Jan Karow: Chór duchów

23 maja 2015

O spektaklu Samuel Zborowski w reżyserii Pawła Wodzińskiego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy

Samuel Zborowski/fot. Monika Stolarska

Samuel Zborowski/fot. Monika Stolarska

Pod tytułem Samuel Zborowski kryje się więcej niż przedstawienie. To składający się z serii otwartych konwersatoriów projekt edukacyjny, którego celem było zbadanie pełnego niejasności tekstu Juliusza Słowackiego. Spektakl Pawła Wodzińskiego jest zwieńczeniem tego intelektualnego wrzenia.

 

Obecny dyrektor powraca do dramatopisarstwa Słowackiego po przedstawieniu Słowacki. 5 dramatów. Rekonstrukcja historyczna (Mazepa, Sen srebrny Salomei, Ksiądz Marek, Horsztyński, Kordian). Do odczytania przyjęto wówczas perspektywę postkolonialną. Podobnie spojrzano na Mickiewicza we wpisujących się w posmoleńską dyskusję Dziadach. Performance. „Odpuszczam, ale cię pozywam przed straszliwy sąd Boga żywego, przed którego majestatem dziś stanę. Ten z tobą rozsądzi, że mnie niesłusznie tracisz!” – te słowa miał wypowiedzieć prowadzony na ścięcie banita Samuel Zborowski do kanclerza Jana Zamoyskiego. Próbujący oczyścić swoje imię szlachcic jest utożsamiany z początkami polskiego myślenia o wolności. Jednak Wodziński po raz kolejny odnajduje w romantyzmie coś więcej niż sprawę wyłącznie rodzimą.

 

Tym razem impulsem było podanie w wątpliwość wersji dramatu w wydaniach przygotowanych przez Juliana Krzyżanowskiego i Juliusza Kleinera. Uznano, że ich edytorskie ingerencje, dostosowujące kształt dzieła do bardziej klasycznych wzorców, sprzeniewierzają się rewolucyjności formalnej Słowackiego. Stąd też konieczne było odwołanie się wprost do rękopisu (czy jak powiedziałby Marek Troszyński brudnopisu) i to on stał się podstawą spektaklu. Dzięki temu odzyskano zarówno fragmenty przekreślone, jak i te, które redaktorzy po prostu odrzucili.

 

Najważniejszą konsekwencją tej decyzji było wyprowadzenie na pierwszy plan performatywnego charakteru tekstu, który wynika z zauważenia rządzącej nim, charakterystycznej także dla innych tekstów z późnego okresu twórczości poety, prawidłowości – wiary w sprawczą moc słowa. Wodziński sugeruje, że fakt tak rzadkiego przypisywania kwestii konkretnym postaciom w autografie nie wynika z niedbałości poety, a raczej wskazuje na płynność ich tożsamości. Słowacki (a za nim reżyser) kreuje rzeczywistość, w której duchy opanowują i opuszczają kolejne ciała, przepływają pomiędzy nimi – Bukary mógł przemienić się w Adwokata dopiero, gdy sam postawił pytanie „Quis advocatus est?” Już w pierwszej scenie okazuje się, że otwierającego monologu nie wypowiada Eolion (Michał Kłos), a czyni to poprzez jego postać Duch (Grzegorz Artman), co uzyskane zostało dzięki odpowiedniemu operowaniu mikroportami. Taki zabieg powtarza się dalej. Spotkanie Eoliona z Córką Rybaka (Katarzyna Wojewódzka) to równocześnie połączenie jego egipskiego wcielenia sprzed trzech tysięcy lat (Marcin Pesta) z siostrą Atessą (Sonia Roszczuk). W ciało zmarłego Ojca wchodzi duch Księcia (w obu rolach Jakub Ulewicz), który mówi jednak głosem Kanclerza (Marian Jaskulski). Odbija się to również w formie przedstawienia: aktorzy stają się postaciami na oczach publiczności – niemal wszyscy pojawiają się w przestrzeni sceny kameralnej nieucharakteryzowani, z rekwizytami w reklamówkach i przeistaczają się dopiero przy usytuowanych wokół pleksiglasowego pomieszczenia stolikach.

 

Inną funkcjonalną technologią są projekcje wideo. Osadzają miejsce akcji (w Starożytnym Egipcie czy w podwodnym królestwie Amfitryty – w jej roli Beata Bandurska), prezentują wizualne odpowiedniki podnoszonych wątków (zbliżenia na fragmenty Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga przy opisie piekła czy wersety z Apokalipsy św. Jana, do której odwoływał się poeta) bądź są współczesnym komentarzem. To właśnie w ostatniej funkcji okazują się najciekawsze, ponieważ wynoszą tematy podjęte przez Słowackiego ponad kontekst narodowy. Kiedy Kanclerz mówi o porównującym swój los do Chrystusowego Samuelu (Roland Nowak), pokazywane są zwłoki Che Guevary; innym sekwencjom towarzyszą nagrania ze samospalenia tybetańskiego mnicha czy z niszczenia przez islamistów posągów bóstw niewiernych.

 

Mimo złożoności i polifoniczności spektakl jest komunikatywny, co zawdzięcza zaangażowaniu precyzyjnie poprowadzonych aktorów. Są świadomi, czyjego ducha noszą w sobie w danej scenie i dzięki temu kolejne przemiany są jasne, nie musząc być przy tym przesadnie zaznaczone. Wyróżniają się Roland Nowak w roli tytułowej, który, niezrażony rozpadającą się w jego dłoniach czaszką, stworzył dumnego, z werwą walczącego o swoje dobre imię szlachcica, oraz Grzegorz Artman, do którego niemal w całości należy piąty akt. Wciela się on w różne oblicza ducha globowego (będąc Chórem Duchów, dwiema Walkiriami, Lucyferem, pokracznym Bukarym, JA i Adwokatem) i to o swój los walczy w procesie przed milczącym, obrzucanym kamieniami Bogiem. Prezentuje przy tym wachlarz możliwości muzycznych, komediowych, jak i czysto sprawnościowych. Kolejna wielka rola po Robespierze z Thermidora.

 

Paweł Wodziński proponuje teatr wymagający, ale i otwarty na widza. Nawet pozorne drobiazgi, jak darmowe programy, prowadzony na bieżąco blog czy bogaty kanał na portalu YouTube, tylko to potwierdzają. Trudno spodziewać się, żeby wszyscy widzowie przychodzili na Samuela Zborowskiego po jego wcześniejszej lekturze. Jednym z rozwiązań byłoby wybrać się na spektakl więcej niż raz. Warto.

 

Jan Karow

Juliusz Słowacki, Samuel Zborowski

reżyseria i scenografia: Paweł Wodziński

współpraca dramaturgiczna: Michał Kuziak

muzyka: Dobromiła Jaskot

opracowanie muzyczne: Maciej Szymborski

video: Mikołaj Walenczykowski

występują: Grzegorz Artman, Beata Bandurska, Marian Jaskulski, Roland Nowak, Maciej Pesta, Sonia Roszczuk, Jakub Ulewicz oraz Michał Kłos, Łukasz Wasielewski, Katarzyna Wojewódzka

premiera: 28 III 2015 r.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × three =