GAUMARADŻOS!

6 sierpnia 2012

Z OTAREM SARALIDZE – tegorocznym absolwentem wydziału aktorskiego warszawskiej Akademii Teatralnej. Rozmawia Ryszard Abraham.

Otar Saralidze / fot. MACIEJ ARGASINSKI

Ryszard Abraham: Na początku niedyskretne pytanie. Twoje nazwisko pozwala mi sądzić, że nie jesteś z pochodzenia Polakiem. Mylę się?

Otar Saralidze: Uważam się za Polaka, choć urodziłem się w Gruzji. Kocham Gruzję i czuję się tam jak w domu, ale mieszkam i pracuję w kraju nad Wisłą. Moja rodzina przeprowadziła się do Polski z powodu działań wojennych. Najpierw zamieszkaliśmy w Krakowie, gdzie ukończyłem gimnazjum i liceum, potem przeprowadziłem się do Warszawy w związku ze studiami w Akademii Teatralnej.

Świetnie mówisz po polsku! Czy z powodu swego pochodzenia nie obawiasz się, że może w pewnym momencie zabraknąć dla Ciebie w Polsce ciekawych ról np. filmowych, albo zostaniesz zaszufladkowany jako gangster z Wołomina, alfons czy handlarz ikonami zza wschodniej granicy?

Ale to są bardzo ciekawe role do zagrania i chętnie bym się z nimi zmierzył! A wracając do pytania… Nie zastanawiam się jeszcze nad tym, jak potoczą się moje dalsze zawodowe losy. Za wcześnie wyrokować. Na razie cieszę się z tego, co robię i nie narzekam. Czas pokaże, co będzie dalej. Oczywiście jak każdy aktor chciałbym uniknąć zaszufladkowania i mam nadzieję, że reżyserzy obsadzając mnie nie będą sugerowali się tylko moim pochodzeniem.

Czy w dzieciństwie miałeś jakieś doświadczenia związane z występami na akademiach szkolnych, konkursach recytatorskich, śpiewałeś poezję, udzielałeś się w teatrze amatorskim? 

Jak byłem małym chłopcem lubiłem przed bliskimi występować podczas domowych uroczystości rodzinnych (śmiech). Oprócz tego chodziłem do szkoły, w której regularnie odbywały się zajęcia z tańca, śpiewu, ruchu, a ich zwieńczeniem zawsze był pokaz przed publicznością. Natomiast półtora roku przed egzaminem wstępnym do Akademii brałem intensywny udział w warsztatach teatralnych prowadzonych przez Dorotę Zięciowską i Zbigniewa W. Kaletę w Krakowie.

Kiedy przyszła Ci do głowy myśl, że mógłbyś spróbować dostać się do szkoły teatralnej?

Duży wpływ na wybór tej drogi życiowej miała moja mama, która jest aktorką. Często z nią rozmawiałem na ten temat i siłą rzeczy od dziecka byłem otoczony ludźmi, którzy zajmują się zawodowo teatrem. Matka przestrzegała mnie przed wszystkimi trudnościami,  niedogodnościami i złymi stronami, które niesie ten zawód, proponowała wybór innego zajęcia – chciała, żebym został stomatologiem, ale jak widzisz nie posłuchałem jej w tej kwestii (śmiech).

Czy miałeś tzw. plan B, w przypadku gdybyś nie dostał się do Akademii Teatralnej?

Musiałem się dostać do szkoły teatralnej! Na szczęście udało mi się za pierwszym razem przejść pomyślnie przez zawiłe i skomplikowane egzaminy. Dostałem się równocześnie do AT i krakowskiej PWST na wydział wokalno-aktorski.

Zagrałeś w dwóch przedstawieniach dyplomowych. Byłeś Tomem z Zabawie jak nigdy Saroyana w reż. Wiesława Komasy i Kleontem w Przypadkach Pana Jourdain Moliera w inscenizacji Waldemara Śmigasiewicza. Czy wcześniej pracowaliście na zajęciach nad tymi tekstami?

Praca nad przedstawieniami dyplomowymi była naszym pierwszym kontaktem z tymi sztukami.

Czy miałeś jakiś wpływ na to, że zostałeś obsadzony właśnie w tych rolach, czy decyzje obsadowe podjął reżyser albo opiekun roku?

To reżyserzy byli odpowiedzialni za obsadzenie mnie w tych rolach i nic mi nie wiadomo o udziale w tej sprawie opiekunki mojego roku, pani prof. Aleksandry Górskiej.

Czego nie można nauczyć się w Akademii Teatralnej? A co z rzeczy, które Akademia uczy, do niczego może Ci się nie przydać?

Chyba jeszcze nie odważę się na takie sądy. Nie pora i miejsce, żeby podważać autorytet uczelni, kwestionować i negować. Zapytaj mnie o to za 10 lat. Czas i rosnące z nim doświadczenie zweryfikuje, co podczas 4-letniej edukacji, mówiąc kolokwialnie, znalazło zastosowanie w wykonywaniu zawodu aktora scenicznego.

Co roku zdaje na wydział aktorski ponad 1000 chętnych. Gdybyś miał im dać jakąś radę, jak skutecznie przejść przez sito egzaminów, jak byś to ujął?

Po pierwsze, trzeba pamiętać, że to jest loteria. Mam bardzo zdolnych kolegów na roku, którzy podchodzili do egzaminów wstępnych niejednokrotnie.

