Dawid Dudko: O zniewoleniu przez halki

9 kwietnia 2015

O spektaklu Orgia w reżyserii Wiktora Rubina w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku

Orgia/mat. prasowe

Orgia/mat. prasowe

Dionizyjskie słowo na o

Gdańska Orgia Wiktora Rubina zrealizowana została na kanwie sztuki Piera Paolo Pasoliniego, nonkonformisty swoich czasów, znanego z kontrowersyjnej twórczości i głoszenia wolnościowych haseł. Sam jednak twierdził, iż pełną autonomiczność osiągnąć można dopiero po śmierci. Jednoznacznie kojarzący się z seksualną sferą tytuł (bo kto by tam dzisiaj wspominał antycznego boga), przywodzi na myśl asocjacje z tym, co perwersyjne i wyuzdane, ale przede wszystkim, kieruje naszą (i jak się dalej okaże, również twórców) uwagę w kierunku badania granic wspomnianej swobody, na przykład tej światopoglądowej. Ilu z nas nazywa seks „tym”, oblewając przy tym twarz wstydliwym rumieńcem – zdają się pytać Rubin z Janiczak. Na teatralnym afiszu widnieć będzie cenzura wiekowa „tylko dla dorosłych”, więc spokojnie można pozbyć się fałszywej pruderii, a ewentualne oskarżenia o deprawowanie młodzieży, lub co gorsza dzieci, którzy za sprawą nie znających bezwzględnej twórczości włoskiego artysty rodziców, mogłyby się na spektaklu znaleźć, należy zachować na inne przedstawienia.

 

Nie oglądać, lecz tworzyć

W czarnej sali Wybrzeża czekają na widzów duże białe kubiki, pełniące role zarówno mało wygodnych foteli, jak i całościowej scenografii, w której poruszać się będą kobieta, mężczyzna, oraz my wszyscy – uczestnicy tytułowej orgii. Eksperymentalna forma spektaklu podważa sensowność widza, który jest bierny, zakładając tym samym jego zaangażowanie. Inicjowane przez dwójkę aktorów wydarzenia rozgrywane są bez grzecznościowego pytania o zdanie. Cóż to bowiem za orgia, jeśli uczestniczyć miałyby w niej wyłącznie dwie osoby – pytają Rubin z Janiczak, porte parole scenicznych postaci, chciałoby się powiedzieć. I tak, niemal od początku trwania spektaklu panowie będą mogli poczuć na sobie delikatne muśnięcia Doroty Androsz, wysłuchać jej czule szeptanych do ucha słów, a nawet położyć dłoń na jej kształtnym biuście. Panie z kolei, nie pozostawione na straconej pozycji, dostaną szansę zatopienia się w szerokich ramionach Marka Tyndy. Tak, Drodzy Państwo, o spokojnym „siedzeniu i oglądaniu”, do którego przyzwyczaił was przez lata tradycyjny teatr, możecie zapomnieć. Podczas orgiastycznego wieczoru, będziecie dotykani, całowani, a nawet przeszukiwani i nikt nie będzie się zastanawiał, czy macie na to wszystko ochotę. Po co? Po to, żebyście wreszcie przestali skrywać się za „bieliźnianymi atrybutami” i ukazali swoje prawdziwe, emocjonalne, ludzkie i seksualne oblicze. Po to, żeby zapytać, czy pozostaje w dzisiejszym świecie choć odrobina wolnej przestrzeni na wyrażenie swojego „ja”. Jedynym rozwiązaniem może być podporządkowanie się komuś – zakorzeniona w nas głęboko, potrzeba bycia sterowanymi, I pewnie jeszcze po to, żeby sprawdzić, czy naprawdę tacy z nas masochiści.

 

 

Zrobimy wszystko, co każecie, czyli tutaj dalej możesz iść

Nie mam wątpliwości, że paląca potrzeba zaangażowania widzów w sceniczne „dzianie się” zdominowała gdański spektakl. Publiczność, choć początkowo nieco zakłopotana, w zaproponowaną przez autorów grę, wkracza (nie)pewnym krokiem. Niespodziewanie łatwo udaje się ludziom na sali powstrzymać nerwowy uśmiech, czy oporny wstyd. Zaskoczenie całym performancem mija w końcu szybciej, niż zaplanowali jego inicjatorzy i w momencie,  kiedy mielibyśmy ochotę na więcej, niczego już z nami Androsz i Tynda robić nie chcą. Doskonale obrazuje to, kluczowa w kontekście relacji aktor-widz,  scena budowania piramidy z ludzkich ciał. Zamiast analizy tego, jak bardzo teatralni widzowie są w stanie ulec i podporządkować się sile, niekoniecznie od nich wyższej, poszczególne części konstrukcji niestrudzenie wracają na zajęte wcześniej miejsca. A przecież można by wreszcie sprowokować poważną dyskusję, głośno i z przytupem powiedzieć, że granice, jakie sobie uzurpujemy, jako ludzie, czy jako widzowie, tak naprawdę nie istnieją. Przecież wszyscy wiemy, że w obliczu niespodziewanej sytuacji, jaką ciągle jest próba nawiązywania bezpośredniego kontaktu aktora z oglądającym, ten drugi jest w stanie zrobić więcej, niż sam by się tego spodziewał. Autorzy jednak w pewnym momencie stają w pół drogi, obchodząc się z widownią jak z delikatnym jajkiem, które za chwilę może się stłuc, robiąc przy tym dużo bałaganu.

