Jakub Godzic: Ani to gra o tron, ani to belcanto

2 marca 2015

O spektaklu Maria Stuart w reżyserii Mosha Leisera i Patrica Cauriera w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie

Maria Stuart/materiały prasowe

Maria Stuart/materiały prasowe

Belcanto w prostym tłumaczeniu na polski oznacza tyle co „piękny śpiew”. Jest to technika wokalna, w której nadrzędny staje się śpiew oparty na odpowiednim oddechu i doskonałej emisji głosu. Efekt, który uzyskują śpiewacy to głos nośny i lśniący, a przy tym z łatwością pokonujący wszelkie ozdobniki. Technika ta została doprowadzona do perfekcji w XVIII wieku przez kastratów, lecz zazwyczaj, gdy mówi się belcanto, myśli się Rossini, Bellini i Donizetti.

 

Opera Gaettano Donizettiego Maria Stuart jest zaliczana do arcydzieł tego gatunku. Mamy tu do czynienia nie tylko ze spektakularnym śpiewem, ale i typowo operową historią. Elżbieta, królowa Anglii nienawidzi i więzi swoją kuzynkę, Marię Stuart. Kocha jednak protektora więźniarki, Leicestera, który (dla odmiany) darzy uczuciem tą drugą. Nie trzeba dodawać, że obie panie się… nienawidzą. A kulminacyjną sceną opery nie jest egzekucja Marii, lecz spotkanie dwu królowych, w którym napięcie aż iskrzy, narasta z każdą nutą, by skończyć się pełnym rozmachu i impetu finałem. Lecz zawiłości libretta są niczym w porównaniu z trudnościami technicznymi z jakimi mamy do czynienia w warstwie wokalnej.

 

Serce więc rośnie na samą myśl, że taka opera gości na deskach Opery Narodowej! I to w nie byle jakiej inscenizacji, bo będącej koprodukcją z Royal Opera House Covent Garden z Londynu, Gran Teatre del Liceu z Barcelonay oraz Théâtre des Champs-Elysées z Paryża. Jednak takie towarzystwo również zobowiązuje.

 

Wizja zaproponowana przez reżyserski duet flamandzko-francuski, Moshe Leiser – Patrice Caurier jest ciekawa: akcja całej opery rozgrywa się na tle surowej scenografii. Już w  pierwszej scenie widzimy jedynie zdjęcie londyńskiego Parlamentu w tle, liczne skórzane fotele i tłum współcześnie ubranych poddanych z przejęciem oglądających wystąpienie swojej królowej. Dalsza część rozgrywa się w ascetycznej przestrzeni więzienia, a na pierwszy plan wysuwa się gra świateł, dzięki której z tej ogromnej przestrzeni udaje się wykrzesać kameralność. Ta najlepiej zostaje oddana w scenie finałowej – egzekucji Marii odbywającej się w maleńkiej celi przypominającej rzeźnię z katem, toporem i drewnianym pieńkiem. Nie brak w tym wszystkim dystansu, a nawet elementów zakrawających o komiczne.

 

Reżyserzy, pozostając w zgodzie z obecną modą, także swoich bohaterów ubierają we współczesne stroje. I tak akcja toczy się w czasach nam współczesnych, jednak rywalki do angielskiego tronu – Elżbieta I i Maria Stuart – pozostają ubrane w stroje z epoki, bo mechanizmy, jakie towarzyszą walce o władzę, są przecież niezmienne.

 

Mimo tak dalekiego od kanonicznego spojrzenia na tę operę, duet reżyserski Leiser – Caurie nie stara się na siłę szukać jej nowego sensu i wymowy. Widać jednak, że pragną ożywić konwencję, ale i nie przeszkadzać śpiewakom.

 

Z takiego założenia wyszedł również dyrygent, Andriy Yurkevych, który poprowadził całość dość sprawnie. Znakomicie zaśpiewał również chór. Jednak niezależnie od historii, jaka jest opowiadana na scenie, belcanto nie obroni się bez dobrych głosów, a tych w warszawskim spektaklu było niewiele. Być może Elżbieta wykreowana przez Ketevan Kemoklidze przykuwała uwagę swoim lekko rozhisteryzowanym głosem. Maria w interpretacji Cristiny Giannelli, szczególnie w drugiej części spektaklu, potrafiła wzruszyć widza. Nie da się jednak ukryć, że obie Panie nie potrafiły wydobyć z muzyki odpowiedniej skali emocji. (By nie powiedzieć, że najważniejsza scena w tej operze, czyli scena konfrontacji wypadła po prostu… drętwo.)

 

Być może kreacja aktorska Shalva Mukeria, jako biegającego i rozkrzyczanego obrońcy Marii nie wypadła zbyt przekonywująco, lecz wokalnie pokazał on, że rozumie co to belcanto. Dobrze zaprezentowali się natomiast odtwórcy mniejszych partii: Wojtek Śmiłek (Talbot) oraz Anna Bernacka (Anna) czy Łukasz Goliński (Cecil).

 

W Londynie i Barcelonie w partii Marii występowała Joyce DiDonato. W Paryżu ma debiutować w tej roli Aleksandra Kurzak. U nas chyba jednak zapomniano, że Marię Stuart można wystawiać jedynie wtedy, gdy odtwórczynie głównych ról są świetne, o wielkiej indywidualności, ale i sile wyrazu.

Jakub Godzic

Reżyseria: Moshe Leiser, Patrice Caurier
Scenografia: Christian Fenouillat
Kostiumy: Agostino Cavalca
Światła: Christophe Forey
Przygotowanie Chóru – Bogdan Gola

Obsada:

Elisabetta – Ketevan Kemoklidze
Maria Stuarda – Cristina Giannelli
Roberto, hrabia Leicester – Shalva Mukeria
Lord Guglielmo Cecil – Łukasz Goliński
Giorgio Talbot – Wojtek Śmiłek
Anna Kennedy – Anna Bernacka
Chór i Orkiestra Teatru Wielkiego – Opery Narodowej

Dyrygent: Andriy Yurkevych

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 × 5 =