Jan Uniejewski: Genius loci Stetiniensis

15 kwietnia 2013

O spektaklu Sedinum, prochy i rock’n’roll w reż. Adama Opatowicza (Teatr Polski w Szczecinie).

Sedinum, prochy i rock’n’roll / mat. teatru

Każde miasto ma swoją duszę tworzoną przez lata, na której (obok natury) swe piętno odcisnęła historia. Dla każdego mieszkańca lub przyjezdnego jest ona inna. Każdy widzi ją przez pryzmat własnych przeżyć, odmiennych interpretacji rzeczywistości, sposobów rozumienia minionych zdarzeń. Każdy chce ją stworzyć na nowo – na obraz i podobieństwo swych wizji, własnych ideałów niemal zawsze uważanych za uniwersalne (choćby w sferze postulatywnej). Mimo to, część tych ludzi łączy zafascynowanie danym miastem, jego genius loci (bóstwo miejsca), jego historią i człowiekiem, który tworzy całkiem spory, dynamiczny i często zdradliwy organizm miejski. Wrastają oni w miasto, tworząc z nim jakby jeden organizm. Tak jest również ze Szczecinem.

Na scenie spotkamy się z miastem widzianym oczyma prima facie nijakich mieszkańców starej kamienicy w chwili dlań niezmiernie ważnej – gdy muszą podjąć decyzję o sąsiedztwie. Jak na dłoni widać ich odmienne podejście do rzeczywistości, przeszłości i przyszłości – nie tylko kamienicy, lecz świata i ich samych. Na pozór niemożliwi do pogodzenia indywidualiści, silni w samych słowach, skupiają się wokół starszej Pani – Niemki (Maria Bakka), która po latach przybyła w rodzinne strony, by z okien domu widzianego dziecięcymi oczyma rozsypać po ojcowiźnie prochy zmarłego brata. Scena ta, bardzo symboliczna i w swej prostocie niezmiernie wymowna, odkrywa przed Widzami przesłanie sztuki – jakiekolwiek by to miasto rodzinne było – brzydkie, czy ładne; małe, czy ogromne; często odwiedzane, czy niemalże zapomniane przez świat – to zawsze tam, gdzie spędziliśmy chwile, o których w myślach choćby mówimy jako o najszczęśliwszych w życiu, tam zawsze będzie nasz dom, do którego po „ujrzeniu Neapolu” chce się powrócić.

Gdy mowa o teatrze, nie sposób poprzestać na samych przemyśleniach Widza. Wspomnieć trzeba o aktorach, którzy kolejny raz pozwalają szczerze radować się sztuką. Radość jest tym większa, iż choć przywykliśmy do ich twarzy (powinny nam niemalże spowszednieć), to za każdym razem od nowa dostrzegamy coś innego, intrygującego i pociągającego. Cały zespół grał wyśmienicie. Wydatnie pomagała w tym doskonała muzyka oraz niemy obraz miasta wzięty z różnych epok, wyświetlany co rusz na ekranie w głębi sceny. Za serce chwytał zwłaszcza widok tętniącego życiem przedwojennego portu – obraz, który dziś niestety pozostać może jedynie w sferze marzeń i pobożnych życzeń nie tylko ludzi morza. Świetne odegrane role członków wspólnoty mieszkaniowej z przewodniczącą na czele (Małgorzata Chryc-Filary) uszlachetniał kunszt nestora szczecińskiej sceny – Jacka Polaczka – przejawiający się nawet w tak małej roli, jak ta Czesława.

Nie sposób wymienić wszystkich aktorów, ba! potrzeby takiej wręcz nie ma – by nie zniechęcić Widzów do osobistej wizyty w Teatrze. Bo bezspornie przyznać trzeba, że ma szczecińska widownia okazję nie tylko dobrze się bawić, lecz spojrzeć na swe miasto z innej perspektywy. A może wręcz spróbować je polubić?…

 

Jan Uniejewski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

9 + 20 =