Ewa Uniejewska: Mistrzowski duet

17 października 2010

Na deskach stołecznego Teatru Współczesnego spotykają się mistrzowie sceny – Piotr Fronczewski i Wojciech Pszoniak – by w wirtuozerski sposób opowiedzieć o blaskach i cieniach wykonywanego przez nich zawodu. Dzieje się to za sprawą sztuki francuskiego twórcy Daniela Colasa. „Skarpetki, opus 124” to wzruszająca, ale przede wszystkim niezmiernie śmieszna opowieść o dwóch aktorach, którzy po latach artystycznego marazmu postanowili wrócić na scenę i odzyskać niegdysiejszą sławę.

(od lewej) Wojciech Pszoniak (Brémont), Piotr Fronczewski (Verdier) / materiały teatruVerdier (Fronczewski) postanawia wyreżyserować poetycki spektakl na podstawie utworów Verlaine’a i Rimbauda. Do współpracy zaprasza Bremonta (Pszoniak), aktora wysokiej klasy, którego gra na wiolonczeli mogłaby dodatkowo wzbogacić przedstawienie. Dla obu aktorów powodzenie spektaklu oznaczałoby długo wyczekiwany powrót na scenę. Chociaż łączy ich wspólny cel i marzenie odzyskania dawnej popularności, mozolne ćwiczenia i desperackie próby co rusz przerywane są przez absurdalne sprzeczki oraz niedomówienia. Do rangi ogromnego problemu urastają dziurawe skarpetki Verdiera, bądź pomysł na przywdzianie kostiumów klaunów. Mężczyźni wielokrotnie rozstają się, by za każdym razem na nowo przywdziać teatralne kostiumy i marzyć o pozyskaniu sponsora. Uważny widz dostrzeże w głębi sceny małe łyse drzewko – odwołanie do Beckettowskiego „Czekając na Godota”. Od samego początku wiadomo, że podejmowany przez aktorów trud jest daremny – producent staje się Godotem naszych czasów.

Opowieść, jaką snuje na scenie reżyser Maciej Englert, jest niesamowicie prosta, toteż nie w niej należy doszukiwać się głównej zalety spektaklu. Jego zdecydowane atuty to przede wszystkim świetne aktorstwo. Grany przez Fronczewskiego Verdier jest spokojny, wielokrotnie skrywa swoje emocje. W trakcie prób wychodzą jednak na jaw trudności, z jakimi musi się on na co dzień borykać: nieudane życie rodzinne, rozpady związków, utrudniony kontakt z dziećmi, które nie chcą go znać – oraz zaprzepaszczona kariera. Bremont natomiast to człowiek niezwykle impulsywny, który maskuje swoje uczucia i lęki dzięki psychicznym gierkom i gwiazdorskim fumom. W głębi duszy skrywa jednak strach przed niepowodzeniem. Ma świadomość, że przygotowywany spektakl może być jego ostatnią szansą na wielki comeback.

Słowne przepychanki bohaterów są podstawowym źródłem komizmu serwowanego widzom. Uśmiech na twarzy wywołują również kostiumy. Na scenie – w obecności widza – aktorzy stylizują się na klaunów; zakładają kostiumy, malują się, doczepiają czerwone nosy. Należy jednak podkreślić, że wszelkie sytuacje, w jakich znajdują się bohaterowie, są przykładem komizmu wysokich lotów. „Skarpetki, opus 124” nie jest lekką komedyjką.

W doskonały sposób łączy humor z fundamentalnymi pytaniami o kondycję człowieka oraz artysty.

Ewa Uniejewska

Daniel Colas
„Skarpetki, opus 124”

Reż. Maciej Englert
Teatr Współczesny w Warszawie
Premiera: 11 września 2010

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five × two =