Hanna Rudnicka: Muzycznie, antykapitalistycznie

8 marca 2011

o spektaklu Sprzedawcy gumek w reż. Artura Tyszkiewicza.

Sprzedawcy gumek / materiały teatru

Aktorzy nie tłumaczą zachowań swoich bohaterów, nie szukają źródeł ich postępowania– sztuka Levina to nie dramat konkretnych, realnych jednostek, lecz satyra na świat, w którym o naszej wartości, a nawet tożsamości, stanowią cyfry na bankowym koncie.

Wyobraźcie sobie taką niesłychaną historię – mężczyzna w średnim wieku otrzymuje po śmierci ojca co najmniej osobliwy spadek. Spadek w pewnym sensie imponujący – składa się na niego 10 tysięcy opakowań najlepszej jakości australijskich prezerwatyw. Co począć z tym absurdalnym dziedzictwem? Oto nie pierwszy problem Szmuela Szprola w jego pełnym dziwactw życiu „na tym świecie, na którym i bez gumek nie wie, co robić”. Nic dziwnego, że chce pozbyć się balastu – sprzedać kondomy – tanio, komukolwiek. Spróbuje obarczyć nimi chociażby nieśmiałego, neurotycznego urzędnika Johanana Cingerbaja i farmaceutkę Belę Berlo. Cała trójka spotka się pewnego wiosennego dnia w prowadzonej przez tę ostatnią aptece. Od tego momentu połączy ich specyficzny miłosny trójkąt, który szybko skończy się rozejściem, lecz po dwudziestu latach los spłata bohaterom figla i każe przeżyć całą sytuację jeszcze jeden raz. Obracając się wciąż wokół brawurowego konceptu kondomowego spadku izraelski dramatopisarz Hanoch Levin stworzył Sprzedawców gumek – balansującą wciąż między komizmem i tragizmem sztukę o upływie czasu, samotności i niemożności stworzenia prawdziwego, uszczęśliwiającego związku z drugą osobą.

Po ów dramat coraz popularniejszego w Polsce Izraelczyka sięgnął jako pierwszy w naszym kraju Artur Tyszkiewicz –  polską prapremierę zrealizował w warszawskim Teatrze IMKA. We współpracy ze scenografem Janem Kozikowskim i kompozytorem Jackiem Grudniem powstał spektakl bardzo wierny literze tekstu Levina. Reżyser wybrał tę drogę nieobciążony tradycją wystawiania tego konkretnego tekstu. Wpłynęła na niego jednak legenda innej realizacji Levina – słynnego Kruma Krzysztofa Warlikowskiego. Nawiązania do tej inscenizacji, szczególnie scenograficzne (przestrzeń pozwalająca na symultaniczność, rząd teatralnych foteli na scenie, drewniana podłoga, platformy) nie mogą być przypadkowe. Twórcy spektaklu w IMCE zdają się puszczać oczko do bardziej obeznanej publiczności, a równocześnie jakby szukają kontekstu, w który mogliby wpisać swój twór. Jednak w przedstawieniu Tyszkiewicza, choć nie tuszuje ono przemycanej przez dramatopisarza goryczy, zdecydowanie bardziej niż w Krumie przebija się komizm, a wspomniany już posłuch wobec Levina wywarł na gotowym spektaklu efekty i pozytywne, i negatywne.

Przedstawienie, zachowując interesującą strukturę tekstu, dzieli się wyraźnie na dwie części – przed i po dwudziestoletniej przerwie w kontakcie między trójką bohaterów (każda scena z pierwszego aktu ma swoje lustrzane odbicie w paralelnej scenie w akcie drugim). Pierwsza połowa spektaklu ilustruje próby Beli (w tej roli Aleksandra Popławska) zmierzające do nawiązania relacji z obydwoma mężczyznami. Wyrachowaną aptekarkę interesuje głównie zawartość ich portfeli, która nie dość, że okazuje się być niezbyt imponująca, to ich właściciele, zarówno nonszalancki Sprol (Janusz Charior), jak i niezdarny Cingerbaj (Łukasz Simlat) okazują się wyjątkowo niechętni do dzielenia się skromnym dobytkiem. Negocjacje małżeńskie upadają, każdy rusza w swoją stronę. Gdy jednak spotkają się znów po dwóch dekadach zdziwią się, jak niewiele się zmieniło. Sprol wciąż nie zdołał pozbyć się zapasu tytułowych gumek, wszyscy troje wciąż są samotni, postarzeli się tylko i zniedołężnieli. Zaczną jakby żałować zmarnowanych szans, co nie oznacza, że zdołają nadrobić stracony czas i naprawić błędy. Ich zaloty wciąż przypominać będą jałowe biznesowe negocjacje.

