Jan Uniejewski: Wiara w nie-wiarę

17 kwietnia 2013

Szkic o apostazji, przybliżający problematykę spektaklu Niewierni w reż. Piotra Ratajczaka.

Gdy powstawała – z razu niewielka, a z czasem coraz liczniejsza – wspólnota wyznawców Boga Jedynego, członkostwo w niej per se musiało być dobrowolne. Nie tylko dlatego, że nie było po kim „dziedziczyć” wiary, lecz i dlatego, że lepszej zachęty aniżeli samodzielny wybór sacrum być nie mogło. To „zeusową” wiarę utwierdzał przymus państwowy.

Jednakże z biegiem lat, gdy świat zaludniało potomstwo pierwszych chrześcijan, nie wymyślono nic lepszego dla chwały Pana aniżeli wejście do wspólnoty z mocy prawa – z matki i ojca chrześcijan. I fakt ten nie powinien wzbudzać oburzenia. Po pierwsze dlatego, że w innych religiach też tak było – i dlaczegóż to chrześcijanie mieliby być aż tak postępowi, by czynić inaczej? A po wtóre, chrześcijaństwu – wówczas jeszcze religii młodej i niewinnej – nic nie można było zarzucić. Przecież to ona głosiła miłość bliźniego równą miłości własnej, a także śmierć Syna Bożego za człowieka i dla człowieka. Stawiało wtedy chrześcijaństwo człowieka, stworzone na podobieństwo Boga, w centrum swej uwagi i w centrum duchowych zabiegów, jednocześnie poświęcając mu wszelkie swe wysiłki. Godne to uznania i poklasku.

W następnych stuleciach, gdy chrześcijanie nie byli już tak nieliczni, a ich wiara stawała się sferą państwową (później – w średniowieczu – uniwersalną), zaszły znaczne zmiany. Lud Boży zaczął całkiem odmiennie patrzeć na świat. Z początku były to spojrzenia pojedyncze, niepewne, nierzadko wzbudzające sprzeciw. Dostrzeżono bowiem, że nie po to Bóg Stwórca dał Adamowi i Ewie wybór między dobrem a złem oraz odpowiedzialność za swe decyzje, by związać ich ze sobą, lecz po to, by mądrość i sumienie swe ćwicząc, uwierzyli weń prawdziwie. Nie z konieczności, lecz dobrowolnie. Myśl ta zderzyć się w końcu musiała z koniecznością członkostwa we wspólnocie niezależnego do suwerennej decyzji jednostki. Wspólnocie, którą poczęły trawić choroby nieuleczone do dziś.

Ukształtowanie więzi baranków Bożych z Kościołem ujętym w aspekcie administracyjno-fiskalnym, który wspólnotą całkowicie i fatalistycznie zawładnął, na wzór obywatelstwa (dziedzicznej więzi jednostki z państwem), nie może ostać się w świecie stale rozszerzającym sferę wolności. Społeczeństwa, które składają się z jednostek coraz światlejszych (ergo rozumiejących szybko zmieniającą się rzeczywistość), wyzwalające się ze wszelkich dogmatów, chcące wierzyć w człowieka i wymagające tego, by państwa i wszelkie inne wspólnoty brały człowieka za cel, a nie narzędzie swych działań, chcą samodzielnie decydować w swoi sumieniu – sferze prywatnej, niezbywalnej i niezaprzeczalnej – o tym, w co, jak i dlaczego wierzą. Nie chcą być zmuszane, lecz przyjmowane w atmosferze szacunku i dialogu, zrozumienia i akceptacji. Wierzą bowiem, że człowiek w godności swej odnajduje sacrum – niezależnie od tego, czy nadaje mu miano Boga, losu, sumienia czy nie nazywa go w ogóle, odrzucając założenie o istnieniu istoty najwyższej. Opór ich i złość stają się tym większe, im silniej kostnieje Kościół, mnożą się choroby go trawiące, im silniej zwalcza on tych, którzy niegdysiejszą swą wiarę przekuwają w to, co dlań wiary nie stanowi.

A zatem? Czas wiary w nie-wiarę?

Jan Uniejewski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

9 + four =