 

 

Kamera, krzyk i ból

Warstwa fabularna spektaklu, poza aspektem związanym z aktywizacją widowni, dotyka również relacji między głównymi bohaterami. Kim oni tak właściwie są dla siebie nawzajem? Być może ta dwójka to wymykająca się wszelkim konwenansom para, małżeństwo z długoletnim stażem, chcące tchnąć życie w dawno uśpioną strefę miłosnej alkowy. Niewykluczone także, że są dwojgiem przypadkowo spotkanych osób, z których jedna, przejmuje rolę dominanty, a druga, nie wiedząc czemu, daje się jej bezkrytycznie podporządkować. Relacja obydwojga partnerów niewątpliwie karmi się zarówno fizycznym bólem, jak i seksualną satysfakcją. Żadna z tych możliwości nie może być z gruntu skreślona, bowiem Orgia jest, jak mówią jej twórcy, to spektakl o majtkach, czyli symbolu poddania, oraz hipokryzji, jest przedstawieniem na temat rzeźbienia człowieka na milczenie i posłuszeństwo, więzienia ciała we wzorcach innych ciał. W ten sposób nawet uciekająca przed swoim podległym przeznaczeniem, postać Androsz, z bliznami na nogach i przeraźliwym grymasem na twarzy, zwierzająca się zbliżonemu do niej oku kamery, nie może niczego w beznadziei ludzkiego losu zmienić. Dlatego skrajnych emocji w Orgii nie brakuje. Aktorzy biegają krzycząc, tańcząc płaczą, a kochając nienawidzą, tylko w pewnym momencie, nas, widzów, jakoś mało to wszystko obchodzi. Po pierwsze, wydarzenia szybko stają się być do bólu przewidywalne, jednocześnie bardzo starając się przewidywalnymi nie być. Po drugie, postaci choć kreowane przez doświadczonych scenicznie aktorów (niewykorzystany potencjał hipnotyzującej Doroty Androsz), finalnie sprawiają wrażenie płaskich i nie pozwalających zrozumieć ich psychologii. Wreszcie wykrzykiwany tekst często uniemożliwia jego zrozumienie. I zamiast dać ponieść się ekspresji, patrzymy na zegarek.

 

 

Grotowski stosowany

Minimalistyczna scenografia Mirka Kaczmarka, a także ścieżka dźwiękowa wytwarzana, jakby mimowolnie, przez nieustanny ruch bohaterów, wpływają na specyficzny, kameralny nastrój spektaklu, będący jednocześnie jego największą zaletą. Ten fizyczny charakter konstruowania narracji przedstawienia Rubina, przywodzi na myśl teatr Jerzego Grotowskiego, który w swojej twórczości dążył do rezygnacji z wszelkich podpórek, stawiając na pierwszym miejscu działania człowieka. Słynny twórca, poszukując prawdy w ciele, zmierzał do wytworzenia ponadziemskiej energii. Grotowski wyjątkowo często angażował swoją publiczność (czyniąc ją na przykład pacjentami w zakładzie obłąkanych, gdzie znajdował się Kordian) i stał się jednym z prekursorów awangardowego teatru, po którego metody reżyserskie sięga się po dziś dzień. Spektakl Rubina ma ten problem, że finalnie wzbudza nie tylko mniejsze emocje, niż przywołane przeze mnie działania słynnego metodologa, ale też nie pozwala utwierdzić odbiorców w przekonaniu, że inicjatywy pobudzające aktywność widza warto podejmować.

 

                                                                                                          Dawid Dudko

 

Orgia

Autor: Pier Paolo Pasolini

Polska Prapremiera: 24 kwietnia 2010 Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Reżyseria:  Wiktor Rubin

Obsada:  Dorota Androsz, Marek Tynda

Dramaturg: Jolanta Janiczak

Scenografia i kostiumy:  Mirek Kaczmarek

Opracowanie muzyczne:  Wiktor Rubin

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ten + 17 =