Dawid Dudko: 1968-2016, czyli długi song o wolności

29 września 2016

O spektaklu Marzec ’68. Dobrze żyjcie – to najlepsza zemsta w reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze Żydowskim w Warszawie. O artystycznej wolności, powszechnym zawłaszczaniu wartości i teatrze, od którego ważniejsza staje się polityka.

Marzec '68/fot. Magda Hueckel

Marzec ’68/fot. Magda Hueckel

W SPRAWIE TEATRU

Kiedy piszę ten tekst, Teatr Żydowski (dodajmy – jedyna tego typu scena w Polsce) wciąż pozostaje bez stałej siedziby, grając gościnne przedstawienia w sali wynajmowanej od stołecznego Teatru Kwadrat. Po decyzji wydanej przez firmę Ghelamco – obecnego właściciela budynku przy Placu Grzybowskim – część użytkowana do tej pory jako teatr, z bliżej nieokreślonych powodów „technicznych” została zamknięta. Inspektor nadzoru budowlanego poinformował, że budynek od dawna wymaga kompleksowego remontu. Przedstawiciele Żydowskiego odpowiadają, wskazując na rażącą manipulację osób decyzyjnych, iż taki remont dawno miał być przeprowadzony, jednak ówczesny właściciel nie wyraził na niego wymaganej zgody. Jak dowiadujemy się z relacjonujących spór mediów, modernizacja siedziby jest przez dewelopera tyleż niepożądana, co zwyczajnie niepotrzebna – atrakcyjnie położony budynek w przeciągu kilku lat ma zostać przerobiony na 30-piętrowy wieżowiec. Co prawda, została podjęta inicjatywa poszukiwania nowego, zastępczego lokum dla Żydowskiego, ale po dziś dzień nie wiadomo do końca, gdzie takowe będzie zlokalizowane. Wspominam całą sprawę nie po to, aby wtrącić do dyskusji własne zdanie i podzielić się informacjami, o których nikt z zainteresowanych nie miał dotąd pojęcia (konflikt znany jest mi głównie z mediów i wiadomości aktualizowanych na stronach teatru). Nie zamierzam także poświęcić tego tekstu na oczernianie władz Warszawy, która po raz kolejny w natłoku spraw miejskich zdaje się „nie mieć czasu” na kwestie publicznego teatru, który jest zasłużoną wizytówką miasta. Jak pokazała ostatnia, bulwersująca sprawa aktorów Teatru Studio, forsujących odwołanie naczelnego (i, co pokazały późniejsze wydarzenia, nietykalnego) dyrektora sceny Romana Osadnika, tego przysłowiowego czasu i uwagi teatr bardzo potrzebuje. Jest mi po prostu zwyczajnie smutno, kiedy po raz kolejny dowiaduje się, że następny dynamicznie rozwijający się artystycznie zespół, spychany zostaje na dalszy plan, podczas gdy pierwszy wciąż zajmuje trudna do racjonalnego pojęcia polityka. Widząc zatem przewrotne hasło „dobrze żyjcie” dodane do historycznej daty Marzec 1968, przemawiające do mnie z teatralnego afisza, zapraszającego na najnowszy spektakl duetu Strzępka-Demirski), od razu zadaje sobie pytanie: jak? Jak bronić się przed zawłaszczaniem (artystycznej) wolności, o której w swoim przedstawieniu na różny sposób starają się mówić twórcy, skoro teatru teatrem najwyraźniej obronić się nie da?

