Hanna Rudnicka: Schizofrenik – wizja z dystansu

23 lutego 2011

Twórcy „Lenza” zapraszają publiczność do teatru, który nie oferuje wzruszeń ani duchowych przeżyć, lecz materiał do intelektualnych rozważań – o spektaklu „Lenz” w reż. Barbary Wysockiej w Teatrze Narodowym w Warszawie pisze Hanna Rudnicka z Nowej Siły Krytycznej.

Lenz / materiały teatru

Datowane na 1835 rok opowiadanie „Lenz” to rodzaj hołdu, który pisarzowi związanemu z legendarnym ruchem „burzy i naporu” złożył jeden z jego następców w niemieckim świecie literackim – Georg Büchner. Autor „Woyzecka”, stawiając w centrum opowieści życie wewnętrzne swojego bohatera, opisał trzy tygodnie z życia Lenza, które ten spędził w miasteczku Waldbach w gościnie u pastora Johanna Oberlina i jego rodziny. Był to moment, gdy w i tak nadwątlonym zdrowiu psychicznym pisarza nastąpiło tąpnięcie – pogłębiła się choroba, którą po latach, na podstawie zapisków samego Lenza i dokładnych opisów Oberlina, określono jako schizofrenię paranoidalną. Opowiadanie Büchnera to portret romantycznego nadwrażliwca samotnie ścierającego się ze światem, próbującego dokonać niemożliwego – pomieszczenia tego świata w sobie. Lenz pragnie odnaleźć sens, spokój, opanować chaos rzeczywistości. Potwornie cierpi, wątpi w oczywistości, stara się odzyskać kontakt z samym sobą zadając sobie fizyczny ból. Opisujący te zmagania tekst jest gęsty, pełen emocji i bardzo sugestywny, stawia czytelnika w pozycji bezradnego obserwatora ogromu bólu. Bezsilność ta może pobudzać do współodczuwania. Takiej okazji, do przeżywania współczucia i litości, nie daje sceniczna adaptacja noweli, której w stołecznym Narodowym dokonała Barbara Wysocka.

Na pójście tropem Büchnera i wierność tonowi autora może mylnie wskazywać początek spektaklu. Konfrontujemy się ze scenografią oślepiającą bielą. Białe ściany (które staną się ekranami dla projekcji wideo), sztuczny śnieg, nierównomierną warstwą pokrywający podłogę, na niej dwie malutkie, sięgające aktorom do pół łydki makiety domków, również białe. Od tej jasności odcina się tylko masywne, bezlistne drzewo o grubych konarach. Tło hipnotyzuje. Podobnie jak rozpoczynający przedstawienie monolog tytułowego bohatera (w tej roli Szymon Czacki) – Lenz w nienaturalnie powolnym tempie pełznie, przetacza się po śniegu, szeptem, jakby z oporem wypowiada rozpoczynający nowelę opis górskiej wędrówki szarpanego niepokojem bohatera. Mikroport przy ustach aktora tworzy wrażenie echa. Ta nastrojowa scena mogłaby zapoczątkowywać pełne skupienia studium ludzkiego cierpienia. Nic bardziej mylnego.

Wysocka nie jest wierna literze Büchnera – jego tekst bierze w ironiczny cudzysłów. Stosuje zabiegi dystansujące wobec treści i bohaterów. Sprzyja temu forma noweli, zdecydowanie bardziej opisowa niż dialogowa. Jako że reżyserka przeniosła opowiadanie na scenę niemal w całości – bez większych zmian, skrótów, parafraz i dopisanych kwestii, aktorzy otrzymali partyturę o charakterze bardzo narracyjnym. Wszyscy trzej wykonawcy często mówią zatem w trzeciej osobie, również o swoich postaciach. Nierzadko kilkakrotnie wypowiadają te same fragmenty tekstu, kopiują sekwencje ruchów, powtarzają je po sobie nawzajem, czasem mechanicznie, a czasem prześmiewczo, co dodatkowo wzmaga poczucie brechtowskiej obcości. Burzą sceniczną iluzję zwracając się wprost do publiczności, a Modest Ruciński zamienia się nawet w technika osobiście obsługując projektor.

