Dawid Dudko: Boskie Inferno. Gra o wszystko

5 stycznia 2017

O spektaklach Każdy dostanie to w co wierzy… w reżyserii Wiktora Rubina z Teatru Powszechnego w Warszawie i Robert Robur w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego z TR Warszawa w ramach 9. Edycji Festiwalu Boska Komedia w Krakowie

 

Robert Robur/fot. Magda Hueckel

Robert Robur/fot. Magda Hueckel

KOŚCI ZOSTAŁY RZUCONE

Choć werdykt zeszłorocznej już Boskiej Komedii dał się łatwo przewidzieć, kiedy to zakwalifikowany do dziewiątej edycji konkursowej rywalizacji został świetny, autobiograficzny spektakl Michała Borczucha (z zapożyczonym od Almodovara tytułem i luźno inspirowany jego reżyserskim dorobkiem), to wielu z zaproszonych do Krakowa twórców znacząco wybijało się przed tak zwany szereg. Dobrze, powiedzmy to raz jeszcze: konkursowy champion w osobie Borczucha (reżyser odebrał grand prix drugi rok z rzędu), wraz ze swoimi niezawodnymi aktorami bezapelacyjnie zasłużył na najważniejszą nagrodę. Zamiast jednak po raz kolejny przyznawać laury i kadzić faworytowi mojego osobistego rankingu (puentując spektakl stwierdzeniem, iż to jedno z najważniejszych teatralnych dokonań ostatnich lat), postaram się skupić na pozostałych, niemniej uznanych przez środowiskowe gremia artystach – Witkorze Rubinie i Krzysztofie Garbaczewskim.

Skąd tego typu zestawienie? Ano stąd, że pochodzący z pozornie dość odmiennych estetycznie kręgów Rubin i Garbaczewski przywieźli do stolicy małopolski przedstawienia, które w charakterystyczny dla tych twórców sposób (oparcie narracji na zapośredniczającej akcję kamerze w przypadku Garbaczewskiego i przyglądanie się potencjałowi manipulacji widzem u Rubina) biorą na warsztat materiał zaczerpnięty z literatury. I tak, w Robercie Roburze z TR Warszawa przeniesiemy się w niedokończoną powieść Mirosława Nahacza pod tytułem Niezwykłe przypadki Roberta Robura, a w Każdy dostanie to w co wierzy…, ze stołecznego Powszechnego, do bohaterów skojarzonych z Mistrzem i Małgorzatą Michaiła Bułhakowa. W obydwu przypadkach nieoczywiste podejście do literackich odnośników, oryginalne potraktowanie tematu gry, zarówno tej z widzem, jak i materią teatralną w ogóle, sprawia, że wskazanym pozycjom z repertuaru Inferno warto przyjrzeć się nieco dokładniej. Werdykt zagranicznego jury docenił spektakl Garbaczewskiego za warstwę multimedialną, a swoiste wydarzenie performatywne Rubina za najlepszą reżyserię. Z powyższych kategorii to właśnie „najlepszy reżyser” zdaje się pasować do analizy (i finalnie również oceny), której się tutaj podejmę. A zatem: and the winner is…?

 

(I)GRAJĄC Z…

Przedstawienie Wiktora Rubina i dramaturżki Jolanty Janiczak cieszy się ponoć w Warszawie największą popularnością spośród wszystkich pozycji Powszechnego. I właściwie trudno się temu dziwić, skoro pod ironicznie brzmiącym tytułem Każdy dostanie to w co wierzy… kryje się rodzaj teatralnej zabawy, gry z widzem, w której ten, zasiadając przy okrągłym stole, może (z pozoru) decydować o wszystkim, co się na tej specyficznie zaaranżowanej scenie wydarzy. Aktorzy od wejścia zabawiają nas swoim towarzystwem, proponując dogodne miejsce i zachęcając, a jakże, do siadania czym bliżej centrum wydarzeń. Chodzi o to, by wszyscy mieli możliwość uczestniczenia w przyszłych głosowaniach – na miejscu każdego z widzów rozłożone zostają białe kartki z długopisami i, co najważniejsze, przyrządy do głosowania (opcja „tak”, „nie”, lub „nie wiem”). Zanim jednak rozpocznie się akcja, zobaczymy kolejno: przebierającego nogami Wolanda (Michał Czachor), który będzie wypatrywał nas z wanny;  przechadzającą się między równo ustawionymi przy okrągłym stole krzesłami Helę (jak zwykle świetna Klara Bielawka); skupionego na swoich zapiskach Korowiowa (Jacek Beler); uwodzącego muskulaturą Behemota (Mateusz Łasowski). Bohaterowie, zapożyczeni z powieści Bułhakowa, służą tu raczej jako luźna inspiracja – między innymi symbol zachwianego porządku. Świat literacki i rzeczywisty mieszają się, przez co przykładowo Woland staje się chwilami „prywatnym” Michałem Czachorem, narzekającym na aktorskie zarobki. Z kolei Behemot Łasowskiego co raz to kusi przedstawicielki płci przeciwnej. Mężczyzna, chwaląc się kolekcją zużytych prezerwatyw, robi rozeznanie, która z kobiet może zaoferować mu więcej materialnych dóbr, a konkretniej – od której otrzyma największy posag. Bułhakowskie postaci zostają sprowadzony na grunt współczesnego kapitalizmu. Ten dzisiejszy konsumpcjonizm czyni Helę skrupulatnie wypełniającą swoje obowiązki hostessą/kelnerką. Przybyli na spektakl „goście” obsługiwani są przez nią niczym wymagający uwagi klienci – w asortymencie nie zabraknie zimnych napojów, w tym także wysokoprocentowych alkoholi. A gdyby któremuś z zebranych głosujących (i nierzadko przemawiających, również ze sceny) zachciało się palić, prawo do przysłowiowego dymka wewnątrz sali nie zostanie nikomu odmówione. Aż chciałoby się powiedzieć: kto bogatemu zabroni?!

