Dorota Patrycja Sech: Poetyka codzienności

27 stycznia 2012

O książce Książka Mikołaja Łozińskiego.

Mikołaj Łoziński "Książka" / materiały wydawnictwa

Wśród tegorocznych laureatów Paszportów tygodnika Polityka znalazł się Mikołaj Łoziński, pisarz i fotograf, syn cenionego dokumentalisty Marcela Łozińskiego, brat dokumentalisty Pawła Łozińskiego. Debiutował w 2006 roku powieścią Reisefieber i już wtedy pokazał, że wie, co robić z literaturą, by nadać jej ciekawy i autentyczny kształt. Powieść została bardzo przychylnie przyjęta przez krytyków, uhonorowana Nagrodą Kościelskich i nominacją do nagrody Nike. Tegoroczna Książka, doceniona przez jury Paszportów, zdaje się tylko potwierdzać fakt, że Łoziński wie jak pisać.

Łoziński wpisuje się w nurt młodej, polskiej prozy skupiającej się na wydobyciu literackiego smaku codzienności. Bo Książka jest właśnie o tym. O rodzinie, o dorastaniu, o potrzebie miłości, o samotności, o skomplikowanych relacjach międzyludzkich. Historia, polityka są tylko tłem, nadającym koloryt treści, nie wysuwają się na plan pierwszy, nawet jeśli narrator ma świadomość, że determinują ludzkie życie. Nie ma tu niepotrzebnego patosu, wielkich słów pisanych grubą kreską. Poszczególne przedmioty, do których nawiązuje autor, spajając tym sposobem kompozycję całego utworu, niczym Proustowska magdalenka przywołują obrazy z życia rodzinnego. To za pomocą „szuflady, zeszytu, maszynki” Łoziński pisze książkę-Książkę. Są to pejzaże dzieciństwa rodziców, młodości dziadków, rodzeństwa. Często takie, o których najłatwiej byłoby zapomnieć, takie, które na pozór nic nie wnoszą, po prostu są. Paradoksalnie niezwykłość Książki tkwi w jej „zwykłości”. Narrator podpowiada, że właśnie te drobiazgi decydują o jakimś większym obrazie. Ludzkie życie utkane jest przecież z kolejnych dni, w których pełno czarnego humoru, a radość miesza się ze smutkiem. Na szczęściu kładzie się cieniem nie tylko wspomnienie przeszłości, ale też perspektywa jutra, w którym wszystko się odwróci. Bohaterowie poszczególnych rozdziałów, tworzących swoiste „mini-opowiadania”, zostają pozostawieni w konkretnym, ujętym w czasoprzestrzenną ramę, punkcie wraz z całym emocjonalnym bagażem owej chwili. Dla nich, co prawda, nie ma już ucieczki, jednak zupełnie inaczej wygląda sytuacja czytelnika, którego prowadzi przez utwór wyższa instancja, posiadająca wiedzę o przyszłości. „Obserwujemy w milczeniu ich pionki na szachownicy/tyle że przesunięte o trzy pola dalej” i chyba to właśnie pozwala poczuć intensywność literackich biografii przedstawionych w Książce. Pełno tu bowiem ironii, jaką naznaczona jest ludzka egzystencja. Jak to w życiu, z wielkich nadziei, pozostało wielkie nic.

W narracji Łozińskiego mało jest opisów, typowo epickiej kreacji świata. Większość tekstu została udramatyzowana, wrzucona w dialogi bliskich sobie osób, mimo że komunikacja pomiędzy nimi przebiega nie zawsze skutecznie i nie zawsze jest oczywista. Wiele rzeczy pozostaje niedopowiedzianych. Czasem narracja przechodzi w cytat, monolog któregoś z bohaterów, można złapać się na tym, że patrząc z pozycji czytelnika, nie dostrzega się granic i płynnej zmiany języka opowiadania. To, co najważniejsze, to, co tworzy sens powieści, ukryte jest między wierszami. Sięgając po tekst, trzeba wykazać się intuicją i wrażliwością, by dostrzec niuanse, dzięki którym Książka jest lekturą ciekawą i wzruszającą. Odnoszę wrażenie, że Łozińskiego albo się „kupuje”, albo nie. Nie jest to proza będąca wielką intelektualną potyczką ze światem (i nie traktuję tego jako argumentu na „nie”). Nie każda powieść przecież taka być musi. Zresztą, czy samo określenie „powieść”, aby na pewno tu pasuje? Chwilami utwór bardziej przypomina teczkę pełną szkiców. Na pozór ze sobą niepowiązanych historii, ledwie zarysowanych postaci, których cechy ograniczają się do tego, co rejestruje wybiórczo pamięć – ojciec to dżinsy i papierosy, dziadek – okulary. Zamiast pytań o ważne, lecz wciąż abstrakcyjne idee, Książka proponuje poetykę codzienności i intymności, bardzo bliską życiu każdego z nas. Między opowieściami pojawiają się „czarne kartki” o tym, czego mówić się nie powinno, sugerując, że każda opowieść rodzinna to nie tylko zbiór faktów. Sama w sobie jest narracją. Wydaje mi się, że to idealny punkt wyjścia do głębszej refleksji, miejsce, w którym worek pytań otwiera się – ile jest w nas prawdy, jak wiele ukrywamy, w jaki sposób kreujemy swoją przeszłość, o czym chcemy pamiętać, a co lepiej wymazać z pamięci, etc., etc.? Kolejnym zestawem pytań są te, w których nadrzędną „wartością” jest samotność, potrzeba bliskości. Bohaterowie Książki są bardzo blisko, a jednocześnie bardzo daleko od siebie. Są bardzo daleko, ale krążą obok, na wyciągnięcie ręki.

Tak jak wcześniej Lala Jacka Dehnela (gawęda rodzinna skupiona wokół biografii babci narratora, również nagrodzona PaszportemPolityki” w 2005 roku), tak teraz Książka Łozińskiego pokazuje, że tematu dla literatury nie trzeba szukać daleko. Rodzina, najbliższa społeczność, w której chcąc nie chcąc tkwimy i nigdy nie będziemy mogli od niej uciec, daje możliwość poruszenia naprawdę ważnych tematów w sposób naturalny i swobodny, bez wchodzenia w patetyczny ton literatury pisanej na kolanach. Mikołaj Łoziński kreśli piękny i prawdziwy dokument codzienności. To chyba u Łozińskich rodzinne.

Dorota Patrycja Sech

Książka, Mikołaj Łozinski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011 r.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

13 − 4 =