Dawid Dudko: Boscy zdolni. Spektakl na dyplom

29 stycznia 2017

O spektaklach Maria Stuart w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego z PWSFTviT w Łodzi i Orlando w reżyserii Weroniki Szczawińskiej z PWST w Krakowie Filia we Wrocławiu w ramach 9. Edycji Festiwalu Boska Komedia w Krakowie

Maria Stuart/fot. Andrzej Różycki

Maria Stuart/fot. Andrzej Różycki

KRÓTKI ŻYWOT PRZEDSTAWIENIA

Rację miał ten, kto powiedział, że teatr jest jedną z najbardziej ulotnych sztuk. Tę prawdę potwierdzają dyplomy – spektakle młodych adeptów aktorstwa, prezentujące ich umiejętności nabyte w ciągu czterech lat nauki. Przedstawienia wystawiane są niemal wyłącznie na uczelnianych scenach i kończą swój żywot jeszcze zanim część z zainteresowanych zdąży dowiedzieć się o ich istnieniu. Wyjątki potwierdzające regułę stanowić mogą Pływalnia (spektakl krakowskiej PWST sygnowany nazwiskiem Krystiana Lupy) czy Harce młodzieży polskiej (przedstawienie Akademii Teatralnej w reżyserii Remigiusza Brzyka), które grane były w teatrze repertuarowym – warszawskiej Imce. Tytuły, zrealizowane często we wcale nie gorszych warunkach niż ich profesjonalni „bracia”, pojawiają się na corocznym Festiwalu Szkół Teatralnych, by niepostrzeżenie zniknąć ze studenckiego afisza. Tym bardziej cieszą kolejne już zaproszenia początkujących aktorów na Boską Komedię, gdzie ich prace pokazywane są w ramach sekcji Paradiso. I tak, w czasie ostatniej edycji przeglądu, mogliśmy obejrzeć spektakle ze szkół: wrocławskiej, łódzkiej, krakowskiej i białostockiej. Zabrakło Warszawy, jednak po zeszłorocznym werdykcie łódzkiego Festiwalu Szkół Teatralnych (brak jakiejkolwiek nagrody dla AT, uzasadniony niemożnością odpowiedniego zaprezentowania się studentów w zrealizowanych spektaklach), to pominięcie zbytnio nie zaskakuje. Choć na „bliższe poznanie” (czytaj: skrupulatną analizę) zasługuje moim zdaniem każde z sześciu zaproszonych do Krakowa dyplomowych przedstawień (przewyższając poziomem niejedną z propozycji konkursowych), to chciałbym skupić się na tych, które w bardzo określony, choć odmienny od siebie sposób ustanawiają pozycję aktora. Zarówno Maria Stuart Grzegorza Wiśniewskiego, jak i Orlando Weroniki Szczawińskiej wymagają od aktorów odnalezienia się w charakterystycznych dla tych reżyserów estetykach i strategiach gry.

AKTOR(KI) I PRZESTRZEŃ

Maria Stuart Fryderyka Schillera – opowieść o niepohamowanej żądzy władzy i konsekwencjach, jakie niesie ze sobą uparte pragnienie panowania nad ludźmi – zdaje się być dojmująco aktualna w kontekście dzisiejszych wydarzeń politycznych. Na próżno jednak szukać bezpośrednich odniesień do teraźniejszości w inscenizacji Grzegorza Wiśniewskiego i aktorów PWSFTviT. Pomimo iż twórcy zrezygnowali z historycznych kostiumów, to spektakl zdaje się dość wiernie podążać za literą tekstu, ograniczając się przy tym do inscenizacyjnego minimum. Całość rozgrywana jest w wyciemnionej, minimalistycznej przestrzeni (ciemne pleksy, duży stół, krzesła i kilka mikrofonów), a charakter poszczególnych postaci podkreślają ich współczesne stroje. Ubrana w szykowne futro i prostą, jedwabną sukienkę królowa Szkocji, eteryczna Maria Stuart (Maria Dębska) zostaje skazana na śmierć przez swoją oprawczynię i rywalkę Elżbietę (Maja Pankiewicz), dumną, nieznoszącą sprzeciwu królową Anglii. Konflikt obu kobiet napędzany jest przez intrygi kolejnych (w większości służących Elżbiecie) mężczyzn. Na scenie pojawiają się: Paulet/Aubespine (Michał Floriańczyk), Talbot (Filip Jacak), Mortimer (Jakub Nosiadek), Burleigh (Krystian Pesta), Davison (Krzysztof Rogucki) i Leicester (Bartosz Sak) – raz uwodząc królowe, by następnie nimi manipulować, chcąc na zaognionym konflikcie wygrać jak najwięcej dla siebie.

