Barbara Michalczyk: To nie jest Wenecja

25 stycznia 2016

O spektaklu Moja pierwsza śmierć w Wenecji w reżyserii Tomasza Cyza w Teatrze Dramatycznym w Warszawie

Moja pierwsza śmierć w Wenecji/fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Moja pierwsza śmierć w Wenecji/fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

A. (Adam Ferency) stoi bokiem do publiczności, wsparty na baletowej poręczy. W granatowej marynarce, jasnych spodniach oraz kapeluszu wygląda jak bohater starego filmu. Jego sylwetka rzuca ogromne cienie na czerwone ściany, co buduje nastrój osaczenia i niepewności. On sam wydaje się być pełen wahania, rozgląda się. W tle cały czas gra muzyka, wznosząc się na coraz wyższe tony. Nagle zostaje przerwana. A. pada. Światła gasną. Nasz bohater właśnie umarł, by narodzić się dla tej opowieści.

Historia opowiadana na scenie ma charakter oniryczny, pozostając raczej w sferze domysłów i gdybań. A. umiera i zostaje wydany na pastwę Trzech Mężczyzn (Sławomir Grzymkowski, Władysław Kowalski, Mateusz Łapka), którzy próbują go przeprowadzić przez ten dziwny etap tuż po śmierci, a jeszcze przed uświadomieniem sobie tego. Co więcej, cały czas podają pod wątpliwość to, co on bierze za pewnik – jego obecność w Wenecji. Na swojej drodze A. spotyka kolejne osoby, z którymi dyskutuje o życiu. Najważniejszą spośród nich wszystkich jest Tadzio (Eliza Rycembel), który najpierw objawia się w formie cienia, by później zaistnieć jako realna persona, spełniony sen o namiętności.

Całość ma charakter nielinearny, próżno tutaj także szukać ciągu przyczynowo – skutkowego. Postacie pojawiają się, rozmawiają z głównym bohaterem, ale niewiele z tych rozmów wynika. Owszem, można poddać się tej przedziwnej atmosferze, jednak widzowi stale towarzyszy konfuzja. Nieznajomość tekstów podanych jako inspiracje niemal z miejsca wyklucza szansę na pełne zrozumienie spektaklu i losu bohatera. Z rozmów toczących się wśród wychodzących ze spektaklu, przebijało się jedno pytanie – o czym to właściwie było? Bo o ile dzięki grze aktorskiej ogólne emocje były doskonale odczuwalne i miejscami poruszające, tak sama historia zwyczajnie nie przeszła przez rampę. Dlaczego bohaterowie postępowali tak, a nie inaczej? Dlaczego odnosili się do siebie w ten konkretny sposób? Kim tak naprawdę dla siebie byli? Dlaczego tym razem romans z Tadziem mógł się powieść? Oraz najważniejsze – dlaczego to było tak okrutnie przegadane? Monolog A, gdy w ciemnościach klęczy i próbuje poradzić sobie z własnymi problemami, na dobrą sprawę można by skrócić o połowę. Tekst stał się główną przeszkodą dla jasnego i zrozumiałego przekazu.

Scenografia przez cały spektakl właściwie się nie zmienia, poza drobnymi zmianami w konfiguracji mebli. To mieszczański salonik, a jednocześnie coś na kształt plaży lub wybrzeża – plącząca się w tle Wenecja każe szukać bliżej tego drugiego wyjaśnienia. Grzymowski i Kowalski większość czasu spędzają na leżakach, podczas gdy Łapka zajmuje się metaforycznym kopaniem grobu, przesypując ziemię łopatą. Atmosferę tej przestrzeni budują czerwone ściany, na których rosną i zwielokrotniają się cienie. Czasem to cienie bohaterów, czasem wyrazy ich tęsknot i pragnień – jak choćby moment, gdy na ścianie pojawia się cień Tadzia, zapowiedź tego, co wydarzy się w życiu.

Cyz fenomenalnie posługuje się obrazami scenicznymi oraz kryptocytatami. Nie brak tu scen robiących ogromne wrażenie swoją monumentalnością i budowaną atmosferą. Co znamienne dla tego spektaklu, właściwie wszystkie spośród nich są zupełnie nieme, za to uzupełniane przez muzykę. Czyżby kolejny dowód na to, że tekst jest kompletną pomyłką?

Interesująco wypadają dwie kreacje aktorskie. Po pierwsze, A. Adama Ferencego, który wydaje się groteskowo oderwany od zastanego świata. Bohater rzuca się pomiędzy stałością i pewnością swoich poglądów, a tym, co narzuca mu zewnętrzność. W jego postawie wyczuwa się to, o czym w dużej mierze traktuje spektakl, a więc wypalenie i zniechęcenie twórcze. Jednak dużo bardziej od słów przekonują o tym emocje, które niemal bezpośrednio docierają do widza.

Warto zwrócić uwagę także na Elizę Rycembel, która wciela się w Tadzia. W jej grze da się wyczuć, że głos, którym się posługuje, jest odrobinę sztuczny, nie umniejsza to jednak wrażenia, jakie robi. Aktorka gra bardzo do środka, w ogromnym skupieniu i z dbałością o każdy gest. Mówi i porusza się powoli, jakby uważnie dobierając słowa i gesty. Ten spokój jest skrajnie różny od postaw innych uczestników akcji, zamiast powodować jej niezauważalność, właśnie tym mocniej przykuwa uwagę widza.

Skoro to nie jest Wenecja, to gdzie jesteśmy? W miejscu, gdzie oczekiwania stykają się z realizmem? Gdzieś pomiędzy spełnionymi nadziejami a rozczarowaniem? Nie można mieć pewności, bo skąd właściwie wiadomo, że właśnie umarło się po raz pierwszy?

 

Barbara Michalczyk

 

Reżyseria: Tomasz Cyz
Tekst: Justyna Bargielska

Scenografia i kostiumy: Joanna Braun
Reżyseria świateł: Ewa Garniec
Muzyka i opracowanie muzyczne: Janusz Stokłosa
ruch sceniczny: Jacek Przybyłowicz

Obsada:

A: Adam Ferency
Matka: Agnieszka Warchulska
Tadzio: Eliza Rycembel (Akademia Teatralna im. A. Zelwerowicza)
Mężczyzna I: Sławomir Grzymkowski
Mężczyzna II: Władysław Kowalski
Mężczyzna III: Mateusz Łapka (Akademia Teatralna im. A. Zelwerowicza)
Siostry Tadzia: Bogna Cyz, Hanna Hryniewicka

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

15 − eight =