W SPRAWIE HISTORII

Marzec ’68. Dobrze żyjcie – to najlepsza zemsta rozgrywany jest w nieokreślonej przestrzeni. Na podłodze zostały porozrzucane sterty gazet i książek, które razem z wysłużonymi meblami, charakterystycznymi dla czasów głębokiej komuny, sprawiają wrażenie przebywania w prywatnym mieszkaniu głównego bohatera – zanurzonego we wspomnieniach inteligenta, żydowskiego pochodzenia. Ojciec (Henryk Rajfer) przypomina nieco zagubionego Bohatera Kartoteki Tadeusza Różewicza, poruszającego się pomiędzy różnymi czasami i okolicznościami, a w końcu nawet państwami czy zaświatami (jak to u Strzępki i Demirskiego bywa, ramy czasowe są względne, granice między współczesnością, a tytułowym okresem wydarzeń marcowych ciągle się zacierają). Trudny w klasyfikacji wydaje się z resztą nie tylko czas, ale także i wspomniana już przestrzeń. Prywatne mieszkanie głowy rodziny (tę w jednej ze scen stanowią dwie nierozumiejące egzystencjalnych rozterek swego Ojca córki, które reanimując naszego bohatera, jakby wbrew jego woli, ratują mu życie) usytuowane jest w otoczeniu ciemnego wąwozu i masywnych skał przywodzących na myśl rodzaj pieczary, tajemniczego, nieco fantasmagorycznego archiwum zbiorowej pamięci. Otoczenie zdaje się umiejętnie łączyć (albo może usprawiedliwiać) nieco chaotyczną, fragmentarycznie pomyślaną narrację – oto sięgamy w głąb historii i pamięci, która ma tę (niejednoznaczną) historię odtworzyć. A pamięć, jak wszyscy doskonale wiemy, niekoniecznie działa na zasadzie chronologii i przejrzystego planu. Co więcej, Strzępka z Demirskim swoim spektaklem usiłują pokazać zarówno wybiórczość przywoływanych wspomnień, ile niemożność dotarcia do „prawdy historycznej”. Takowa nie istnieje, bo zawsze będzie wiązać się z uzurpacją na potrzeby konkretnych, politycznych interesów – zdają się mówić nam twórcy. Irracjonalność w zaciekłym dążeniu do własnej prawdy (tworzenia odpowiadających indywidualnemu światopoglądowi faktów) najlepiej odzwierciedlają słowa granego przez Rajfera bohatera. Ojciec pyta widownię: „Do czego jestem komu potrzebny? Wszyscy sobie wiedzą lepiej na mój temat. I sobie będą teraz skakać po mojej historii”. W spektaklu Teatru Żydowskiego tytułowy Marzec 1968 staje się wyłącznie pretekstem do przywołania różnych wydarzeń z przeszłości Polski, które łączy szeroko pojęty kontekst wolności. Obok bezradnego Ojca, oglądającego wspólnie z duchem żydowskiego komika (Wojciech Wiliński) fragmenty swojego życia na Youtube, w przedstawieniu pojawia się również śpiewająca wierszem Mickiewicza postać, stylizowana na Guślarza z zakazanych przez ówczesne władze Dziadów Kazimierza Dejmka, czy przemawiający zza mównicy, zapętlający się we własnych tyradach Władysław Gomułka (Ryszard Kluge). Strzępka z Demirskim mieszając ze sobą różne porządki, w prześmiewczy sposób odnoszą się do ogólnikowego i stereotypowego poziomu dyskusji na temat historii jako takiej, a także ściśle związanego z nią problemu antysemityzmu. Twórcy z przymrużeniem oka ilustrują temat emigracji (nieudana próba ucieczki z kraju podjęta w jednej ze scen przez podszywających się pod Żydów śledczych). Strzępka z Demirskim żartują z rasistowskich powiedzeń („nie mądrz się po żydowsku” – mówi Ojciec do jednej ze swoich córek), drwią z bezsensownego, bo znów skrótowego i upraszczającego, przywoływania ulicznych manifestacji (bunt przeciw odwołaniu Dziadów) czy wreszcie w dwuznaczny sposób ukazują Polaka, który z nieznanych samemu sobie pobudek bije Żyda. Większość z tych sekwencji funkcjonuje jednak wyłącznie na zasadzie skrótowych, jakby pobieżnie zasłyszanych i bezmyślnie powtarzanych przez ogół frazesów. Historyczne wydarzenia nie mają tu żadnej mocy, ani realnego znaczenia, służą tylko udowodnieniu indywidualnych racji walczących o swoje bohaterów (po co starać się dojść do jakiejkolwiek prawdy, skoro i tak każdy interpretuje ją wedle własnego uznania – mówią nam między wierszami artyści).

Marcu ’68 mamy do czynienia z nostalgicznie usposobionym, nieradzącym sobie z otoczeniem bohaterem, który nie jest w stanie podjąć jednoznacznej decyzji (dowiadujemy się o planach jego niedoszłej emigracji, gdy pakuje do walizek stos gromadzonych przez lata książek). Każdy wykorzystuje jego losy na użytek własnych interesów (postać bezskutecznie zasięga nawet pomocy psychoterapeutki). Jego sytuacja wprowadza w narrację warszawskiego spektaklu istotny w ostatecznej wymowie aspekt poetycki. Postać Rajfera, idyllicznie marzącego o spokoju, kilkakrotnie wspomina o symbolizującym jego losy modrzewiu, w którego chciałby się przemienić – natura zdaje się stanowić jedyny sposób ucieczki. W ostatniej scenie modrzew zostaje jednak z pełnym impetem ścięty, a razem z nim przepada szansa na uwolnienie od symbolicznie zapętlającego się czasu i towarzyszącej mu subiektywnie „rozdawanej” historii.

