Jan Karow: Zgodnie z normą

6 listopada 2014

O spektaklu Brzydal w reżyserii Bartosza Zaczykiewicza w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu

Brzydal/fot. Nika Tarnowska

Brzydal/fot. Nika Tarnowska

 

Postmodernistyczna, późna, płynna – nieważne jak wymyślnym przymiotnikiem określiłoby się współczesną epokę, preferuje ona homogenię. Na pozór różnorodna, globalna wioska ciąży konsekwentnie ku unifikacji, odrzucając wyjątkowość i marginalizując odmienność.

 

Chciałoby się czasem coś w sobie zmienić. I nie chodzi tu wcale o charakter. Tak bardzo powierzchownie – tutaj dodać (centymetrów?), tam ująć (kilogramów?). To normalne. Jednak bywa, że takie pragnienie przeradza się w obsesję. Atakowani zewsząd wyidealizowanymi wizerunkami ciał kobiecych i męskich, niektórzy nie wytrzymują niewidocznej, acz powszechnej presji społecznej. Fiksują. Czasem skończyć się to może tragedią. Sztuka jednak  tylko chwilami bywa nazbyt dosłowna w stosunku do rzeczywistościvon Meyerburg w Brzydalu podaje trudny problem w groteskowej formie.

 

Lette (Paweł Tchórzelski) nie należy do amantów. Więcej, jest obrzydliwie wstrętny. Z prostej przyczyny jednak nie ma z tym większego problemu – jest tego nieświadomy. Dopiero „niewidzialna ręka rynku“ zmienia sytuację – okazuje się, że z taką twarzą nic się nie da sprzedać; Scheffler (Marek Milczarczyk) postanawia wysłać na konferencję promującą nową wtyczkę asystenta Lettego, Karlmanna (Łukasz Ignasińki). Nie lepiej wygląda sytuacja w domu – Fanny, żona tytułowego bohatera (Matylda Podfilipska), otwarcie przyznaje, że od lat patrzy tylko w jego lewe oko, aby jakoś sobie poradzić z nieprzyjemnym wizerunkiem partnera. Cały dotychczasowy świat Lettego w mgnieniu oka legnie w gruzach. Mówią, że tonący brzytwy się chwyta – zostaje podjęta decyzja o operacji plastycznej.

 

To główny trzon akcji, poza nim funkcjonują dwa poboczne plany: gabinet lekarski oraz przestrzeń hotelowa, w których postaci nie zmieniają imion, a jedynie swoje funkcje – żona przeistacza się odpowiednio w pielęgniarkę i bogatą, acz podstarzałą businesswoman, młody Karlmann w jej syna-homoseksualistę, a szef korporacji w chirurga. Dzieje się to bez większej sygnalizacji, nie przestając jednak być wyraźnie czytelnym; tylko w jednej dynamicznej sekwencji szybkie przejścia wsparte są przez pracę oświetlenia.

 

Temat sztuki, podnoszący problem chorego pędu ku ideałowi, zostaje ucieleśniony w głównym bohaterze. Pogoń za pięknem, którego konsekwencją jest ujednolicenie, znajduje odbicie w spójnym kształcie spektaklu. Scenografia Izy Toroniewicz to nowoczesne wszędzie, a zarazem nigdzie. Czarno-biała, sterylna, z plastikowymi taboretami jako elementami dominującymi, które dzięki swojej mobilności mogą pełnić zarówno funkcję dla nich właściwą, jak i w kilku szybkich gestach stać się stołem operacyjnym. Podobnie jednolite kostiumy – białe koszule pod szarymi garniturami – pozwalają pełnoprawnym postaciom przybrać chwilami wymiar współczesnych everymenów – czysto zadaniowych, wręcz przezroczystych. To rozwiązania, które można przykryć wachlarzem uniwersalizmu, ale także zarzucić im uniknięcie podjęcia odpowiedzialności za konkretne osadzenie spektaklu. Posiada on jednak kilka niedomówień, które działają zdecydowanie na jego korzyść. Nie wiadomo bowiem  czy Lette był naprawdę aż tak odrażający. Także efekt operacji ograny  jest w sposób czysto teatralny, uciekający od dosłowności. Zostawiono spore pole dla widza, co cieszy i pozwala każdemu z osobna odpowiedzieć sobie na te pytania.

 

Pochwały należą się również kwartetowi aktorów, jednak ze szczególną satysfakcją można przyklasnąć decyzji obsadowej odnoszącej się do Łukasza Ignasińskiego i sposobu, w jaki został poprowadzony. Po kilku kolejnych podobnych rolach jest nareszcie okazja zobaczyć go w innej, mniej fizycznej odsłonie. Kreując dwa oblicza Karlmanna umiejętnie kluczy między permanentną niepewnością podwładnego a subtelnym pożądaniem wobec głównego bohatera. Charakterologiczne bieguny, które poza czystym aktorstwem sprytnie oddzielone są zmianą fryzury, odbywającą się niemal niezauważalnie w zaledwie paru ruchach.

 

Brzydal prezentuje się jako pozycja w repertuarze, która zadowoli zarówno tych mniej, jak i bardziej wybrednych widzów. Od początku dyrekcji reżysera Bartosza Zaczykiewicza kolejne premiery nie schodzą poniżej pewnego przyzwoitego poziomu. W tej chwili pozostaje czekać na olśnienie.

 

Jan Karow

 

Marius von Mayenburg, Brzydal (Der Hässliche), przekład: Michał Ratyński

 

reżyseria: Bartosz Zaczykiewcz

scenografia: Iza Toroniewicz

opracowanie muzyczne: Katarzyna Brochocka

ruch sceniczny: Paulina Andrzejewska

 

obsada:

Lette – Paweł Tchórzelski
Fanny – Matylda Podfilipska
Scheffler – Marek Milczarczyk
Karlmann – Łukasz Ignasiński

 

premiera: 25. października 2014

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twenty − 15 =