Jakub Godzic: Śmierć zagrać radośnie

24 grudnia 2015

Ranking najzabawniejszych scen śmierci w operze

Wielu osobom opera dziś kojarzy się z czymś nieprzystępnym, wręcz zadętym. Jednak były okres w historii, kiedy spektakle operowe stanowiły tak popularną formę rozrywki, jak dziś kino. Piękne to musiały być czasy! Ludzie, niezależnie od stanu posiadania czy wykształcenia chodzili do opery, oglądali spektakle, dyskutowali o nich, nierzadko kłócili się. Tak, opera budziła wówczas ogromne emocje! Jednak spektakl operowy musiał kończyć się happy endem, a tak naturalny dla tego gatunku element, jak spektakularna scena śmierci, nie była tolerowana! Kiedy Gioaccino Rossini w 1820 roku postanowił zerwać z tą tradycją i napisał operę Mahomet II, w finale której uśmiercił bohatera, publiczność wygwizdała spektakl, prawie pobiła kompozytora i domagała się zwrotu pieniędzy. Rossini ugiął się pod naciskiem opinii publicznej i przerobił zakończenie.

Sześć lat później Vincenzo Bellini wystawił operę Il pirata, gdzie w finale główna bohaterka umiera. I… sukces! Publiczność zachwyciła się. Od tego momentu słowo „opera” zaczyna rymować się i kojarzyć się z „umiera”. Jednak finał Pirata Belliniego nie jest klasyczną sceną śmierci, Bellini poszedł na kompromis pomiędzy koniecznością nagłego zgonu bohaterki, a obowiązkami wokalnymi, wprowadzając tym samym do repertuaru operowego „sceny obłędu”. Jednak im dalej, tym pomysły na śmierć okazywały się bardziej… widowiskowe. W założeniu mają wzbudzać emocje, wyciskać łzy.

A co, jeśli śmierć na scenie skąpana jest w oparach absurdu? A jedyne łzy, jakie się pojawiają, wiążą się z tłumionym śmiechem? Poniżej prezentuję ranking operowych „scen śmierci”, które wzbudzają we mnie najbardziej żywe reakcje! Miłego poznawania!

Antonín Dvořák, Rusałka

Finał Rusałki to czysta bajka! Ot, taki spektakl sam w sobie o powrocie marnotrawnego kochanka: on wbiega na scenę i miota się, śpiewając „Bílá moje lani!” – tak, po czesku i to wystarcza, by wzbudzić chichot. Ona wyłania się z jeziora zastanawiając się, czy aby na pewno o nią chodzi („Miláčku, znáš mne, znáš? Miláčku, ještě vzpomínáš?”). Zbliża się moment konfrontacji kochanków. Po krótkim przekomarzaniu i wypominaniu sobie win, on wyznaje wprost, by ona go pocałowała. Ona z chłodem mówi, że jest to możliwe, ale zginie. On godzi się „Líbej mne, líbej. Nechci se vrátit, zemru rád”. Po konsumpcji, pada ale umarł rad. A dlaczego umarł? Bo pożądał Rusałki. A całość skąpana jest w monumentalnej muzyce, a tobie też oczy się szklą.

Werther, Massenet

Werter w wersji oryginalnej książkowej jest kwintesencją nieprzeniknionej samotności. W oryginale się to sprawdza, bo listy najlepiej pisze się w samotności. Opera jednak nie przepada za zbyt rozbudowanym życiem wewnętrznym, rządzi się zgoła innymi prawami i tworzy własne mity. Orfeusz może połączyć się z Eurydyką, czemu więc Werther nie może usłyszeć, że Charlotta go kocha? Nomen omen, w noc wigilijną, bo jest to czas cudów! Po krótkim i mrocznym wstępie naszym oczom ukazuje się śmiertelnie ranny młodzieniec, przy boku którego pojawia się oszalała z bólu i trwogi Charlotta. Ich śpiew i muzyka pełne są lirycznych akcentów. Zaczyna pojawiać się pogodna rezygnacja. Brak cienia zbytecznego patosu, a wręcz intymność całej sytuacji sprawiają, że człowiek ma ochotę się wzruszyć. Kiedy myślisz, że Werther już wydał ostatnie tchnienie… ten znów zaczyna śpiewać! Można poczuć lekką konsternację, widz zaczyna się lekko denerwować, ale okej, taka konwencja i znów czeka z niecierpliwością na zgon. Werther umiera ponownie, ale… chór dzieci śpiewających kolędę wyrywa go z procesu umierania! Oglądając tę scenę, widz sam ma ochotę wpaść na scenę i go dobić. Werther jednak śpiewa i śpiewa, a gdy umiera już trzeci raz, ciężko w to uwierzyć i czeka się, kiedy znów się podniesie i zaśpiewa. Na szczęście kurtyna opada w dół.

Trubadur, Verdi

Trubadur to opera, którą śmiało można umieścić w Sevres. Na pierwszy rzut oka jej libretto to niezrozumiały bełkot. I takie są też opinie specjalistów. Jednocześnie Trubadur jest utworem, który w świadku operowym ma statut biblii. Więc jak wygląda finał? W mrocznych lochach matka z synem czekają na śmierć. Nagle, do celi wpada ukochana więźnia. Oznajmia mu, że jest wolny i może uciekać, byle szybko! Ten jednak kosztuje każdą chwile z ukochaną i nie chce uciekać bez niej. Piekło rozpętuje się, gdy ta oznajmia, że zostaje.  On odpycha ją ze wzgardą i tak oto rozpoczyna się festiwal wyrzutów. Kończy się, gdy ona wyczerpana kona w jego ramionach. Po czym on i jego matka też giną. Co w tym zabawnego? Fakt, że nasz bohater nie zauważył, jak kobieta umiera. A przy tym pokaz zachwycających tu możliwości ludzkiego głosu..

Jakub Godzic

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

1 × three =