Iga Kruk: „Chodziło tylko o sukienkę”

14 lipca 2012

O spektaklu W bagażniku, jakim jest życie Teatru Scena Główna Handlowa. W bagażniku jakim jest życie / fot. Maria Jękot

Podobno najlepsze są proste historie. Chyba rzeczywiście. A już na pewno, jeśli są z życia wzięte. Wtedy każdy może się identyfikować z bohaterami, kiwać głową ze zrozumieniem i mówić „tak, tak właśnie jest”. To jednak nie wystarczy – sekretem dobrego teatru jest to, że taką zwyczajną opowieść umie ubrać w niebanalną, przemyślaną formę. Niestety, wydaje się, że Teatr Scena Główna Handlowa tego sekretu nie odkrył.

Na scenie pojawiają się kolejni bohaterowie, każdy ze swoją historią. Kogo tu nie ma? Jest szczęśliwa-już-za-chwilę-panna-młoda, członkini stowarzyszenia miłośników kaktusów, wdowa, młoda matka, paru młodych mężczyzn oraz podstarzała rosyjska śpiewaczka. Wszystkie postaci, oprócz niej, zostały podwojone – nie przestaje mnie zastanawiać powód tego rozwiązania. Czy chodziło o to, żeby w spektaklu zagrało tak dużo osób, jak tylko się da? Innego wytłumaczenia nie widzę.

To właśnie śpiewaczka miała być spoiwem pomiędzy poszczególnymi elementami spektaklu – tak w każdym razie można się domyślać, biorąc pod uwagę to, że siedzi cały czas przy barze w kącie sceny (jako jedyna postać jest cały czas obecna) i milcząco towarzyszy kolejnym historiom, raz na jakiś czas przerywając je piosenkami, czy fragmentami opowieści o swoim niezbyt udanym życiu. Nie bardzo jednak widać związek pomiędzy nią, jej opowieścią i śpiewanymi szlagierami, a resztą tego, co się na scenie wydarza. W ogóle – nic się tutaj z niczym łączy. Każda historia toczy się sama sobie, poszczególni bohaterowie kolejno wchodzą na scenę, z której schodzą ich przedmówcy, czasem sobie towarzyszą, ale z tego też nic nie wynika.

Tytułowy bagażnik to według twórców spektaklu metafora tej części ludzkiego „ja”, w której człowiek sam przed sobą ukrywa swoje największe lęki, najskrytsze pragnienia, czy powody do wstydu czy wyrzutów sumienia. Rzeczywiście – taki walor ma choćby opowieść panny młodej, chyba zresztą wywiedziona z najtrafniejszej obserwacji społecznej. Trwają przygotowania do ślubu. Przyszła żona, dla której to przecież tak ważny dzień, stopniowo przechodzi od ekstatycznej euforii do stanu równie skrajnego przerażenia. Dociera do niej, że przecież wcale nie chce brać ślubu, „chodziło tylko o sukienkę”.

Reszta opowieści niestety nuży swoją banalnością. Nie można odnaleźć między nimi wspólnego mianownika, zakończenie też go w żaden sposób nie podpowiada – wszyscy po prostu wychodzą na scenę, jak do pamiątkowego zdjęcia. Część pragnień i potrzeb została zaspokojona, większość jednak nie – i już. Tyle. Co z tego wynika? Myślę, że stwierdzenie „takie jest życie”, to zbyt mało na puentę spektaklu.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twenty + 14 =