Ewa Uniejewska: Dialekt Dada-gdański

26 września 2011

Rozmowa z LESZKIEM BZDYLEM, współtwórcą Teatru Dada von Bzdülöw.

Leszek Bzdyl

Ewa Uniejewska: Festiwal przygotowany przez Jacka Głomba nie należy do najłatwiejszych. Mam wrażenie, że z każdym dniem poziom trudności wzrasta. Wasz spektakl zostawiono na zakończenie festiwalu. Prezentujecie teatr tańca, czyli rzecz dość nietypową, trudniejszą. Z drugiej strony powtarza Pan, że Caffè Latte to nie tylko „taniec z muzyką w tle”. Czym zatem jest Caffè Latte?

Leszek Bzdyl: Nie określamy siebie jako teatr tańca, teatr tańczący. Jesteśmy teatrem. Robimy tak między innymi dlatego, aby nie przerażać widza hasłem „trudny w odbiorze”. Chodzi o to, aby widz, który w ogóle zdecydował się na wyjście do teatru, miał szansę na spokojne spotkanie z przedstawieniem. Posługujemy się językiem, który może nie jest codziennym językiem teatru, ale jednak jest nim. Caffè Latte jest specyficznym przedsięwzięciem Dada von Bzdülöw i SzaZy, duetu muzyków z Warszawy. Chcieliśmy uciec jakiemukolwiek określeniu. Często mówiliśmy, że to w ogóle nie jest spektakl. Tu nie ma reżysera, nie ma choreografa, kompozytora. Jest SzaZa i Dada. Spotykają się ze sobą w przestrzeni sceny i kreują przedsięwzięcie, które właściwie nawet samo nie wie, czym jest. Może jest spotkaniem. Spotkaniem wykonawców, ale i spotkaniem twórców z widzami. Spotykamy się, by wypić wspólnie café latte, spędzić ze sobą godzinę w przestrzeni może nie kawiarnianej, ale jej bliskiej.

Czym charakteryzuje się sposób współpracy między ludźmi, którzy posługują się tak odmiennymi narzędziami, jak ciało (Dada) i instrumenty muzyczne (SzaZa)? Przecież w tym wypadku nie chodzi o prostą ilustrację tańca muzyką.

Wydaje się, że to nasze spotkanie jest naturalne, ponieważ od dłuższego czasu my jako Dada nie domykamy przedstawień. Struktury, które tworzymy, są strukturami do wypełniania. Obracamy się wokół określonych tematów, ale posiadamy wolność bliską tej, jaką dysponują jazzmani. Mamy tematy wokół których rozwijamy zdarzenia. Paweł Szamburski i Patryk Zakrocki są z tej generacji muzyków, która nie potrzebuje nut. Oni tworzą muzykę wobec widza, komponują ją wielokrotnie w trakcie koncertu. Nasze spotkanie wydaje się być naturalne. Dada, w podobny sposób, jak muzycy improwizujacy, komponuje swoje postaci „na żywo”, w trakcie  przedstawienia. To zbliża Dada i SzaZę do siebie, niweluje różnice między nami. Tworzymy w podobny sposób, tu i teraz. Niekiedy zastanawiam się, czy aktor tańczący na scenie nie jest przypadkiem, że się tak wyrażę, tylko i wyłącznie, instrumentem brzmiącym. Muzyka przebiega przez ciało. Ten ruch krwi, pulsu, oddechu to jest właśnie muzyka. A z drugiej  strony, czy muzyka nie jest tańcem? Często odbieramy ją jako brzmienie, a to jest zabawa dźwięków, ich ruch. W tym projekcie interesuje nas zanik granicy. Tak naprawdę używamy tych samych kodów i tych samych narzędzi, by utworzyć zdarzenie sceniczne.

Jaką rolę w tym przedsięwzięciu odgrywa widz? W przypadku Dada von Bzdülöw bardzo dużo uwagi poświęca się zagadnieniu „uwodzenia widza”, zarówno pod kątem wprowadzenia go w zachwyt, jak i mamienia złudzeniami.