Rubin i Janiczak, wykorzystując znane ze swoich wcześniejszych przedstawień strategie angażowania widza w spektakl (pozbawiając go tym samym strefy bezpiecznego i dobrze znanego mu komfortu), zdają się tu nie mówić już stricte o jednostce (patrz Caryca Katarzyna), ale o grupie, społeczeństwie, którego szczęście definiowane jest przez materialny dobrobyt i pozorną wolność. Oto ukazana zostaje nam pełnia demokracji. Głosujemy, a wyniki prezentowane są na dwóch, centralnie zawieszonych ekranach. Padają odpowiedzi na pytania: czy relacje rynkowo-towarowe całkiem skolonizowały nasze życie; czy ten świat jest najlepszy z możliwych; czy własność jest gwarantem pełnej ludzkiej wolności? Wreszcie: czy publiczność opowiada się za iluzją? O ile statystyki co do większości podejmowanych kwestii (w tym i tych na temat długości trwania stosunku seksualnego) plasują się różnie, o tyle zdania, co oderwanego od rzeczywistości finału, są zgodne – chcemy iluzji! Dzięki temu przeszło ostatnie 30 minut spektaklu to ukazany z przymrużeniem oka, pastiszem i romantycznym przerysowaniem wątek miłości Mistrza (Dawid Rafalski) i Małgorzaty (bardzo dobra, zabawna Julia Wyszyńska). Młodzi aktorzy, prześcigając się w co raz bardziej karykaturalnych pomysłach na uwznioślenie swoich bohaterów, przerywają dialogi, pytając widzów: „czy dobrze gram, może głośniej albo spokojniej?”

W ogólnym rozrachunku Każdy dostanie… budzi wiele wątpliwości, jednak bardziej, co do zdecydowanej krytyki, prowokuje do zastanowienia się nad kolejno definiowanymi na scenie tezami czy formą, w jakiej zostają „przemycone”. Z jednej strony, zaproponowany przez twórców sposób rozmowy o współczesnej Polsce i Polakach (głównie tych z większych miast) trąci jarmarcznością i w gruncie rzeczy miałkością dyskursu (a w dobie dynamicznie zmieniającej się sytuacji społeczno-politycznej być może również merytoryczną nieaktualnością). Pytania, jakie zostają zadane widzom, zdają się wzbudzać mniejsze zainteresowanie niż to, na który napój mają się zdecydować („coca cola czy może pepsi”). Głosujący wybierają przyciski często bez chwili zastanowienia. Z drugiej strony, czym w dobie rozterek codzienności (fakt, obśmianych tutaj choćby za sprawą genialnego w swojej prostocie wideo Klary Bielawki, rozpaczającej z powodu nadmiaru ofert pieluch w hipermarkecie) są jakieś tam sprawy globalnego rynku finansowego, na który summa summarum mamy niewielki, żeby nie powiedzieć żaden, wpływ? Czy ta zaplanowana w gruncie rzeczy (przedstawienie zamknięte jest w konkretne ramy scenariuszowe, a odpowiedzi na pytania łatwo dają się przewidzieć) demokracja, którą serwują nam twórcy, nie tworzy wciąż jakiejś iluzji, dającej tylko pozorny spokój i wrażenie ogólnego ładu? Czy, dajmy na to, pytania zawarte w społecznym referendum nie przyjmują formy przywołanego na scenie reality show, które karze publiczności wybrać faworyta za pomocą smsów?

