Barbara Michalczyk: Przyszła wiadomość. Diagilew nie żyje…

31 października 2014

O spektaklu Bóg Niżyński w reżyserii Piotra Tomaszuka zrealizowanym przez Towarzystwo Wierszalin w Supraślu

Bóg Niżyński/fot. B. Sejwa

Bóg Niżyński/fot. B. Sejwa

Schodząc do podziemi sanatorium dla psychicznie chorych w Kreutzlingen, trafiamy wprost na przygotowania do obrzędu w intencji niepokoju duszy Diagilewa. Jego uczestnicy zupełnie nie przejmują się zajmującą miejsca widownią, wyciszeni i skupieni dokonują ostatnich poprawek w oczekiwaniu na kapłana – Wacława Niżyńskiego (Rafał Gąsowski).

 

Tak prosta informacja – „Diagilew nie żyje” – wywołuje w głównym bohaterze skrajne emocje. Pierwszą z nich jest nienawiść, bo przecież Wacław poprzysiągł, że będzie tańczył na grobie swojego byłego kochanka (czyżby tak można było odczytywać rampę po środku sceny, na której Niżyński tańczy?) Z drugiej strony staje się pretekstem do podważenia całego jego życia, zadawania sobie pytań: Czy ja bez niego to jeszcze ja? Czy ja mogę bez niego tańczyć? Czy istnieje taniec bez Diagilewa?

 

To zapiekłość w nienawiści wymusza ten obrazoburczy obrzęd. Zostaje on osnuty na wzorowanej na cerkiewną pieśni, którą intonują uczestnicy obrzędu – „Niepokój wszystkim i duchowi twemu”. Gwałtu na sacrum jest znacznie więcej! Woda, zamiast oczyszczać, prowadzi do orgii, próby obmycia się nią spełzają na niczym. Kwintesencją tego wykrzywienia staje się opowieść, stanowiąca fundament „ewangelii według świętego idioty”, Niżyńskiego. Im głębiej wchodzimy w ten świat, tym emocje są silniejsze. Taniec jest rodzajem religii – „Kto Boga opuścił, zdradził święte tańce.” Szaleństwo Niżyńskiego zostaje porównane do  męki Chrystusowej, kolejne stadia obłędu przypominają stacje drogi krzyżowej. Jej koniec? Ogromnie niejednoznaczny.

 

Jednocześnie w obrzędzie kryje się warstwa teatralności. Jakby był i nie był na poważnie w tym samym momencie. Tocząca się z jednej strony msza jest przerywana stałym pytaniem o to, czy wszyscy pamiętają swoje role. Romola (Katarzyna Gacal) staje się tutaj uosobieniem „lekarstwa” na Diagilewa. Scena ich poznania, a potem ślubu, ma więc być ukoronowaniem wyzwolenia się Wacława spod jego wpływu. W kontrze do tej sytuacji wkrótce potem objawia się Niżyński – Faun, ubrany w maskę i zwierzęce skóry. Tańczy taniec zniewolenia. Uczestnicy obrzędu popadają w trans. Nie mogą wyrwać się spod jego wpływu, choć tego pragną. Robią rzeczy, których nie chcą robić, a wszystko trwa, dopóki Faun nie znika. Czyżby była to metafora stosunków między założycielem Baletów Rosyjskich i ich najlepszego tancerza?

 

Szaleństwo głównego bohatera jest doskonale widoczne w słowach i pozach, jakie przyjmuje. Żywy komentarz do całej opowieści stanowią pozostali aktorzy. Wydają się przechodzić z pozycji autonomicznych uczestników obrzędu do wytworów umysłu tancerza, reagujących na jego wypowiedzi. Jak choćby w scenie z Pietruszką, kiedy Niżyński tańczy, a oni poruszając się jak zwarta grupa, bezlitośnie obśmiewają go i wytykają palcami.

 

Niewiele pewnego możemy powiedzieć o pensjonariuszach, pozostają anonimowym tłumem, wiernie hołubiącym tancerza. Na ich tle zdecydowanie wybija się jednak Katarzyna Gacal w roli Romoli. Jej rozbiegane spojrzenie oraz większa niż u innych służalczość towarzyszą Niżyńskiemu na każdym jego kroku. Większość jej kwestii to echo słów męża, ona też czuwa nad poprawnym przeprowadzeniem obrzędu. Mogłaby przychylić nieba Wacławowi, jednak sama nic z tego nie ma. Kiedy już ma otrzymać swoją „nagrodę”, mężczyznę doszczętnie pochłania praca nad choreografią. Można to uznać za odbicie życia prawdziwej Romoli, która nie zaznała pełni szczęścia. Cieszyła się normalnością jedynie przez kilka lat, żeby kolejne trzydzieści spędzić pielęgnując chorego tancerza.

 

Taniec to cały świat dla Niżyńskiego. Choreografia została skomponowana na podstawie ocalałych zdjęć i opisów, jej przygotowanie przypominało prace archeologiczne, mozolne dochodzenie do obecnego na scenie rezultatu. Za jego pomocą Gąsowski wyraża nagromadzone w bohaterze emocje i wspomnienia. To nie pokaz akrobatyczny, jak w przypadku monodramu Maćkowiaka (Niżyński, Teatr Polski w Warszawie), pełno w nim jednak silnych emocji.

 

Gdyby chcieć pokusić się o porównanie obu tych spektakli, można by wysnuć wniosek, że to, co jest mocną stroną pierwszego, wypada znacznie słabiej w drugim. I o ile Maćkowiak tańczy naprawdę widowiskowo, tak warstwa emocjonalna pozostaje u niego dość płytka. W Bogu Niżyńskim emocje są prawdziwe, a taniec jest jedynie ich uzupełnieniem, nie nośnikiem.

 

Spektakl jest gęsty, ciężki, a jednocześnie głęboko fascynujący. Szybko przechodzi się od jednej emocji do drugiej. Emocje wirują w tańcu, zupełnie jak Niżyński. A my, widzowie dajemy się temu porwać i próbujemy zrozumieć istotę świętego szaleństwa tancerza. Od ostatnich sekwencji trudno oderwać wzrok, emocje sięgają najwyższego pułapu. I kiedy powoli gasną światła, w głowie kołacze się cytat ze spektaklu, dopiero teraz – wobec męki bohatera – tak czytelny. „Bóg tańczy nasze grzechy…” Wacław Niżyński nie żyje.

 

Barbara Michalczyk

 

Bóg Niżyński, Towarzystwo Wierszalin w Supraślu

Scenariusz i reżyseria: Piotr Tomaszuk

Scenografia: Eva Farkasowa, Jano Zvarski

Muzyka: Piotr Nazaruk

Obsada: Katarzyna Gacal, Rafał Gąsowski, Paula Czarnecka, Dariusz Matys, Miłosz Pietruski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eighteen − 12 =