Jan Uniejewski: Śmiech z obrazu swego

7 sierpnia 2011

O monodramie To nie jest kraj dla wielkich ludzi (tekst i reżyseria Michał Walczak;  występuje Rafał Rutkowski) w Teatrze Polonia w Warszawie.

To nie jest kraj dla wielkich ludzi / materiały teatru

Byłem w sobotę u Jandy. W teatrze. Nic wielkiego. Grano One Man Show To nie jest kraj dla wielkich ludzi. Rutkowski sam. Sala w połowie pusta, w połowie pełna. Ta połowa, co przyszła, spodziewała się tego, co pisano w innych recenzjach – skrętu kiszek ze śmiechu, komitywy aktora z widzami, luźnego naigrywania się z polskiej rzeczywistości, potępienia chałtury itd., itp. Dostali to, czego chcieli. Lecz cóż to? Czyżby recenzent chciał czegoś więcej? A na cóż mu to…

Rafał Rutkowski – jak zawsze – bezbłędny. Aktor z wdziękiem wciąga widza do gry (czy to nowożeńców Karolinę i Mariusza, czy to Panie w kolejce do lekarza – przedwojennego zboczeńca, czy to jako homoseksualne ofiary pułkownika „spec-geja”). Prowadząc dialog z publicznością, nawiązuje z nią specyficzną relację, która pozwala mu na rzucanie wyrafinowanie wulgarnymi tekstami, chociaż w normalnych relacjach scena – widownia mogłyby one zostać uznane za bluźniercze („Czy nie rzuciłbym tego całego kościoła w pizdu?! Ni chuja, Mariusz! Ni chuja!”). Jest nadto przesympatyczny – nie gani za dzwoniący telefon (a wręcz wykorzystuje ten fakt do rozbawienia publiczności), zachęca do tego, by czuć się w teatrze jak w domu (bo przecież nie ma Pani Krystyny Jandy).  Swoją postawą na scenie wypełnia wymogi, jakie sam stawia podczas spektaklu – wymogi odnoszące się do „niechałturzenia”. Mimo zniesmaczenia płytkością sztuki – o czym niżej – odniosłem wrażenie, że Rutkowski gra całym sobą – w stu procentach, nie na odwal, nie chałturząc.

Jak to w teatrach, nie tylko tych stołecznych, ale też „prowincjonalnych” (nie, może nie, nie-prowincjonalnych lecz – podstołecznych) bywa, repertuary wakacyjne nie grzeszą nadmiarem spektakli. Nieliczne, te komercyjne, grają łatwe sztuki dla każdego – ku uciesze i rozrywce. I tak było i w tym przypadku. Gra aktorska, owszem, bardzo dobra, lecz sztuka płytka. Czyż nie jest tak, że na każdym kroku naśmiewamy się z przywar naszych? Nie, recenzent nie gani samokrytycyzmu. Broń Boże! Musi jednak napomnieć, że samokrytycyzm bez samopoprawy jest hipokratyczny, błahy i głupi. Bo czyż nie jest nam łatwo naśmiewać się z kleru? A jakże – łatwo! A z sołdatów, których tak lekko trepami zwiemy?  Łatwo! A z blondynek, ginekologów, zboczeńców itd.? Nic prostszego!

Śmiejemy się z nich do rozpuku. Zapominamy o jednym. Oni, tak szydzeni, nie różnią się niczym od nas. Bo przecież skąd to wzięli się wojskowi – z nas, widzów. A duchowni – też. Blondynki, homoseksualiści, lekarze (etc.) – również. I cóż to, Bracia Widzowie? Czybyście śmiejąc się z nich, śmiali się sami z siebie? Tak? Cudownie! Śmiejemy się z ich konserwatyzmu, zazdrości, homofobii, głupoty, egoizmu,  a jesteśmy tacy sami.

Katastroficzną wizję recenzent wieszczy. Czy jest więc możliwość przerwania błędnego koła bezrefleksyjnego (bo nie powodującego zmian) szydzenia z samych siebie?  Jest, a i owszem. Nadzieją jest widz, który po powrocie z teatru do domu spyta swoich towarzyszy: „Kochani, czy nie śmialiśmy się sami z siebie?”

Jan Uniejewski


tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × 3 =