 

PLAY REPLAY

Krzysztof Garbaczewski tradycyjnie już pozbawia (w znacznym stopniu, choć niezupełnie), przybyłą na swój spektakl publiczność, możliwości bezpośredniego obcowania z aktorem. Nie będzie tu „klasycznego” oglądania teatru, z postaciami, które skupiają się na żywym kontakcie z widzem, zamiast spoglądać w oko śledzącej je kamery. Oczywiście ironizuję, bo wciąż pamiętam głosy oburzenia, kiedy to wychodząc z interesującego i w moim odczuciu bardzo niedocenionego Pocztu królów Polski, słyszałem zdania w rodzaju: „gdybym chciała iść na film, to kupiłabym bilet do kina”. Garbaczewski właśnie Robertem Roburem zdaje się najdobitniej bronić przed podobnymi, powierzchownymi łatkami, krzywdząco określającymi go jako twórcę niedojrzałego, maskującego warsztatowe braki poprzez coraz to bardziej wyszukane sztuczki multimedialne. Reżyser, inscenizując fantastyczno-fragmentaryczną powieść Nahacza (w tym wypadku, inaczej niż u Rubina, mamy rzeczywiście do czynienia z literacką inscenizacją), przetwarza jego narrację na język multimediów. Motywem, który stanowi swoistą ramę dla rozgrywanych na ekranie, niewyjaśnionych wydarzeń z pogranicza Lynchowskich thrillerów, jest serial Wściekłość i wrzask. Właściwie jednak nie sposób odróżnić potencjalnej „rzeczywistości” (nie wiadomo czy ta w ogóle tutaj istnieje) od świata kreowanego serialu. U Garbaczewskiego nie ma alternatywy zwanej real, jest tylko fiction. I tak wnikamy w spektakl-grę, trochę kibicując Roburowi, ale tak naprawdę nie troszcząc się specjalnie o jego los. W końcu każda gra przewiduje dla swojego bohatera kolejne życie.

Czasem, w którym rozgrywają się nierzadko brutalne wydarzenia, jest odległa, niedookreślona przyszłość. Grupa bohaterów, a wśród nich między innymi: demoniczny i władczy Matheo DeZi (Cezary Kosiński); jego były współpracownik Abla Zimmermann (Lech Łotocki); przyjaciel głównego bohatera Costa Costa (Jan Dravnel) czy Nieprawdopodobny Prowadzący (Tomasz Tyndyk). W tytułowej roli oglądamy, co ważne, Pawła Smagałę (zastępującego w dniu premiery obsadzonego wcześniej Dawida Ogrodnika), któremu głos podkłada Justyna Wasilewska. Efekt, jaki narodził się przypadkiem, zdaje się wpływać na niejednoznaczny charakter postaci Robura, pogrążonego w swoich narkotyczno-alkoholowych wizjach. Zabieg potęguje wrażenie wspomnianej gry, w której władze nad bohaterem przejmuje ktoś od niego niezależny. Najważniejszym zadaniem leniwie poruszającego ustami Roberta jest zastąpienie scenarzysty serialu i stworzenie jego ostatniego odcinka. Mężczyzna zostaje wciągnięty przez świat szalonych wizji swoich współtowarzyszy i niewyraźnie wyglądającej na ekranie cyberprzestrzeni, przypominającej niekiedy postapokaliptyczne zgliszcza. Nie wiadomo jednak, skąd w ogóle ten cały Robur jest – z jakiego porządku pochodzi? Być może cyberświat jest jedyną rzeczywistością, jaką zna.

Trudno właściwie mówić o materii dramatycznej Roberta Robura, skoro niemal cały spektakl oparty jest na licznych zapożyczeniach, stylistycznych przetasowaniach i estetyce rodem z kina klasy B. Sama powieść Nahacza budzi zresztą skrajne odczucia za sprawą całkowicie rozbitej, pozbawionej logiki konstrukcji. Dlatego nie mam wątpliwości, że najgorsze, co można byłoby zrobić w przypadku analizy tego spektaklu, to próbować odnajdywać w nim kolejne tropy interpretacyjne na zasadzie jakiegokolwiek ciągu przyczynowo-skutkowego. Dużo ważniejsza wydaje się heroiczna niemal odwaga, z jaką Garbaczewski podchodzi do tej odrealnionej materii, która za punkt wyjścia obiera śmieszno-straszne paranoiczne widzenia. Twórca korzysta ze skrajnego przerysowania swoich postaci. Pokazuje obrzydliwość bohaterów i ich zachowań (zbliżenia na ukryte pod warstwą „taniego” makijażu twarze, wykrzywione nieraz w monstrualny sposób), a także kicz i całkowite odarcie z naturalności (unoszący się nad ziemią Nieprawdopodobny Prowadzący). Garbaczewski ukazuje za Nahaczem świat jako przestrzeń zawężoną do pojedynczych mikrofilmików, stających się głównym polem komunikacji. Nie ma tu jednak miejsca na banalne, prosto brzmiące tezy, przestrzegające przed zbyt łatwym zawierzeniem multimedialnej pożywce dla mas. Jest za to nienachalna lekcja dystansu i ironii w obcowaniu ze światem współczesnych mediów i przykład jak można się tym wynalazkiem doskonale bawić, wymyślając go ciągle na nowo. Ale nie na poważnie.