Tworząca szereg klamer konstrukcja dramatu Levina pozwala wybrzmieć mrocznemu przekazowi o samotności, niemożności otwarcia się na drugiego człowieka, przemijaniu. W Sprzedawcach gumek myśli te nie są jednak ujęte w śmiertelnie poważną formę – przesłanie przedostaje się raczej przez pęknięcia w mieszaninie konwencji i gatunków, którymi żongluje Levin, a w jego myśl i Tyszkiewicz. Są tu elementy farsy, melodramatu, kabaretu,  nawet musicalu – aktorzy wykonują piosenki do słów dramatopisarza sami grając na niektórych instrumentach. Ich karykaturalne kreacje współtworzą efekty komiczne w przedstawieniu. Spektakl Teatru IMKA to bowiem prawdziwy popis błyskotliwego aktorstwa – wykonawcy dobrze wyczuwają levinowski klimat i obficie czerpią z niego inspiracje, nadają odpowiednie brzmienie słownym dowcipom i zgrabnie je ogrywają. Janusz Chabior jest jakby stworzony do roli pozornie wyluzowanego, autoironicznego cwaniaka Sprola – w nonszalancji jego postaci jest coś przekomicznego, a mimo to aktor pozwala wyczuć gorycz tkwiącą w bohaterze. Równie rozbrajające wrażenie robi nieporadność Cingerbaja Łukasza Simlata – zderzenie zachowań neurotyka z jego buńczucznymi deklaracjami dotyczącymi miłosnych podbojów tworzą efekt zabawnej groteski. Ponadto obydwaj potrafią błyskawicznie zmieniać tony i nastroje poszczególnych sekwencji – w trakcie jednego monologu są w stanie rozbawić widza ciągiem absurdów, by zaraz, niespodziewanie, uderzyć go stwierdzeniem jak najbardziej poważnym i bolesnym. Mam tu na myśli głównie dwie ostatnie sceny przedstawienia, które rozegrali balansując między skrajnymi emocjami. Stosunkowo najmniej wyróżnia się kreacja Aleksandry Popławskiej, której przypadła postać stosunkowo mało wyrazista i konsekwentna. Godna uwagi jest na pewno jej przemiana z pełnej seksapilu kocicy w starszą panią, do której dochodzi w połowie spektaklu. Wszyscy troje rysują swoje postaci grubą kreską, nie psychologizują – ich dystans zgrabnie podkreślają wspomniane już piosenki do muzyki Jacka Grudnia. Aktorzy nie tłumaczą zachowań swoich bohaterów, nie szukają źródeł ich postępowania– sztuka Levina to nie dramat konkretnych, realnych jednostek, lecz satyra na świat, w którym o naszej wartości, a nawet tożsamości stanowią cyfry na naszym bankowym koncie.

Największą wadą przedstawienia Tyszkiewicza są zdecydowanie dłużyzny – efekt wpadnięcia w pułapkę, której nie ominął reżyser tak skrupulatnie przenosząc na scenę sztukę autora Kruma. Na deskach IMKI niektóre fragmenty sprawiają wrażenie przegadanych, powodują, że spektakl wytraca rytm – miejscami tekst aż prosi się o skróty. Mimo tych wad Sprzedawcy gumek pozostają jednak pozycją godną polecenia, czarną komedią, która bez zadęcia porusza kwestie istotnie i dość uniwersalne . Realizacja Tyszkiewicza to szansa na spotkanie z wartościową współczesną dramaturgią i nieprzeciętnym aktorstwem. I kolejny dowód na to, że teatr prywatny nie musi być czysto handlowym, pozbawionym ambicji przedsięwzięciem.

Hanna Rudnicka

 

Sprzedawcy gumek

Reżyseria: Artur Tyszkiewicz

Scenografia: Jan Kozikowski

Muzyka: Jacek Grudzień

Występują: Aleksandra Popławska, Janusz Chabior, Łukasz Simlat

Premiera: 25 czerwca 2010, Teatr IMKA w Warszawie

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 × 2 =