W pierwszej kolejności należy docenić perfekcyjne operowanie przez reżysera warstwą wizualną przy jednoczesnym ograniczeniu liczby rekwizytów. Ta forma w ciekawy sposób buduje dramaturgię przedstawienia, wymagając od aktorów dużego zdyscyplinowania, choćby w poruszaniu się w kameralnie pomyślanej przestrzeni. Zmieniane często światła podkreślają odmienny charakter każdej ze scen (świetnie rozegrana sekwencja szamoczącej się Elżbiety, kiedy to wąskie, punktowe światło zdaje się coraz bardziej wydobywać jej kamuflowane słabości), nakreślają dynamicznie zmieniające się miejsca i nastroje postaci. Intymny klimat (widzowie usytuowani są blisko sceny) wpływa na pewien rodzaj metafizyczności, umożliwiając niedosłowne odczytanie na przykład męskich bohaterów. Nie ma co prawda w spektaklu Wiśniewskiego jasnych komunikatów na temat nie-rzeczywistości lub symboliczności którejś z postaci (choć w Mortimerze można dopatrywać się wielu cech biblijnego węża-kusiciela), ale nie ma także konkretnie określonych realiów akcji. Wiśniewski właściwie rezygnuje z historycznej wymowy utworu.

Koncepcja, iż przewijający się pomiędzy grającymi w spektaklu tzw. pierwsze skrzypce królowymi mężczyźni byliby wyłącznie ich przywidzeniami, mogłaby interesująco problematyzować momentami zbyt sztampowo rozpisane męskie postaci. Większość z nich służy bowiem niemal wyłącznie wspomnianym wcześniej intrygom. Niby następują próby ich pogłębienia (zakrzykiwanie własnego tchórzostwa przez dwulicowego Leicestera czy niejasna relacja Davisona z Burleighem), ale finalnie i tak scenariusz czyni z większości bohaterów bardziej ujednolicony chór niż interesujące widzów jednostki. W końcu, trzeba to sobie powiedzieć, Maria Stuart jest popisem dwóch, bezapelacyjnie słusznie zaangażowanych do głównych ról aktorek – Marii Dębskiej i Mai Pankiewicz. Pierwsza, poprzez swoją pozorną, początkową kruchość, płaczliwość i emocjonalne rozchwianie, budzi skojarzenia z postacią Leny mistrzowsko kreowanej przez Penelope Cruz w filmie Przerwane objęcia Almodovara. Niejednoznaczność Stuart wynika z faktu, iż do końca nie wiemy, ile w niej kobiecej bezbronności, a ile chłodnej, obliczonej na ostateczne zwycięstwo kalkulacji. Tytułowa bohaterka w wykonaniu Dębskiej przechodzi od zrezygnowanego płaczu chowającej się w kącie dziewczynki do demonicznej, znającej swoją wartość królowej. Z kolei druga, ubrana urzędowo (w garnitur z męskim krawatem), skrywająca swoją słabość pod warstwą mocnego makijażu, rozkazująca wszystkim Elżbieta, jest w pierwszej chwili kimś na kształt Margaret Thatcher – nieuznającą sprzeciwu ani kompromisu przywódczynią. Pankiewicz zdaje się doskonale demaskować swoją postać. Aktorka skrupulatnie, po kolei odsłania nieporadność i paradoksalną niesamodzielność Elżbiety (która finalnie nie potrafi wziąć odpowiedzialności za wydanie wyroku na rywalkę), udowadniając, że krzyk, umiejętnie wykorzystany na różne sposoby, może być kluczem do zrozumienia i utożsamienia się z tego typu „czarnym charakterem”. Wielkie uznanie należy się obydwu absolwentkom łódzkiej filmówki, które świetnie podołały niełatwemu zadaniu. Pokazanie całego wachlarza umiejętności w jednej (bodaj najbardziej wyczekiwanej) scenie spotkania obu królowych wymagało dojrzałości w operowaniu najmocniejszymi środkami. Stąd tylko krok pozostaje do karykatury, irytującego przerysowania. Dostrzegalna w tej sekwencji książkowa wręcz gra z partnerem czy wzajemne reagowanie na siebie, przy nietraceniu niczego na charakterystyczności i charyzmatyczności bohaterek to najlepsza dyplomowa rekomendacja. Maria Dębska i Maja Pankiewicz – zapamiętajcie te nazwiska.