W SPRAWIE TRADYCJI

Teatr Żydowski, po objęciu dyrekcji przez jedną z najbardziej zasłużonych aktorek tej sceny, Gołdę Tencer, która przejęła kierownicze stanowisko po zmarłym mężu Szymonie Szurmieju, stara się wyraźnie zmienić swój generalny profil. Obok spektakli w języku jidysz, kultowego, pokazywanego nieprzerwanie od kilkunastu lat Skrzypka na dachu, w repertuarze zaczęły pojawiać się przedstawienia współczesnych, chciałoby się powiedzieć młodych (choć niekoniecznie o wiek tutaj chodzi) twórców, kojarzonych dotąd z linią „teatru artystycznego”. Tencer, podkreślała w rozmowach, iż zależy jej na otwarciu sceny, uznawanej przez wielu za dość hermetyczną, w której roli zasadniczo leży propagowanie żydowskiej kultury i tradycji, na nowych ludzi, nową publiczność, a przede wszystkim na nowe, mniej zachowawcze, zarówno w formie jak i przekazie tematy. Oglądając w Żydowskim choćby świetny, intrygujący poprzez odwołanie do historii Warszawy i samego Placu Grzybowskiego Dybuk w reżyserii Mai Kleczewskiej, czy jedno z najbardziej dyskutowanych przedstawień minionego roku, traktujący o teatralnej wspólnocie i skomplikowanym procesie jej tworzenia spektakl Aktorzy Żydowscy Michała Buszewicza i Anny Smolar, nie mam wątpliwości, że takie otwarcie się udało. Fantastyczny zespół Żydowskiego jednogłośnie podkreśla, że na tego typu „nowe rozdanie” czekał od dawna. „W środowisku teatralnym bardzo silnie funkcjonowała opinia, że jesteśmy grupą amatorów, która potrafi tylko śpiewać, tańczyć i mówić w języku jidysz” – podkreśla w jednym z wywiadów, Joanna Rzączyńska, aktorka grająca w przedstawieniu Smolar i Buszewicza. Za sprawą nowych reżyserów i umiejętnie dobieranego materiału, historia tego miejsca, jego wspólnotowy, rodzinny charakter (który przez pewien czas zdawał się być dla niektórych krytyków dość problematyczny) zaczęła wychodzić poza inne, niż tylko sztywne, kulturoznawcze i w końcu ciążące jej samej ramy. Jak zwykle staram się unikać patetycznych tonów, tak teraz zapytam: czy naprawdę tak niewiele decyzyjnych osób rozumie jak specyficzne i inspirujące (choć to już mocno wyświechtane określenie, to innego nie znajduje) jest to miejsce? Skąd słyszany dziś zewsząd pomysł, aby propagować upowszechnianie tradycji, skoro wydana bez wahania decyzja przekreśla istnienie bardzo specyficznie usytuowanego miejsca, które jest tej tradycji najważniejszą wizytówką? Teatr Żydowski, co zdaje się poprzez swoje działania sukcesywnie udowadniać Gołda Tencer, jak nigdy wcześniej jest teraz otwarty na poszukiwanie nowego języka w rozmowie o fałszywie zawłaszczanej przez różne strony politycznego konfliktu tradycji. Niestety po raz kolejny przekonujemy się jak puste są wszystkie przewijające się w powszechnym obiegu hasła – kultura, historia, czy patriotyzm. Relatywnie pojmowane pseudowartości stają się dziś elementem manipulacji, wykorzystywanym wedle aktualnych (politycznych) potrzeb.

