Ewa Uniejewska: Komediogranie zawsze w cenie

15 stycznia 2013

O spektaklu Kogut w rosole w reż. Marka Gierszała w Teatrze Polskim w Szczecinie.

Kogut w rosole FOT. WŁODZIMIERZ PIĄTEK

Najnowszy spektakl Teatru Polskiego budzi szczery entuzjazm zarówno wśród widowni (ale przecież szczecińskim widzom nigdy nie brakowało otwartości i przyzwolenia na uśmiech), jak i krytyków (o dziwo! bo przecież wedle stereotypu powinni liczyć się jedynie z artystowskimi popisami, a sceptycznie spozierać na komediogranie). Pisanie o Kogucie w rosole w kontekście „mojej rewolucji teatralnej” byłoby grubą przesadą, jednak codzienność teatralna nie żywi się rewolucjami. Znacznie istotniejsze – i kto wie, może trudniejsze? – jest trzymanie dobrego poziomu, rzetelność i uczciwość wobec publiczności. Zatem, Drogi Widzu, jeśli rażą Cię chłód i formalizm teatru postdramatycznego, nie przekonują Cię bogactwo bodźców i intelektualny dyskurs, lękasz się inwazji realności,  a sceniczne eseje Cię nudzą, skieruj swe kroki do teatru, który niczego nie udaje. Masz szansę zobaczyć komedię, która nie wstydzi się tego, że jest komedią, nie rości pretensji do „wyższej sztuki”, bo wie, gdzie jest jej miejsce i jaki jest jej cel. Tak, póki ludzie chcą się bawić, warto grać komedie.

Jest pewien urok w początkach spektakli. Tak jak w tańcu po pierwszych krokach można rozpoznać klasę partnera, tak pierwsze minuty przedstawienia stają się od razu jego wizytówką. Zazwyczaj bezbłędnie informują widza, z czym będzie miał do czynienia przez najbliższe godziny – czy na scenie będzie toczył się bój o jego uwagę i uśmiech na twarzy, czy raczej stworzy mu się dogodne warunki do przyśnięcia na oparciu teatralnego fotela. Pod tym względem wyreżyserowany przez Marka Gierszała spektakl okazał się przewrotny. Pierwsze pół godziny spektaklu ciągnęło się niemiłosiernie, wygrywając wszystkie rankingi na zanudzenie widza. Aktorzy mogli dwoić się i troić, ale miernota tekstu i miałkość sytuacji dramatycznych nie dawały za wygraną. Co było tematem tej przydługawej uwertury? „Historia wesoła, a ogromnie przez to smutna” – rzec by się chciało za poetą, śledząc komicznie desperackie poczynania bohaterów sztuki Jokica. Bezrobotni przyjaciele walczą nad kuflem piwa z dręczącą codziennością, kombinując przeróżne fuchy, które dałyby im nadzieję na odbicie się od finansowego dna i odbudowanie szacunku do samego siebie. Nagle ta sceniczna i tematyczna nijakość zostaje zagłuszona coraz śmieszniejszymi etiudami, aktorzy prześcigają się w zjednywaniu widzów, ubarwiając swoje role całą paletą farsowego dowcipu. Zmiana ta nieuchronnie wiąże się z pomysłem, na jaki wpadają bohaterowie sztuki. Decydują się dorobić na striptizie – cóż bowiem łatwiejszego od zrzucenia ciuszków przed tłumem chcących za to (DUŻO!) zapłacić pań. A jednak…

Bohaterem zbiorowym spektaklu jest niezaprzeczalnie choreografia, którą Teatr Polski zawdzięcza Grzegorzowi Suskiemu. Nie dzięki dialogom, ale przede wszystkim w trakcie solowych występów, z początku nieudolnych i nieporadnych, poznajemy poszczególnych mężczyzn. Pierwszym odważnym, który podłapuje pomysł Dave’a, jest Larry – niezdarnie zaczesujący grzywkę, sepleniący nużące kawały, ale zdeterminowany, bo przecież doświadczony w cowieczornych rozbierankach przed żoną. Gdy zostaje w mieszkaniu kumpla – sam na sam z „materiałami poglądowymi” – włącza muzykę. Grający go Sławomir Kołakowski rozpoczyna pełen przewrotów, potknięć i upadków, ale jakże w tym wszystkim męski i stanowczy, ruchowy popis w towarzystwie mocnych brzmień. „Zaczeska” odchodzi w niepamięć, mężczyzna uwalnia grzywkę i pozwala jej latać we wszystkie strony, zupełnie tak jak bluzie, którą młodzieżowo wymachuje w rytm muzyki. I tak łóżko nagle staje się sceną, w chwilę potem noga gitarą, a Larry/Kołakowski ulubieńcem publiczności. Wraz z nadejściem Gordona i Dave’a powracają wcześniejsze wątpliwości. Czy w tych trzech mężczyznach, w niczym nie przypominających playboyów (nawet in spe), znajduje się choć odrobina z „Dzikich Buhajów”? Czy znajdą się kandydaci na tancerzy, otwarci i chętni, by zasilić szeregi „gołodupców”? Zrezygnowani, pozbawieni złudzeń Gordon i Larry chcą wyjść, ale drzwi mieszkania Dave’a są zamknięte. Inicjator i menager całego przedsięwzięcia poprawia lekko kapelusz i staje na środku mieszkania/sceny gotowy, by uwodzić i zachwycać szczecińską publiczność oraz oniemiałych ze zdumienia kolegów. Wcielający się w niego Dariusz Majchrzak puszcza zalotnie oko do widowni, tańczy ze zmysłową imaginacją kobiety, z gracją i subtelnością rasowego podrywacza kradnie coraz liczniejsze zachwyty i westchnienia. Przez te kilka chwil Dave nie czuje na swoim karku oddechu czeczeńskiej mafii, udaje mu się zapomnieć, że jego żona poszła z innym, a syn woli puszczać latawce niż grać w piłkę. Popis mężczyzny ośmiela Gordona, który „również coś przygotował”. Takim sposobem mały, gruby, ruchowo niezdarny, acz wzbudzający bezmiar sympatii bezrobotny mąż Marry (która oczywiście nie wie, że Gordon od miesięcy nie pracuje) postanawia odtańczyć przed kumplami Macarenę. Obłędne skupienie rysujące się w jego oczach wzmaga efekt komiczny występu, a właściwie małego aktorskiego koncerciku brawurowo profesjonalnego Adama Dzieciniaka. Nagle jednak zadzwonił telefon, po którym zwarty szyk sprzecznych emocji zaczął nacierać na bezrobotnych przyjaciół. Ktoś zadzwonił, by zapytać o casting, nie ma już odwrotu, czas ruszać do dzieła!