Po drugie sądzę, że za niepowodzeniem wielu kandydatów stoi brak solidnego przygotowania się do egzaminów. Mam tu na myśli nieprzemyślany, dokonany pośpiesznie (na tzw. ostatnią chwilę) dobór przypadkowych tekstów i piosenek do prezentacji przed komisją Niektórzy podchodzą do tego jak do castingu do programu telewizyjnego. Trzeba co najmniej rok wcześniej zacząć pracę nad swoim repertuarem, w którym mamy wykazać się nie tyle zdolnościami interpretacyjnymi, co wrażliwością, kreatywnością, otwartością i gustem. Kiepska literatura i muzyka zazwyczaj zawodzi w publicznym wykonaniu. Nikt z profesorów nie wymaga, aby mówić na egzaminie wiersz czy prozę jak Łomnicki lub Zapasiewicz, śpiewać jak Demarczyk i tańczyć poloneza jak zespół Mazowsze. To niemożliwe! Tekst, który prezentujemy, musi być nam bliski, dobrze znany, powinniśmy się z nim w jakiś sposób identyfikować lub polemizować. Nie może być nam obojętny, obcy i słabo wyuczony.

Jak wygląda dziś sytuacja absolwenta wyższej uczelni artystycznej na rynku pracy? Czy dyrektorzy teatrów proponują wam etaty a reżyserzy role w swoich projektach teatralnych? Sami musicie zabiegać o zainteresowanie własną osobą czy załatwia to za was człowiek z agencji aktorskiej na Chełmskiej?

Niestety pracy jest mało, a aktorów bardzo dużo. I w tym tkwi paradoks tego zawodu. W niewielkim kraju jakim jest Polska, co roku przybywa ponad 100 nowych absolwentów wydziału aktorskiego. Liczę tylko tych, co ukończyli państwowe uczelnie, a trzeba mieć również na uwadze absolwentów szkół niepublicznych. I wszyscy za wszelką cenę chcą grać! Domyślam się, że brak pieniędzy jest jedną z przyczyn niskiego zatrudnienia w teatrach. Z tego co wiem, z mojego roku tylko jedna osoba ma dostać etat, a było nas przecież ok. 20 osób! Wbrew pozorom dyrektorzy i producenci nieczęsto oglądają nasze przedstawienia dyplomowe, więc sporadycznie przeobraża się to w konkretną propozycję współpracy. Jednym z czynników niskiego zainteresowania ludzi z  tzw. branży naszymi spektaklami, może być ich słaba promocja w mediach. W takiej sytuacji każdy z nas stara się na własną rękę rozsyłać swoje cv po różnych teatrach i instytucjach kultury, umawiać się z dyrektorami i reżyserami, zakładać niezależne grupy teatralne, chodzić na castingi.

Odnoszę wrażenie, że Krystyna Janda daje młodym aktorom szansę zaistnienia i pokazania swoich umiejętności. Niejednokrotnie udowodniła, że nie boi się powierzyć roli zdolnym ludziom, o nieznanych jeszcze nazwiskach i twarzach.  Wielu Twoich kolegów gra w Teatrze Polonia i w Och Teatrze. Janda spełnia tym samym rolę, jaką kiedyś pełniły teatry państwowe, dotowane z budżetu (czytaj z pieniędzy podatników) – DAJE MOŻLIWOŚĆ DEBIUTU. Jak znalazłeś się w obsadzie spektaklu Związek otwarty  Franki Rame i Dario Fo?

Miałem zajęcia z panią Krystyną na III roku, podczas których pracowaliśmy nad scenami ze Związku otwartego i kilka razy zdarzyło mi się zrobić zastępstwo w Panu Jowialskim granym w Teatrze Polonia. Chyba mój kontakt z panią Jandą na płaszczyźnie profesor-student w Akademii, a potem gościnna rola w komedii Fredry zaowocowały powierzeniem mi roli w spektaklu granym na Placu Konstytucji. Tak przypuszczam…

Krystyna Janda wyreżyserowała w 2000 roku Związek otwarty dla Teatru Telewizji. Czy dla stworzenia swojej postaci inspirowałeś się rolą, jaką stworzył w tym przedstawieniu Marek Kondrat?

Nie czerpałem. Przedstawienie telewizyjne oczywiście widziałem, ale trudno byłoby inspirować się nim, ponieważ to dwa zupełne różne spektakle, w innej konwencji, stylistyce, formie i przy użyciu zupełnie odrębnych środków wyrazu aktorskiego.

Przedstawienie gracie na Placu Konstytucji, przed ogromną, co najmniej 500 osobową publicznością. Samochody, tramwaje… życie ulicy nie ustaje na czas trwania spektaklu. Co jest najtrudniejsze w graniu w otwartej przestrzeni?

Trudne jest dla mnie nieustanne utrzymanie skupienia w warunkach, które są odległe od ciszy i spokoju, jaki panuje za kulisami w teatrze instytucjonalnym. Muszę włożyć podwójną ilość energii, aby mnie nic nie rozpraszało, nie wybiło z tempa i rytmu. Ale ja to kocham!

Czym jest dla Ciebie zawód aktora?

Jest spełnieniem moich marzeń. Każde wyjście na scenę jest dla mnie wyzwaniem, któremu staram się sprostać. Mam nadzieję, że z powodzeniem (śmiech).

Otar Saralidze za 10 lat…

Chciałbym być szczęśliwym człowiekiem, cokolwiek to znaczy. Reszta sama się ułoży.

Tylko tyle?

Aż tyle!

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiał Ryszard Abraham

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twelve − 7 =