Hamerski i Ruciński malują swoje postaci niczym karykaturzyści – ośmieszają je, skupiają się na kilku zaledwie ich cechach wyolbrzymiając je. Oberlin Hamerskiego jest mechaniczny w ruchach i zachowaniu, nie moduluje głosu, patrzy trochę tępo i zajmuje się ciągłym powtarzaniem dość absurdalnych czynności. Ruciński to, kiedy nie odgrywa arogancko przedrzeźniającego tytułowego bohatera Kaufmanna, obserwator dwóch pozostałych postaci, komentujący ich poczynania częściej niż słowami krytycznym, pełnym sceptycyzmu i niedowierzania spojrzeniem. Co zaś z bohaterem kluczowym – Jakobem Lenzem? Poza kilkoma wyciszonymi sekwencjami zawierającymi sygnały autentycznego zagubienia, w których posługując się własną czapką jako lalką odgrywa jak w teatrze kukiełkowym swoje górskie wędrówki, Lenz jawi się raczej jako niedojrzały prowokator niż zżerany przez ból artysta. Nadmiar energii rozładowywany w pajacowatych ruchach, fochy, chowanie się do kąta czy infantylne gesty sprawiają, że przypomina zbuntowanego dla zasady nastolatka. By przyciągnąć wzrok Oberlina, rzuca w pastora śniegiem czy papierowymi samolocikami – lubi prymitywnie zwracać na siebie uwagę, może więc tę samą funkcję co śnieżki pełnią samobójcze gesty, wycia, kąpiele w lodowatej wodzie? Tak właśnie zdaje się widzieć działanie Lenza jego otoczenie, coraz bardziej zniecierpliwione i zirytowane jego wyskokami. Tę postępującą niechęć obrazują reakcje reszty bohaterów na jego rzucanie się do zbiornika z wodą: za pierwszym i drugim razem dokładnie suszą go i ubierają, za trzecim robią to znów, choć już wyraźnie niechętnie. Po ostatnim, czwartym podtopieniu nawet nie odwrócą w jego stronę głów – mimo, iż Lenz sygnalizuje swoją sytuację głośnym „brrrrrrrrrrrrrr”, nieruchome twarze jego opiekunów będą wyrażać tylko mieszaninę irytacji i znudzenia. Oberlin reaguje tym razem jak rodzic, chcący uleczyć swoje małe dziecko z ataków histerii i rzucania się na ziemię… Są w spektaklu sceny sugerujące, jakoby Lenz był rzeczywiście świadomym prowokatorem. Ośmiesza w nich sam siebie – swoją podniosłą tyradę kończy zupełnie nagle, złamując ręce i konkludując: „to bez sensu”, zawisa na drzewie naśladując układ ciała ukrzyżowanego Chrystusa, by skomentować wypowiedzianą w tej pozycji kwestię słowami „i po co to „. Zupełnie, jakby bolał go nie chaos świata i wewnętrzna pustka, lecz co najwyżej rozczarowanie samodzielnie przybraną pozą cierpiącego artysty.

Wysocka reżyseruje „Lenza”, bazując na zderzeniach – słów ze sposobem podania tekstu i jego ograniem, nastrojowych projekcji Lei Mattausch z działaniami scenicznymi. Jej przedstawienie pełne jest z pewnością zamierzonych efektów groteskowych i komicznych (by wspomnieć tylko toczoną w slow motion bójkę Lenza i Kaufmanna). Do czego dążyła, postępując w ten sposób z nowelą Büchner, której prapremierę polską zrealizowała na deskach Narodowego? Czy chciała wyśmiać ograny i wyświechtany wzorzec romantyka-wrażliwca samotnie cierpiącego za miliony? A może raczej ukazać rozdźwięk między światem cierpiącego chorego a światem ludzi „normalnych”, mylnie interpretujących jego irracjonalne z logicznego punktu widzenia działania jako popisy, a nie wołanie o pomoc, widząc ich źródło w egoizmie, a nie rozpaczy? Wysocka wyraźnie bowiem podkreśla brak zrozumienia między postaciami – funkcjonują na scenie jakby obok siebie, raczej prowadzą kolejne monologi niż rozmawiają, nawet na siebie nie patrzą Lenz nie ma szans na autentyczną więź z drugim człowiekiem – ani z bardziej prostodusznym niż on sam Oberlinem, ani z bezlitośnie wyśmiewającym go Kaufmannem.

Twórcy „Lenza” zapraszają publiczność do teatru, który nie oferuje wzruszeń ani duchowych przeżyć, lecz materiał do intelektualnych rozważań. Zapomnieli jakby o jednym – że najgorętsze dyskusje wymagają emocjonalnej podbudowy. Pytania zadane „na zimno” mają niewielką szansę wciągnąć widza w dyskurs. Brak temperatury – to przez niego zapewne spektakl z Narodowego jest doświadczeniem, od którego łatwo odciąć się, zapomnieć. Z drugiej strony trudno zupełnie go zdyskredytować, nie docenić . Nie do końca jasny w swoich intencjach warszawski debiut Wysockiej jako reżyserki teatru dramatycznego to swoista zagadka, podobnie jak jej bohater Lenz, którego prawdziwą istotę wśród wielości świadectw tak trudno uchwycić.


Hanna Rudnicka

tekst powstał w ramach projektu Nowa Siła Krytyczna
(http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/111417.html)
21-02-2011

Georg Büchner

LENZ

reż. Barbara Wysocka

prapremiera polska 18 lutego 2011, Teatr Narodowy

obsada: Oskar Hamerski, Modest Ruciński, Szymon Czacki (gościnnie)

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five × three =