AKTOR(ZY), CIAŁO I GŁOS

Orlando/fot. Bartek Warzecha

Orlando/fot. Bartek Warzecha

Dyplomowe przedstawienie studentów z Wrocławia – Orlando – to luźna interpretacja powieści Virginii Woolf pod tym samym tytułem, poruszającej tematykę płci społeczno-kulturowej, czyli gender. Koncepcja reżyserki Weroniki Szczawińskiej zakłada powierzenie głównej roli wszystkim występującym w spektaklu aktorom. I tak, zamiast jednoosobowej narracji, mamy do czynienia z serią wypowiadanych przez poszczególnych wykonawców, wzajemnie oddziałujących na siebie monologów i grupowym dopowiadaniu kolejnych, istotnych dla płynnej tożsamości Orlanda perypetii. W ten sposób twórcy stawiają pytania o znaczenie płci, oderwanej od swej biologicznej natury. Szczawińska razem z młodymi absolwentami PWST inicjuje coś w rodzaju performatywnego wydarzenia, rozgrywanego w luźnej, spontanicznej atmosferze. Przemiany Orlandów, ukazywane z różnych perspektyw, prezentowane są przez aktorów za pomocą zabawy ciałem i głosem. Ubrani w męskie koszule wykonawcy opowiadają historię przeobrażenia bohatera z mężczyzny w kobietę, pozostając w sytuacji sprawiającej wrażenie improwizowanej próby. Raz wspólnie budują piramidy z ciał, rozbijają między siebie zdania, które powtarzają w odmienny sposób („choć zmiana płci Orlanda miała wpłynąć na jego przyszłość, to zupełnie nie wpłynęła na jego tożsamość…”). Innym razem, indywidualnie wychodzą na środek półokręgu (gdy pozostali, siedząc, czekają na swoją kolej), ukazując słowne wariacje na temat Orlanda, w tym odniesienia do historii (przemiany XIX wieku, które miały sprzyjać większej niż dotąd rozrodczości i popularyzacji wiedzy czerpanej z encyklopedii). Śpiewają, tańczą i recytują, często angażując do zabawy widownię. Tym samym nieskrępowana i dająca autentyczną frajdę zarówno aktorom, jak i publiczności dyskusja na tematy zaczerpnięte z psychoanalizy i filozofii, przybiera inny od powszechnie znanego, zaskakująco przystępny ton.

Na uwagę zasługuje sam, prosty w zasadzie, pomysł. Zrealizowanie spektaklu dyplomowego (dodajmy – w scenograficznym minimum), który z jednej strony jest interesującym wywodem na temat wymykającej się klasyfikacjom i nazewnictwu tożsamości, a z drugiej, daje możliwość dowiedzenia warsztatowych umiejętności w bardzo współczesnej, postdramatycznej formie. Nienaganna dykcja dynamicznie wypowiadających długie, niełatwe kwestie aktorów (bez wątpienia wielu bardziej doświadczonych kolegów mogłoby się od Orlandów wiele nauczyć) czy subtelne, performerskie gry z widownią (świetnie panująca nad publicznością Małgorzata Pauka, pokazująca show z ciastkiem) to tylko część z objawionych na scenie talentów. Oddzielną kwestią wydaje się współpraca grupy i wzajemne zaufanie. Bo mimo iż w sumie wszystkich Orlandów mamy tutaj jedenastu i każdy ma niemal równe szanse (podobną ilość czasu na zaprezentowanie się), to najważniejsza dla całości przedstawienia okazuje się właśnie umiejętność odpowiedniej wspólnej pracy. Ta kolektywność razem z fantastyczną, udzielającą się rozbawionej publiczności energią, stanowi największą wartość wrocławskiego dyplomu. Orlando jest opowieścią o poszukiwaniu własnego „ja”, a najlepszą drogą ku temu okazuje się być ciało – zarówno własne, jak i tworzone przez grupę, czyli zbudowane z innych ciał. Orlando to przecież tak samo oni wszyscy, jak i każdy z nich osobno (kobieta czy mężczyzna – „niech zadecydują psychologowie…”). Gdzieś przeczytałem, że o sukcesie aktorów można mówić wówczas, gdy podczas oglądania spektaklu, mając z tyłu głowy świadomość ciężkiej pracy włożonej w jego przygotowanie, widownia ma wrażenie spontanicznej lekkości. Potencjał absolwentów PWST, dobrze wykorzystany przez Weronikę Szczawińską – specjalistkę w dziedzinie grupowego działania na scenie – pokazuje, jak wiele i niewiele środków (sporo technicznych umiejętności aktorów i zaskakująco małe zaplecze finansowe) trzeba, by aktorski dyplom był też udanym, spójnym przedstawieniem.