W SPRAWIE KULTURY

W omawianym spektaklu wspomniana uzurpacja, nie tylko wartości, ale i historii oraz jej bohaterów, zdaje się stanowić najważniejszy motyw. Twórcy, wykorzystując autentyczne, wciąż społecznie dwuznaczne wydarzenia (mit założycielski demokratycznej opozycji versus ponownie rodzące się antysemickie podziały), inscenizują na przykład wodewilową konferansjerkę, wyśpiewującą songi o poglądach zmiennych w zależności od aktualnych oczekiwań. W piosenkach poglądy szybko przeradzają się w kije, niezbędne do rozmaitych politycznych przepychanek. Jednak po szumnych oklaskach kończących „pierwszy (historyczny) musical” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, mnie, tak jak i wielu komentującym, uśmiechającym się i dzielącym pozytywnymi, po spektaklowymi relacjami widzom, towarzyszył dziwny spokój. Jest to o tyle paradoksalne, iż nic z mojego prywatnego wywodu, na który pozwoliłem sobie wyżej, nie ma spokojnego, zdystansowanego charakteru. Z jednej strony melancholijna, zaskakująco zachowawcza dla tego duetu wizja Marca’68 (a dokładniej wszystkiego, co z pamiętnym marcem, choćby pośrednio, można by wiązać) z historią zagubionego pośród natłoku informacji i zdarzeń głównego bohatera ogląda się bardzo dobrze. Aktorzy, w tym zwłaszcza Roksana Vikaluk w roli demonicznej konferansjerki, Henryk Rajfer jako Ojciec, czy Ryszard Kluge jako Gomułka, świetnie odnajdują się w przyjętych dla swoich ról konwencjach. Tak samo jest z nadającą dynamikę przedstawieniu muzyką Stefana Wesołowskiego (aktorom towarzyszą muzycy Piotr Wesołowski i Ksawery Wójciński) czy dopracowaną wizualnie, intrygująco wieloznaczną, scenografią Martyny Soleckiej. O dziwo w Dobrze żyjcie… najbardziej zawodzi zbyt oszczędny w swojej ogólnej wymowie tekst Demirskiego. Spektakl wszystkie winy rozkłada po równo, chcąc prawdopodobnie uchronić się od posądzenia o „lewacką stronniczość”, porusza się w obrębie dwóch skrajności – prawa i lewa strona, czyli poglądy czytelników „Wyborczej” przeciwko wrogo nastawionymi do semitów czytelnikami „Do rzeczy”. Pozostaje tylko pytanie, czy płynący z podobnych przetasowań głos o wolności, tej „niemożliwej”, jest tak naprawdę słyszalny? Czy zainicjowany przez Strzępkę i Demirskiego dyskurs o konieczności ustawienia się po odpowiedniej dla siebie stronie barykady zyskuje odpowiednią siłę wobec obecnej sytuacji społeczno-politycznej? Czy opowieść o manipulacji kartami historii, której towarzyszy drwiący, ale wciąż jakby lekki, zrównoważony, nieobruszający nikogo z widzów ton, może mieć znaczenie dla politycznie manipulowanej (artystycznej) wolności? Nie mam wątpliwości, iż podjęcie tematu Marca’68 w tym akurat miejscu jest szczególnie interesujące. Dzięki temu przedstawienie ma możliwość, aby wejść na grunt meta teatralny (historia ostrego podziału staje się przez to odrobinę mniej jednoznaczna i oczywista). Mam jednak obawy, czy w obecnej sytuacji, kiedy oprócz historii zawłaszczany jest również teatr (patrz: skandaliczne potraktowanie stanowiska zespołu artystycznego Teatr Polskiego przy powoływaniu nowego dyrektora wrocławskiej sceny), scentralizowana narracja spektaklu Strzępki i Demirskiego nie staje się przyczynkiem do tego, aby obok podobnych problemów przejść obojętnie? Zupełnie tak, jak wobec dobrze znanego nam sporu przeciwstawnych sobie obozów, tych z lewa i z prawa.

Dawid Dudko

Paweł Demirski

Marzec ’68 Dobrze żyjcie– to najlepsza zemsta

Reżyseria: Monika Strzępka
Muzyka: Stefan Wesołowski
Scenografia: Martyna Solecka
Kostiumy: Arek Ślesiński
Asystentka reżyserki: Sylwia Merk
Przygotowanie wokalne: Teresa Wrońska
Ruch sceniczny: Jarosław Staniek

 

Obsada: Piotr Chomik, Monika Chrząstowska, Ewa Dąbrowska, Ewa Greś, Genady Iskhakov, Ryszard Kluge, Grzegorz Kulikowski, Mariola Kuźnik, Paulina Lombarowicz, Małgorzata Majewska, Katarzyna Post, Joanna Przybyłowska, Henryk Rajfer, Rafał Rutowicz, Joanna Rzączyńska, Izabella Rzeszowska, Wanda Siemaszko, Agata Sierecka, Piotr Sierecki, Monika Soszka, Barbara Szeliga, Alina Świdowska, Małgorzata Trybalska, Ewa Tucholska, Roksana Vikaluk, Jerzy Walczak, Marek Węglarski, Wojciech Wiliński, Maciej Winkler, Ernestyna Winnicka, Piotr Wiszniowski.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

seven + twelve =