Barbara Michalczyk: Sto sposobów na –

17 grudnia 2015

O spektaklu Ćwiczenia stylistyczne w reżyserii Marii Żynel w Teatrze Studio w Warszawie

Ćwiczenia stylistyczne/fot. Bartek Warzecha

Ćwiczenia stylistyczne/fot. Bartek Warzecha

W godzinach szczytu w pojeździe linii S STOP Mężczyzna w dziwnym kapeluszu STOP Awanturuje się z sąsiadem STOP Idzie o rzekome poszturchiwanie STOP Sytuację ratuje puste miejsce STOP Widzę mężczyznę dwie godziny później przed dworcem Saint-Lazar STOP Jego towarzysz sugeruje mu przyszycie guzika STOP

Oto telegraficzny skrót opisu sytuacji przedstawionej i powtórzonej wiele razy w spektaklu. Najważniejszą rzeczą jest fakt, że nie chodzi tu o treść. Chodzi o formę. Trzech aktorów – Marcin Bartnikowski, Marcin Bikowski oraz Łukasz Lewandowski – prowadzi widzów przez najróżniejsze konwencje, za pomocą których da się opowiedzieć jedną i tę samą historię. Ubrani są w kapelusze oraz garnitury skrojone zgodnie z modą lat czterdziestych, do których cały spektakl próbuje nawiązywać.

Przestrzeń gry jest bardzo wąska. To maksymalnie trzy metry pomiędzy widownią a ścianą, co stworzyło bardzo rozciągnięty, ale niezbyt szeroki prostokąt. Przez kilka pierwszych minut spektaklu scena jest pusta, dopiero wchodzący aktorzy wnoszą ze sobą kolejne rekwizyty, którymi zapełniają zastaną przestrzeń. Czasami, nie wiadomo jak ani kiedy, na scenie pojawiają się przedziwne przedmioty, a wszystko przez to, że wiele rzeczy dzieje się jednocześnie i czasami trudno zorientować się, gdzie należy patrzeć. Co bynajmniej nie jest wadą, oddaje raczej ducha tego spektaklu, który ma w sobie coś żywiołowego i nieoczywistego.

Dobrą chwilę zajmuje wczucie się na tyle, aby zrozumieć, że aktorzy naprawdę za każdym razem mówią o tym samym. Teoretycznie widz powinien być na to przygotowany, bo już przy wchodzeniu do sali otrzymuje karteczkę z napisem Sprawozdawczo, na której cała historia została opisana. Trudno powiedzieć, ile osób naprawdę od razu ją czyta i łączy fakty. Zdziwienie i rozbawienie są więc niemal wyczuwalne w powietrzu.

Aktorzy prowadzą grę z widownią, do której wielokrotnie zwracają się bezpośrednio. Szczególnie sam początek budzi wśród widzów pewną konsternację. Na scenie pojawia się Marcin Bartnikowski i nagle zaczyna mówić po francusku, bardzo starając się być zrozumiałym. Podczas spektaklu, w którym uczestniczyłam, na widowni pojawiły się głosy, że nikt nie mówi w tym języku, co naturalnie od razu zostało przez aktora podchwycone i przetworzone, zaczął poszukiwać na widowni kogoś, kto by tym językiem władał. Oczywiście to był dopiero początek wieży Babel. Jedna z najoczywistszych konwencji – a więc próba zabawy obcymi językami – dała początek zejściu w bardziej abstrakcyjne rejony. Bo przecież całość można opowiedzieć filozoficznie! Można też zaśpiewać. Można spróbować onirycznie. Na dobrą sprawę da się na każdy możliwy sposób, co zostało udowodnione na scenie.

Prawdziwą frajdę sprawia zastanawianie się, co aktorzy zaprezentują za chwilę. Widzowie bardzo szybko wciągają się i brną w to przedziwnie zabawne widowisko. Aktorzy grają to tak, jakby całość była niezaplanowaną improwizacją, w której wszystko jest możliwe. Oprócz interakcji z widownią, prowadzą także grę między sobą – prześcigając się w tym, kto i jak opowie sytuację. W pewnym momencie nabiera to znamion rywalizacji towarzyskiej. Aktorzy czerpią niesamowitą przyjemność z grania, co jest doskonale widoczne. Podobnie jak wysiłek. Czasami dokonują prawdziwych ewolucji akrobatycznych, jak choćby Lewandowski, gdy monologując o wydarzeniu w „esce” zawisa w dziwnych pozach na drabinie.

Twórcy są bardzo zapobiegliwi, jeśli chodzi o możliwość znudzenia wśród publiczności. Bo przecież ile razy można bezkarnie opowiedzieć to samo? Są punkty, w których uwaga zaczyna powoli uciekać, co nie zostaje bez odpowiedzi ze strony aktorów. Zazwyczaj takie sytuacje wiążą się z nagłą zmianą tempa, co powoduje ponowne przykucie uwagi publiczności. Zadbano więc nie tylko o walory estetyczne, ale także konstrukcyjne.

Będę szczera, dla mnie atmosfera Paryża lat czterdziestych, która miała zostać oddana w tym spektaklu, jakoś się nie objawiła. Owszem, miasto powracało non stop, zarówno w słowach, jak i rekwizytach – choćby znanych obrazach, które na stałe zawisły w paryskich muzeach. Owszem, aktorzy byli ubrani z obowiązującą modą, a tekst wtórował, przekazując wiedzę o kapeluszach i garniturach. Ale czy to na pewno były lata czterdzieste? Według mnie, mogłyby to być każde inne, gdyby tylko zmienić drobne atrybuty przedstawianych postaci. Rozmaite konwencje na dobre przyćmiły tę atmosferę. Wychodzący widz będzie raczej opowiadał o tym, co go zaskoczyło, aniżeli rozprawiał o paryskim duchu.

Nie liczyłam wszystkich użytych konwencji, rekwizytów ani kuriozalnych sytuacji na scenie. Podobnie jak wybuchów śmiechu czy pomruków zdziwienia, jakie przetoczyły się wśród publiczności. Dałam się za to ponieść energii, emocjom i dobrej zabawie w interesującej oprawie. Bez wątpienia sto sposobów na konwencję, inteligentny dowcip i udany wieczór.

Barbara Michalczyk

 

Ćwiczenia stylistyczne

Autor: Raymond Queneau

Przekład: Jan Gondowicz

Reżyseria: Maria Żynel

Scenografia i kostiumy: Maria Żynel, Marcin Bikowski

Lalki: Marcin Bikowski

Muzyka: Rafał Rozmus

Współpraca dramaturgiczna: Marcin Bartnikowski

Konsultacja choreograficzna: Anna Godowska

 

Obsada: Marcin Bartnikowski, Marcin Bikowski, Łukasz Lewandowski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

6 − 2 =