Ale cóż po ludziach, gdy muzyka nogom przeszkadza… Zawstydzony i zażenowany Lewis bardzo powoli, nie przesadzając z cielesną ekspresją, prawą ręką zatacza w powietrzu poziome koło. Po chwili ten sam okrężny ruch powtórzy lewą nogą. I mógłby te nieporadne, nieśmiałe ruchy wykonywać w nieskończoność, gdyby nie popędzający go audyt domagający się ściągnięcia sweterka. Każda kolejno zdejmowana część garderoby wzmaga wesołość widowni, ale jednocześnie zamyka i krępuje nieszczęsnego kandydata na tancerza. Chociaż Jacek Piotrowski pojawia się w tym spektaklu tylko na chwilę, tworzy zapadającą w pamięć perełkę. To zdecydowanie najśmieszniejsza, ale i najokrutniejsza scena. Lewis nie musi nic mówić. W jego skrępowanych gestach, spłoszonym spojrzeniu i naznaczonym czasem ubraniu zawiera się cały tragizm tej postaci: bieda, bezrobocie, życiowa nieporadność, dwoje dzieci czekających na zewnątrz. Nawet striptiz mu nie wyszedł. Ale już po chwili scena jaśnieje blaskiem, gdyż pojawia się na niej Colin – kolorowy homoseksualista na co dzień cyklinujący łazienki, ale urodzony dla splendoru i sławy. Gwiazdorski uśmiech ukazujący piękne zęby, figlarnie niesforne blond włosy, już nawet nie akceptacja, a afirmacja własnego ciała i nade wszystko umiłowanie sztuki –  ten ciąg cnót mógłby stanowić gwarancję sukcesu. Ale nie stanowi, ponieważ Colin to prawdziwy artysta-indywidualista, który przemierza przestrzenie sceny własnymi ścieżkami. Jego wizje rzadko zbiegają się z ogólną koncepcją, a i umiejętności ruchowe zdają się zbyt często nie dorównywać tkwiącym w nim bezmiarom wrażliwości. Mateusz Kostrzyński przerysowuje tworzoną przez siebie postać w sposób niezwykle ujmujący, czaruje widownię niezaprzeczalnym poczuciem humoru, przypominając zarazem, że „drzwi do pewnych parafii są zawsze otwarte”. Gdy po raz kolejny wątpliwość łapie Dave’a, Larry’ego i Gordona w swe sidła, na scenę wbiega Mustafa, czeczeński imigrant. Początkowo podejrzewany o kontakty z mafią, okazuje się brakującym elementem układanki, dzięki któremu wzrasta prawdopodobieństwo powodzenia striptizowego pokazu. Skoczyć salto to jedno, ale tak wyglądać, z taką gracją się ruszać może tylko Filip Cembala, niekwestionowany frontman właśnie uformowanych „Dzikich Buhajów”.

Pieczę nad tym ryzykownym przedsięwzięciem sprawuje Spencer, najbardziej tajemnicza postać. Rozwój fabuły ujawnia skrawki z jego życia. Okazuje się, że ten niedoszły samobójca, menel o spojrzeniu nihilisty (grany z komicznym wyczuciem dystansu przez Zbigniewa Filarego) „robił kiedyś jako nauczyciel tańca”. Motywowany przez kolegów kolejnymi kuflami piwa, zdradza im tajniki zawodu, wyjawia, że nie jest sztuką rozebrać się do rosołu, lecz powoli, stopniowo wzmagając napięcie, zdejmować kolejne części garderoby, kusić, wabić, wzbudzać pożądanie, ale nie zdradzać tajemnicy. Jeszcze tylko kilka zmian w choreografii, jeszcze tylko załatwić lokal, jeszcze tylko przywieźć kostiumy i „Dzikie Buhaje” wkraczają stanowczym, męskim krokiem na scenę. Ladies and Gentlemen, Meine Damen und Herren, Madame et Monsieur! Ależ nie, jak wyglądał będzie finał tego finału mogą dowiedzieć się Państwo tylko w Teatrze Polskim w Szczecinie.

Ewa Uniejewska

Samuel Jokic

KOGUT W ROSOLE          

przekład: Herbert Kaluza, Marek Gierszał

reżyseria: Marek Gierszał

scenografia: Hanna Sibilski

choreografia: Grzegorz Suski

reżyseria światła: Peter Meyer

asystent reżysera: Jacek Piotrowski

obsada: Dariusz Majchrzak (Dave), Sławomir Kołakowski (Larry), Adam Dzieciniak (Gordon), Zbigniew Filary (Spencer), Filip Cembala (Mustafa), Mateusz Kostrzyński (Colin), Jacek Piotrowski (Lewis).

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

20 − eleven =