Barbara Michalczyk: Zrobiliśmy coś dobrego!

3 listopada 2016

O spektaklu Osama Bohater w reżyserii Jacka Poniedziałka w Teatrze Collegium Nobilium

Osama Bohater/fot. Krzysztof Bieliński

Osama Bohater/fot. Krzysztof Bieliński

Zabicie dwóch tysięcy osób, o ile będą to właściwie osoby, nie jest zbrodnią. Ludzie są skazani na zagładę, bo nie wierzą w nic ani nikogo, nawet w samych siebie. Przemoc generuje lęk i niezrozumienie. Nie da się tego zatrzymać. Nikomu nie można ufać. Zło trzeba zwalczać złem. Prawda?

Spektakl dzieli się na trzy części. W pierwszej zawiązuje się akcja, dialogi i monologi przeplatają się i z pozoru nie mają ze sobą najmniejszego związku. Louis (Lidia Pronobis) i Francis (Jakub Hojda) to rodzeństwo, o zupełnie różnych priorytetach w życiu. Kochają się, ale nie rozumieją. Ona bardzo chciałaby, żeby brat znalazł pracę. On woli, żeby ona się odczepiła i pozwoliła mu nurzać w teoriach spiskowych. Gary (Filip Krupa) jest prostym chłopakiem, który ostatnio trochę za dużo rozmyśla. Sam za bardzo nie wie z kim się tym dzielić, więc dzieli się ze wszystkimi. Ostatnią parę tworzą Mark (Mateusz Kmiecik) oraz Mandy (Izabela Zwierzyńska). To oni kradną tę część pozostałym aktorom. Rozparci na kanapie udzielają wywiadu wyimaginowanemu reporterowi, bawią się w celebrytów, by skończyć zupełnie jak u Albee’ego. Mark oznajmia światu, że mały Rozejmek nie przeżył, więc matka wybiega z krzykiem.

Druga część splata te wątki w jeden węzeł. Bohaterowie spotykają się w przestrzeni zdewastowanego garażu, aby dokonać samosądu. Widz jednak nie musi dokonywać wyboru po czyjej stronie stanąć, doskonale wie, co się stało wcześniej. Piekło Gary’ego zostało wybrukowane dobrymi chęciami innych bohaterów. Ich moralnością, poczuciem wewnętrznej słuszności oraz emocjami, które ich ponoszą.

Ostatnia część daje niesamowitą możliwość popisania się każdemu z młodych aktorów. To osobiste monologi, domykające historię. Ponownie wydają się oderwane od fabuły, jednak tworzą z nią nierozerwalną całość. Najpiękniejszy spośród nich jest ten o gotowaniu łososia teriyaki wygłaszany Mateusza Kmiecika. Jest w tych słowach coś, co lepiej oddaje uczucia niż wszystkie możliwe „kocham cię” świata. Ze względu na to, że trzecia część jest najbardziej wymagająca, wciąż potrzeba bardzo wiele pracy, aby ją udźwignąć. Słowa wypowiadane przez aktorów bardzo często przychodzą „za lekko”, niszcząc cały trud włożony w to, aby opowiedzieć prawdę swojej postaci.

To nie jest przyjemny spektakl. Nikomu nie jest i nie będzie miło. Balon nadmuchiwany na oczach publiczności musi w końcu pęknąć. Im bardziej się rozdyma, tym wydaje się to pewniejsze. Obserwowanie go przypomina oczekiwanie na egzekucję i wywołuje dyskomfort. Cały czas wszyscy spodziewają się huku, ale ten i tak przychodzi niespodziewanie. Język bohaterów jest dosadny i brutalny. Kiedy Louis katuje Gary’ego młotkiem można odwrócić wzrok, nie patrzeć, powtarzać sobie, że to tylko teatr. Kiedy jednak Mandy opisuje zmasakrowaną twarz, której nie widać z widowni, nie da się uciec od obrazu w myślach – od wypluwanych zębów, krztuszenia się krwią, czy ułamanego dziąsła. Własna wyobraźnia buduje najbardziej opresyjną z sytuacji generowanych przez ten spektakl.

Pewne chwyty zastosowane na scenie jasno kojarzą się z teatrem Krzysztofa Warlikowskiego. Głównym elementem scenografii jest drewniany szkielet obciągnięty folią. Przy odpowiednim oświetleniu wygląda jak pleksiglas i pełni dokładnie tę samą funkcję. Bohaterowie odgrodzeni od publiczności, zamknięci w ciasnej przestrzeni, pozwalają wyrwać się na zewnątrz najbardziej mrocznym instynktom. Publiczność przez chwilę ma wgląd w to, co ukrywają przed światem. Może zajrzeć do wnętrza postaci, zmierzyć ich moralność swoją własną. Przecież oni tak naprawdę cały czas chcieli dobrze. Wierzyli, że schwytali tego złego, a złym przecież należy się kara.