W ROLI ALBO W GRUPIE

Choć w swoich przemyśleniach na temat MariiOrlanda najwięcej miejsca poświęcam aktorom (mając na uwadze, że jednym z podstawowych założeń spektakli dyplomowych jest możliwość odpowiedniego zaistnienia ich wykonawców), to zarówno jedno, jak i drugie przedstawienie broni się jako całość. Choć nie takie proste to zadanie, Wiśniewskiemu i Szczawińskiej udaje się stworzyć przemyślane inscenizacje, które nie wyglądają jak fragmenty egzaminów szkolnych. Mamy do czynienia z wypowiedziami na ważne tematy (obsesyjne pragnienie władzy i uwikłana w kulturowo-językowe zależności płeć), które zamiast scenograficznego przepychu wybierają oszczędną formę, opartą na prostych rozwiązaniach (budowanie dramaturgii poprzez światło lub ciało i głos aktorów).

Obydwa tytuły wiele łączy – od adaptacji znanego, ważnego dla teatru bądź filozofii tekstu zaczynając, a na inscenizacyjnym minimalizmie i konieczności zaistnienia w bardzo specyficznych warunkach dyplomu kończąc. Jednak to, co wyraźnie odróżnia od siebie MarięOrlanda, to kwestia pozycji występujących w nich aktorów. Przykład łódzki (uczynienie z aktorek grających królowe postaci wyraźnie dominujących w przedstawieniu) i wrocławski (twórczy kolektyw, w którym wykonawcy istnieją na równych zasadach) wydają się dość powszechne we współczesnym, repertuarowym teatrze. Bo czy nie jest tak, że dużą popularnością cieszy się wciąż tzw. „teatr gwiazd” (żeby wspomnieć choćby Drugą kobietę Grzegorza Jarzyny z Danuta Stenką w roli głównej)? Podobnych, często bardzo dobrych przedstawień, jak i samych dramatów, dodajmy artystycznych, nie komercyjnych, jest dziś mnóstwo, a aktorzy grający w nich drugi, trzeci, czwarty plan stanowią przecież w środowisku zdecydowaną większość (potwierdza to choćby niedawny wywiad Wiesława Kowalskiego z Robertem Jarocińskim opublikowany na łamach e-teatru). Odmiennym, często spotykanym modelem są zaś spektakle kolektywne (przykładem niech będzie twórczość Magdy Szpecht, Anny Karasińskiej czy właśnie Weroniki Szczawińskiej), gdzie aktorzy grają wspólnie jako dynamicznie posługująca się różnymi postaciami grupa. Jeśli więc dyplomy mają być dla młodych aktorów także rzeczywistą namiastką teatralnej przyszłości, to Maria StuartOrlando spełniają to założenie na bardzo dobry z plusem.

Dawid Dudko

 

Maria Stuart

Autor: Fryderyk Schiller

Tłumaczenie: Jacek St. Buras

Reżyseria, scenografia, kostiumy i światło: Grzegorz Wiśniewski

Asystent reżysera: Krystian Pesta

Opracowanie muzyczne: Rafał Kowalczyk

Obsada: Maria Dębska  – Maria Stuart, Michał Floriańczyk – Paulet/Aubespine, Filip Jacak – Talbot, Jakub Nosiadek  – Mortimer, Maja Pankiewicz – Elżbieta, Krystian Pesta – Burleigh, Krzysztof Rogucki – Davison, Bartosz Sak  – Leicester

 

Orlando

Autor: Virginia Woolf

Przekład: Tomasz Bieroń

Reżyseria i adaptacja: Weronika Szczawińska

Ruch sceniczny: Agata Maszkiewicz

Kostiumy: Katarzyna Leks | ASP

Asystentka reżyserki: Aleksandra Matlingiewicz | PWST

Obsada: Pola Błasik, Artur Caturian, Sylwester Dąbrowski, Filip Kowalczyk, Aleksandra Matlingiewicz, Małgorzata Pauka, Maciej Piasny, Aleksandra Prochownik, Michał Surówka, Rafał Witczak, Karolina Synowiec

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × 3 =