Od zarania naszej pracy w teatrze Dada widz jest najistotniejszy. Wielokrotnie twórców nie interesuje widz, to nie dla niego robi się spektakl. Widz przychodzi oglądać dzieła twórców, twórcy próbują indoktrynować widza, który musi zgodzić się na wielkość jego myśli.  A nasz teatr zakłada, że widz wie więcej. I że to jego bystrość, mądrość, klarowność, jego intelektualne gry tworzą zdarzenie, które my prezentujemy. Wychodzimy z pewną propozycją, a dopiero reakcja widza, jego uwaga, współistnienie z nami kreuje to zjawisko. Porównujemy to do kawiarnianej rozmowy. Dwie osoby prowadzą dialog, ale nie byłoby go, gdyby nie towarzysząca im grupa, która tworzy energię tej rozmowy. To, że ktoś się popisuje wobec partnerki lub partnera siedzącego obok, ktoś próbuje wygrać potyczkę słowną – to wszystko tworzy energię spotkania. Być może ta dwójka jest tylko efektem prowokacji tej pozostałej grupy. W tym naszym zdarzeniu widownia nie jest przez nas angażowana fizycznie, nie prowadzimy żadnej gry słownej, która miałaby wciągnąć widza. Ale on jest fizycznie obecny. Stanowi niejako kolejny instrument, rezonuje, tworzy barwę tego przedsięwzięcia. Graliśmy Caffè Latte ok. 20 razy. Nie było dwóch podobnych przedstawień. Przestrzeń, w której gramy i widownia tworzą wymiar tego przedsięwzięcia.

Czy każdej widowni łatwo jest przejść na ten poziom komunikacji, czy spotykacie jednak jakieś problemy?

Wiele zależy od tego, w jaki sposób my to robimy, ile w nas jest koncentracji i skupienia. Jeżeli coś się nie wydarza, to pojawiają się pytania o przyczynę. To element układanki, to popycha dalej pracę. To każe nam się zastanowić, gdzie popełniliśmy błąd, gdzie użyliśmy niewłaściwego słowa, czy coś zostało zagrane w nieodpowiednim rytmie, skoro utraciliśmy kontakt z widownią. To są każdorazowo lekcje, które pomagają w kolejnym miejscu uniknąć tego czegoś, co było niespełnieniem.

Na ile poszczególne spektakle mogą różnić się między sobą?

Mamy scenariusz zdarzeń, podążamy za określonymi tematami. Ale każde kolejne wykonanie jest odmienne. Rytm zdarzeń, czas – zarówno w skali muzycznej, jak i w skali ruchu. To niekiedy jest zdarzenie teatralne, niekiedy bardziej happening, niekiedy koncert, czasem bardziej taneczne widowisko. Spotykamy się na trasie, nie robimy długotrwałych prób. A reszta jest płynna, zależna od mocy poszczególnych osób w naszym kwartecie. I od tego, jak widownia współgra ze zdarzeniem. Czy słyszy, czy widzi, czy odczuwa, czy śpi. Czy musimy się przebijać, czy jednak uspokajać energię widowni. Każda z kolejnych „kawek” jest zupełnie odmienna. Nagrania tych przedstawień pokazują, jak to wszystko jest odmienne w smaku, mocy, estetyce.

Czy da się określić, o czym jest Caffè Latte? Oprócz tego, że stanowi pewien rodzaj spotkania.

Tak. To jest o cudowności katastrofy, gdy rozpadła się Wieża Babel. Cytuję w trakcie przedstawienia fragment  Baudrillarda o tym, że przyjmujemy tę katastrofę jako karę od Boga, że świat został rozbity na wielość kultur i wielość języków. A przecież ta wielość jest błogosławieństwem. W Cafè Latte istnieje ta wielość języków, które w sposób tajemniczy komunikują się ze sobą. O tej tajemnicy komunikacji, tej radosnej karze Boga opowiada spektakl.