Spektakl można równie dobrze czytać dosłownie, jak i odnieść go do szerszych kontekstów historycznych. Na dobrą sprawę można by to potraktować jako alegorię konfliktu w Iraku. Tam chodziło o broń biologiczną, której nigdy nie było. Tutaj także dochodzi do fałszywych oskarżeń, wysnutych na podstawie cudzych wypowiedzi. W żadnym z powyższych wypadków nie skończyło się to dobrze.

Aktorsko całość wypada naprawdę interesująco. Każdy ma na scenie okazję zabłysnąć, pokazać siebie i to bez zbędnych tricków. Jest aktor, jest bohater i jest mocny tekst. Sztuką jest tchnąć w to życie, co w większości przypadków naprawdę się udało. Pierwszą część spektaklu ukradła wszystkim para Kmiecik i Zwierzyńska. Są niesamowicie naturalni w tym, jak ogrywają gesty i zachowania typowe dla współczesnych celebrytów. Zwierzyńska, grając Mandy, utrzymuje taką maskę do końca. Jest zrelaksowana, gesty jakie wykonuje wydają się być bardzo przemyślane i teatralne – nawet chipsy je dwoma palcami, wkładając je do ust niemalże po królewsku. Nie gra w tę grę po raz pierwszy i nie daje się wytrącić z równowagi swojemu partnerowi, który marzy o dotyku. Nie jest nijaka w swoim byciu na scenie, mimowolnie przyciąga wzrok zawsze, gdy się pojawia. W pierwszej chwili bardzo łatwo wziąć ich bohaterów za ludzi w zbliżonym wieku, małżeństwo. Jednak tylko on nosi obrączkę. On także jest znacznie słabszej konstrukcji psychicznej, szybciej porzuca grę i potrafi skamleć o uwagę. Hollywoodzki uśmiech zastępuje grymasem bólu i jakimś wewnętrznym zagubieniem, które odbija się na jego twarzy. Jest słaby, to ona cały czas nad nim dominuje.

W drugiej na plan pierwszy wysuwa się para Hojda i Pronobis. Początkowo to on bryluje w tej scenie. Francis to prosty chłopak z blokowiska, który miał ojca psychopatę i bardzo trudne dzieciństwo. Szaleństwo błyszczy mu w oczach, garbi się i non stop wbija ręce w kieszenie. Ale nie wolno dać się zwieść, bo w każdej chwili jego gotów do tego, aby je z nich wyciągnąć i kogoś skrzywdzić. Jego spokojna siostra skrywa jeszcze bardziej psychicznie niestabilną naturę. Niespodziewanie to ona staje się głównym katem. Pozorny spokój znika, zastąpiony przez bolesną potrzebę do działania. Louis zaciska usta w wąską kreskę i z determinacją robi to, co w jej opinii w tej sytuacji trzeba. Cała delikatność, miękkość i bierność tej postaci znika w jedno machnięcie młotkiem. Misterna konstrukcja wewnętrznej stabilizacji upada, Rubikon został przekroczony.

Gary Filipa Krupy sytuuje się gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wyrazistymi kreacjami. Jest w swojej grze bardzo prosty i szczery. Patrzy przed siebie, trochę się garbi i właściwie gdyby nie słuchać tego, co mówi, można by powiedzieć, że to najnormalniejszy chłopak pod słońcem. Nie ma w nim szaleństwa, jest tylko zadziwienie światem. W drugiej części pojawia się w nim strach, dezorientacja i niezrozumienie. Przywiązany do krzesła, z zaklejonymi ustami, pozostaje biernym uczestnikiem wydarzeń.

Po raz pierwszy od kilku lat w Akademii Teatralnej powstał dyplom, który zmusza do refleksji. Pozostaje w głowie na dłużej. Można się nie zgadzać, można przytakiwać. Nie można pozostać obojętnym, a chyba o to w tym całym zamieszaniu teatralnym chodzi. Zdecydowanie czekam na więcej.

 

Barbara Michalczyk

 

Dennis Kelly OSAMA BOHATER

Przekład: Jacek Poniedziałek
Reżyseria: Jacek Poniedziałek
Scenografia: Michał Korchowiec
Kostiumy i asystentka scenografa: Maria Kagan
Opracowanie muzyczne: Jacek Poniedziałek

Występują:

Gary – Filip Krupa
Francis – Jakub Hojda
Mandy – Izabela Zwierzyńska
Louise – Erika Karkuszewska / Lidia Pronobis
Mark – Mateusz Kmiecik

Spektakl dyplomowy studentów Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one × three =