Agnieszka Roszkowska, Marcin Sztabiński, Krzysztof Ogłoza, Krzysztof Brzazgoń, Magdalena Smalara, Tomasz Budyta

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × 4 =