Jan Uniejewski: Stanowcze NIE ekshibicjonizmowi

19 kwietnia 2013

Szkic o Grecie Garbo – przed prapremierą spektaklu Greta Garbo przyjechała w reż. Anny Augustynowicz, Teatr Współczesny w Szczecinie.

Greta Garbo

Hollywood rządził, rządzi i będzie rządził się prawami reklamy. Gwiazdy, gwiazdeczki i kandydaci do tych tytułów, chcąc nie chcąc, poddać się muszą jej żelaznym regułom. I choć zjawisko to przynosi niezawodne efekty (albowiem nawet mizerność aktorstwa i, co najmniej, mało przeciętna urodziwość stać się mogą atrybutami sławy), to medal ów ma i tę gorszą stronę. Nieustannie pogłębiająca się unifikacja osobowości, zgniatany indywidualizm i charyzma wypaczają naturalne zdolności, pieczołowicie szlifowany talent i unikalne piękno. Czy presji takiej można się oprzeć? Dojść do sławy i ostać się w pamięci potomnych bez samo-się-trywializowania na granicy godności i przyzwoitości? Chyba tak. A przynajmniej raz się udało.

Otóż „dzieckiem Hollywoodu” była Greta Garbo – kobieta, której tajemniczość stała się podwaliną legendy. Prawdopodobnie nikt w historii kina nie włożył tyle wysiłku i uporu (a upór ćwiczyła od dziecka) w obronę swojej prywatności. Stałe zmienianie lokum, zdawkowe – niemalże żywcem wyjęte ze scenariusza – odpowiedzi na pytania dziennikarzy, dezaprobata dla plotek o jej życiu damsko-męskim używanych wobec widza jako bodziec do kinowych odwiedzin, stały się jej znakami firmowymi. Co ciekawe, nimb tajemniczości był immanentną częścią jej emploi – nieustannie kuszącej uwodzicielki, kobiety wampa, femme fatale (jednorazowy udział w komedii stanowił wyjątek). Przygrywały mu wrodzona apatia, ponurość i pesymizm[1] współbrzmiące z fizjonomią aktorki, która dopiero w ruchu okazywała się zmysłowa, dostojna, pełna seksapilu i oddziałująca niemalże fizycznie na widza[2], co zresztą wydatnie podkreślała delikatna krzta męskości w gestach i zachowaniu[3] oraz wspaniała alabastrowa twarz[4] z wielkimi przenikającymi do głębi oczyma. Nieustanna tajemniczość i umiejętnie podsycana skłonność do ucieczki w głąb siebie (do czego ponoć ciągoty miała zawsze[5]), wzbudzały jedynie ciekawość widza i wypełniały każdą kolejną kreację magiczną fascynacją, uduchowiały ją, wznosząc ponad sztukę.

I choć u schyłku kina niemego martwiono się, czy w erze fonicznej jej kariera zrazu nie dobiegnie końca, Garbo wyszła z tych przemian obronną ręką. Zmieniwszy głos z początkowo wysokiego, który towarzyszył jej od dziecka, na głęboki, ekspresyjny, przeszywający i niemal obezwładniający słuchacza głos niski, uatrakcyjniła jedynie swą tajemniczość.

Po przedwczesnym (zwłaszcza dla dziesiątej muzy) zakończeniu kariery[6], nie wyzbyła się tajemniczości – nadal unikała kontaktów ze światem zewnętrznym i stroniła od dziennikarzy. Dzięki smykałce do inwestowania zarobionych pieniędzy, mogła żyć jako rentierka, stale podróżująca i szukająca swego miejsca. Taką też spotkamy ją w sztuce. Nadal nie wiedząc, jaka Ona tak naprawdę jest.

Jan Uniejewski



[1] Walker A., Garbo, Warszawa 1987, s. 48.

[2] Tamże, s. 16.

[3] Gronowicz A., Grata Garbo, Warszawa 1995, s. 14.

[4] Tamże, s. 20.

[5] Walker A., Garbo…, s. 16.

[6] Ostatni jej film to „Dwulicowa kobieta”, którego premiera odbywała się w Nowym Jorku 31.12.1941 r.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

seventeen − 6 =