Jakub Godzic: Nieład w prezydenckim apartamencie

24 stycznia 2016

O operze Łaskawość Tytusa w reżyserii Ivo Van Hove w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie

Łaskawość Tytusa/materiały prasowe

Łaskawość Tytusa/materiały prasowe

Można powiedzieć, że opera dzieli się na dwa podstawowe gatunki: opera buffa, czyli wersja komiczna oraz opera seria – jej odmiana poważna. Ta ostatnia była szalenie popularna jeszcze w XVIII wieku. Opera seria miała ścisły kanon budowy, który zakładał: równomierne rozmieszczenie arii, obowiązkowe recytatywy, umieszczanie fragmentów baletowych, odpowiednio zbudowane wątki fabularne i rezygnację z postaci drugoplanowych. Nie mogło być też mowy o wątkach komediowych! Dlatego tematy oper seria oscylowały najczęściej wokół wątków historycznych lub parahistorycznych, zaś ulubionym motywem był konflikt między miłością a powinnością, np. wobec ojczyzny.

Również Mozart ma w swoim dorobku taką właśnie operę. Jest nią Łaskawość Tytusa. Tytuł ten uświetnić miał, przewidzianą na wrzesień 1791 roku, koronację cesarza Leopolda II na króla Czech. Tematem zaś miała być historia Tytusa, cesarza rzymskiego, który w trakcie jednego dnia traci trzy kobiety: Berenikę, ukochaną królową żydowską, Servilię, siostrę przyjaciela cesarza Annia oraz Vitellię, córkę cesarza Vitelisza (te dwie ostatnie to wybór z rozsądku); zostaje zdradzony przez przyjaciela Sesta, który przygotował zamach na jego życie (z powodu miłości do Vitelii); na koniec przebacza wszystkim spiskowcom i triumfuje jako władca.

Utwór nie spotkał się z uznaniem od samego początku. Cesarz nie był zachwycony, a cesarzowa Maria Teresa miała nawet rzucić słynną frazę: „una porcheria tedesca” („niemieckie świństwo”). Nie da się ukryć, że Łaskawość Tytusa to porażka, choć nie jest pozbawiona zalet (lecz jedynie w warstwie muzycznej). Po pierwsze wynika to z kiepskiego, wielokrotnie wykorzystywanego już scenariusza, rozbudowanych recytatywów i samej formy, która już pod koniec XVIII wieku uważana była za przestarzałą, a Mozart przyzwyczaił swoich wielbicieli do zupełnie innej formy opery, dramma giocoso która elementy oper buffa seria. Dlatego po śmierci kompozytora wystawiano ją krótko, a następnie szybko zapomniano. Do łask wróciła dopiero w drugiej połowie XX wieku. Zaczęto na nowo odkrywać w niej piękno muzyki Mozarta. Zaś w Polsce po raz pierwszy wykonano ją w 1990 roku w Warszawskiej Operze Kameralnej.

Jaka jest więc Łaskawość Tytusa wystawiona na deskach Teatru Wielkiego – Opery Narodowej? W ujęciu holenderskiego reżysera Ivo Van Hove jest to spektakl na wskroś współczesny. Jego akcja rozgrywa się w jednej przestrzeni: niby apartamencie, który jednocześnie jest sypialnią i gabinetem. Wszystko, co się dzieje na scenie, zostaje zaprezentowane w biegu, wciąż w tym samym pomieszczeniu, bez zmiany dekoracji. Zaś sam Tytus jest współczesnym politykiem, przywódcą, nieustannie wystawiony na widok publiczny, zawsze otoczony całą masą asystentów i doradców. Wiadomości podawane są mu za pomocą SMS-a, a wszelkie newsy czyta z tabletu.

Pomysł Ivo Van Hovego na Łaskawość Tytusa jest bardzo czytelny i spójny. Nie da się jednak ukryć, że taka interpretacja to lekki banał, ot taka operowa odmiana House of Cards, której brakowało jedynie kwiatów na bardzo drogich biurkach. Podobnym komunałem wydaje się ekran, który zawisł nad sceną. Jednak jego wykorzystanie nie było już tak oczywiste. Oglądamy na nim zbliżenia rekwizytów, elementów dekoracji, ogólne widoki sceny, wreszcie – twarze bohaterów. Lecz, co ciekawe, nie tych, którzy śpiewają, lecz tych, którzy słuchają (genialnie wypadł tu Charles Workman w scenie konfrontacji ze swoim przyjacielem Sestem). Niestety, wszelkie podejmowane zabiegi są na tyle przewidywalne, że z łatwością można domyślić się, co wydarzy się w następnym „odcinku”.

O wiele ciekawiej spektakl ten prezentuje się w warstwie muzycznej. Orkiestrę poprowadził Benjamin Bayl, australijski dyrygent. Pod jego batutą muzycy Teatru Wielkiego – Opery Narodowej brzmieli nie tylko zwinnie, ale i zadziwiająco dobrze. Taka była też obsada premiery: wszyscy prezentowali bardzo wyrównany poziom. Włoszka Anna Bonitatibus jako Sekstus czarowała skromnością interpretacji i wyczuciem niuansów, amerykański tenor Charles Workman jako Tytus zaśpiewał elegancko i przejmująco. Brawa za rzetelne wykonanie należą się też naszym solistom: Katarzynie Trylnik (Servilla), Annie Bernackiej (Annio) i Krzysztofowi Bączykowi (Publio). Od całości odstawała jedynie (niestety) Ewa Vesin. Moc jej głosu nie pasowała do partii Vitelii i muzyki Mozarta.

Jakub Godzic

PS Spektakl ten powstał w koprodukcji z La Monnaie w Brukseli, która 17 stycznia br. zaprezentowała Łaskawość Tytusa. Spektakl ten można swobodnie obejrzeć, do czego zachęcam wszystkich, którzy (z różnych powodów) obawiają się pójścia do opery.

 

Wolfgang Amadeusz Mozart,  Łaskawość Tytusa

Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie

Premiera: 10 stycznia 2016

Obsada:

Tytus: Charles Workman

Vitellia: Ewa Vesin

Servillia: Katarzyna Trylnik

Sesto: Anna Bonitatibus

Annio: Anna Bernecka

Publio: Krzysztof Bączyk

Chór i Orkiestra Teatru Wielkiego – Opery Narodowej

Dyrygent: Benjamin Bayl

Reżyseria: Ivo Van Hove

Scenografia i reżyseria świateł: Jan Versweyveld

Kostiumy: An D’Huys

Projekcje wideo: Tal Yarden

Dramaturdzy: Janine Brogt & Reinder Pols

Przygotowanie chóru: Marcovalerio Marletta

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

19 − thirteen =