Dużo jeździcie po Polsce. Jednak Wasz teatr głównie kojarzy się z Gdańskiem. Co jest takiego w tym miejscu, że gracie w nim najchętniej?

Żeby to jakoś nazwać, to powiem, że gramy po gdańsku. Nie chcę powiedzieć, że jesteśmy zespołem z Gdańska, tylko że używamy pewnego dialektu, który jest wpisany w tamtą przestrzeń. Przywozimy ten dialekt z Gdańska. W sezonie 2008/09 rezydowaliśmy w Teatrze Nowym w Łodzi, ale wciąż podkreślaliśmy, że robimy projekt łódzki, ale jesteśmy z Gdańska. Utożsamiamy się z tym miejscem. Chociaż jesteśmy teatrem, który stale podróżuje, to troszczymy się o to, żeby mieć stałą bazę. Punkt, który nas określa. Z Gdańska wyruszamy w nasze podróże i tam wracamy. Tam jest krąg przyjaciół, widownia, dla której gramy, z którą uczymy się tego języka. A potem to coś przewozimy dalej, proponując ten specyficzny dialekt Dada-gdański.

Jakie oczekiwania wiąże Pan z tym krótkim pobytem na festiwalu w Legnicy?

Mam nadzieję, że uda nam się stworzyć tę szczególną relację z widownią i że pojawi się jakaś świeża nuta w naszym przedstawieniu, która nas zaskoczy i ucieszy. Chyba niczego innego nie oczekuję. Chodzi o to, by to zdarzenie było dla nas i dla widowni ważne. Czy takie będzie, czy takim się stanie, to pozostaje jeszcze tajemnicą. Uwielbiamy podróżować. Grając u siebie, rozpoznaje się przestrzeń, zaczynana się działać w oparciu o pewne kody, jest to niejako powtarzalne. To piękny smak powtarzalności – rozgrywać te same rzeczy w podobnym klimacie. A teraz będziemy grać w trudnej przestrzeni na Nowym Świecie. To jest jakieś wyzwanie. Inne brzmienie, inny rytm. Niekiedy to niweczy wysiłek, ale niekiedy dodaje energii, wytwarza moc uruchamiającą zdarzenia. Spotkanie z widownią to cały zamysł tego przedsięwzięcia. Ciekawi nas, na ile nasze wariactwa wpisane w to przedstawienie są komunikatywne, na ile widz je łapie.

Lada chwila teatr Dada skończy 20 lat. Jakieś plany?

Właśnie jesteśmy po premierze Duetów Nieistniejących. Miały powstać w przyszłym roku, ale zrobiliśmy je teraz. Nie chcieliśmy robić Duetów jako spektaklu jubileuszowego, by ktoś nie wytykał nam „jubileuszowości” w tym przedstawieniu. Z Kasią Chmielewską korzystaliśmy z całego naszego 19-letniego dorobku, by stworzyć nową rzecz. Jest to spektakl zamykający i otwierający. W przyszłym roku nie napinamy się na żadne specyficzne produkcje. Najprawdopodobniej będzie to jedno zdarzenie o nazwie Celebration. Ponadto planujemy festiwal teatru Dada, który zaprezentuje nasz dorobek z ostatnich 8 lat. Spróbujemy wznowić niektóre przedstawienia, większość jest stale w repertuarze. To będzie rok na przyglądanie się, ile jest w nas mocy i witalności. Czy ten nasz zespół, pod tą samą nazwą i w tym samym składzie ludzkim, może być nadal twórczy. Ale trzeba uważać na jubileusze, żeby się pod nimi nie ugiąć. To jest dosyć trudne, spogladanie wstecz ma w sobie upiorną moc, w uszach brzmi zbyt wiele refleksji. Dlatego lepiej nie traktować jubileuszu jako poważnej uroczystości. Chcemy przez niego przebrnąć bez ran, bezboleśnie.

W takim razie właśnie tego Panu życzę i dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję.

Rozmawiała Ewa Uniejewska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × two =