 

PRZEGRANI/WYGRANI

Charakterystyczna dla obydwu opisywanych przeze mnie spektakli wydaje się pozycja widza, któremu zaproponowany zostaje rodzaj gry, odpowiedniej dla podejmowanego przez dane przedstawienie tematu. Pierwsze zdaje się grać lub właściwie igrać z widzem jako podatnym na manipulacje i sugestie (pseudo)partnerem. Rubin z Janiczak po raz kolejny pokazują potencjał drzemiący w publiczności. Potencjał wciąż jednak niewystarczająco wykorzystany. Skoro bowiem nietrudno dowiedzieć się, ile zer mają na koncie co poniektórzy z zebranych albo kto może pochwalić się aktem własności na zamieszkiwane przez siebie m2, to może dałoby się pokierować zainicjowaną grę na bardziej ryzykowne, wstydliwe tory? Myślę, że wrażenie niezobowiązującej zabawy (odbywającej się z resztą przy kieliszku czegoś mocniejszego) wraz z poczuciem pewnej teatralnej bezkarności, mogłyby obnażyć coś, do czego nikt w „normalnej”, codziennej sytuacji, publicznie nigdy by się nie przyznał.

Z kolei drugi ze spektakli wykorzystuje koncepcję gry z widzem do przeciwstawiania się jego dotychczasowym przyzwyczajeniom, choćby na poziomie samego języka, który w Roburze zdaje się być na tyle osobny, że nie pozwala, aby zbyt dużo o przedstawieniu mówić i je analizować. Jednocześnie ta gra z publicznością przewiduje jej ciągłe zaskakiwanie. Najpierw za sprawą niespodziewanych wyjść aktorów poza plan streamingu i to w najmniej oczekiwanych, uzasadnionych do tego momentach (bohaterowie wyłaniają się z ciekawie pomyślanej, dużej makiety w kształcie oka – efektowna scenografia Aleksandry Wasilkowskiej). Później poprzez finał, kiedy zostajemy wrzuceni w całkowicie odmienną od dotychczasowej przestrzeń – skromną, biedną osadę. Czas jakby cofnął się o dobrych kilkanaście lat, ekranu, kamery ani kostiumów z przyszłości już nie ma. Jest za to być może ostatni odcinek serialu Wściekłość i wrzask, który przynosi nie tylko cudowny suspens w skomplikowanej historii Robura, ale dowodzi również niczym nieograniczonej wyobraźni Krzysztofa Garbaczewskiego. W kategorii „naj” boskiej reżyserii, swój głos oddaje na niego.

Dawid Dudko

 

Każdy dostanie to w co wierzy…

Na motywach Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa

Reżyseria: Wiktor Rubin

Tekst i dramaturgia: Jolanta Janiczak

Scenografia: Mirek Kaczmarek

Kostiumy: Jolanta Janiczak, Hanna Maciąg

Muzyka: Bartosz Dziadosz (Pleq)

Światło: Marek Kozakiewicz

Video: Hanna Maciąg, Marek Kozakiewicz

Inspicjent: Kuba Olszak

 

Obsada

Klara Bielawka: Hela

Julia Wyszyńska: Małgorzata

Jacek Beler: Korowiow

Michał Czachor: Woland

Mateusz Łasowski: Behemot

Dawid Rafalski: Mistrz

 

 

Robert Robur

Na podstawie powieści Niezwykłe przygody Roberta Robura Mirosława Nahacza

Reżyseria: Krzysztof Garbaczewski

Adaptacja: Krzysztof Garbaczewski, Jakub Żulczyk

Scenografia: Aleksandra Wasilkowska

Muzyka: Jan Duszyński

Światło: Bartosz Nalazek

Kostiumy: Sławomir Blaszewski

Wideo: Robert Mleczko

 

Obsada

Paweł Smagała: Robert Robur

Justyna Wasilewska: Robert Robur

Tomasz Tyndyk: Nieprawdopodobny Prowadzący

Agnieszka Żulewska: Małgorzata von Ungier

Sebastian Pawlak: Mistrz

Jan Dravnel: Costa Costa

Dobromir Dymecki: Inspektor Mirosław Kryzys

Natalia Kalita: Maja

Sandra Korzeniak: Helena Żut / Cyganka:

Cezary Kosiński: Matheo DeZi

Lech Łotocki: Profesor Abel Zimmermann

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

thirteen + eight =