Julia Gładkowska: Śmieszki-heheszki, tylko co dalej?

4 maja 2017

O spektaklu Triumf woli w reżyserii Moniki Strzępki z Narodowego Starego Teatru w Krakowie pokazywanego w ramach 37. Warszawskich Spotkań Teatralnych

Triumf Woli/fot. Magda Hueckel

Triumf Woli/fot. Magda Hueckel

Jako fanka duetu Strzępka-Demirski na Triumf woli czekałam niecierpliwie – miał to być spektakl, który uratuje ten, jak do tej pory, dość rozczarowujący sezon teatralny. Gdy ogłoszono program 37. WST, wiedziałam, że to pozycja, której przegapić nie mogę. Wieczór w Teatrze Dramatycznym okazał się jednak niezbyt udany, a moje nadzieje zawiedzione. Pytanie – co się stało?

Na wstępie warto zaznaczyć: Triumf woli to nie jest bardzo zły spektakl, jednak również nie jest w jakości, jakiej można było oczekiwać od tej pary twórców. Ktoś, kto nie miał wymagań wobec nich i nie znał ich dotychczasowej twórczości, z teatru wyjdzie zadowolony. Dla tych, którzy przyzwyczaili się już do pewnego stylu duetu, wieczór będzie sporym rozczarowaniem.

Oczywiście można mi zarzucić, że nie potrafię otworzyć się na nowości, dać się ponieść pozytywnym emocjom. W odpowiedzi na te zarzuty – rozumiem potrzebę twórców stworzenia czegoś świeżego, a przede wszystkim pozytywnego, bo jednak do tej pory spektakle tej dwójki mówiły o sprawach trudnych, często dotykały bolesnych kwestii i pozostawiały widza raczej z uczuciem niepokoju niż uśmiechem na twarzy. Jednak jeśli decydujemy się na uruchomienie nowych środków wyrazu, róbmy to dobrze, nie obniżajmy sobie poprzeczki (niepokoją słowa Demirskiego z wywiadu udzielonego przed premierą, gdy na pytanie dziennikarki o to, dlaczego odchodzą od dotychczasowej pesymistycznej estetyki, jako pierwszy powód podał nudę[1]). Idąc na Strzępkę i Demirskiego, spodziewam się inteligentnego, błyskotliwego spektaklu, okraszonego czarnym humorem, ale poruszającego ważny problem, wzbudzającego refleksję, a nie kabaretu.

Triumf woli ma zwracać uwagę na siłę wspólnoty i wzbudzić chęć działania, nawet jeśli wszyscy są przeciwko nam. Bohaterowie uwięzieni na wyspie po katastrofie lotniczej opowiadają sobie wesołe, budujące historie, by przeciwstawić się złym wiadomościom napływającym zewsząd. Jako ramę dramatyczną Demirski wybrał Burzę Szekspira. Motyw bezludnej wyspy, na której dzieją się rzeczy magiczne i niewytłumaczalne, jest bardzo nośny. Na scenie pojawia się zresztą alter ego Williama Szekspira – Will Szekspir – chyba najbardziej irytująca i męcząca postać, która wiecznie pijana słania się po kątach i bełkotliwie wygłasza swoje kwestie (zagrać pijaka tak, by nie było to nadmiernie prześmiewcze i konwencjonalne – oto jest sztuka i wyzwanie!). Mamy też stereotypowe czarne charaktery, braci McDonald, którzy po trupach idą do celu i nie widzą, że swoimi działaniami robią krzywdę innymi. W końcu nasi herosi, opowiadacze historii, osoby, które zrobiły coś po raz pierwszy, mimo przeciwności i niechęci innych.

Tak bardzo skrótowo można opisać fabułę. Zagrane jest to świetnie (po zespole Starego Teatru nie można było spodziewać się niczego innego), natomiast wydaje mi się, że energia, jaką aktorzy dają z siebie na scenie, jest nieproporcjonalna do siły wyrazu i treści przekazywanych przez spektakl. Nawet najwyższej próby aktorstwo nie ratuje tego prostego w gruncie rzeczy konceptu.

Podstawowym problemem jest to, że przedstawienie nie stanowi spójnej całości – to bardziej zbiór luźno powiązanych ze sobą skeczy, które pojedynczo są zabawne, jednak nie przekazują głębszej treści. Oś przedstawionej fabuły znika gdzieś pomiędzy opowieściami bohaterów, przez co sceny wydają się być bardzo „osobne”. Drugim zastrzeżeniem są dłużyzny, które dziwią w przypadku reżyserii Strzępki, doskonale znającej mechanizmy, jakie rządzą teatrem i zdającej sobie sprawę z tego, jak długo można utrzymać uwagę widowni. Niektóre sekwencje trwają tak długo, że po pewnym czasie stają się po prostu męczące dla oglądającego, a część z nich zostaje w drugiej części powtórzona niemal w całości, co niepotrzebnie przedłuża spektakl.

Poza tym wszystko to jest bardzo naiwne i zwyczajnie zbyt proste. Owszem, pozytywne historie z happy endem są budujące, ale czy jest to temat na prawie czterogodzinny spektakl? Zawodzi świetna do tej pory dramaturgia Demirskiego, która gubi gdzieś swój krytyczny charakter, ten nieuchwytny element, pozwalający spod pozornie zabawnego, ironicznego tekstu wydobyć refleksję, sprawić, że widz nie wyjdzie z teatru tak beztroski, jak do niego wszedł (wystarczy porównać opowiadane w Triumfie woli historie z końcowym monologiem Marty Nieradkiewicz i Doroty Pomykały z Nie-boskiej komedii. WSZYSTKO POWIEM BOGU!, w czasie którego po plecach przechodziły dreszcze). A tutaj wszystko jest zbyt głośne, śmieszne, przesunięte za bardzo w stronę kabaretowego skeczu, wraz z upływem czasu coraz bardziej męczące.

Triumf woli rozczarował nie tylko mnie. Podczas końcowych owacji część publiczności zareagowała bardzo żywiołowo, dając się wciągnąć do zabawy z twórcami, część jednak nie kryła swojego rozczarowania i konsternacji. Pierwszy raz widziałam też, by podczas WST ze spektaklu tego duetu wyszło tak wiele osób. I choć przeczy to większości opinii pojawiających się na temat tej produkcji, to myślę, że warto zastanowić się, czy pusty śmiech jest tym, czego widzowie szukają w teatrze.

Julia Gładkowska

Paweł Demirski

Triumf woli

premiera: 31.12.2016, Teatr Stary w Krakowie

reżyseria: Monika Strzępka

dramaturgia: Paweł Demirski

scenografia: Martyna Solecka

kostiumy: Arek Ślesiński

muzyka: Stefan Wesołowski

ruch sceniczny: Jarosław Staniek

inspicjent, sufler, asystent reżysera: Hanna Nowak

Obsada: Juliusz Chrząstowski, Marcin Czarnik, Monika Frajczyk, Radosław Krzyżowski, Michał Majnicz, Marta Nieradkiewicz, Dorota Pomykała, Anna Radwan, Dorota Segda, Małgorzata Zawadzka, Krzysztof Zawadzki, Krystian Durman, Adam Nawojczyk


[1] Serotoninowa nadwyżka, wywiad Agaty Dąbek z Pawłem Demirskim dla „Dwutygodnika”, dostęp online z dnia 25.04.2017: http://www.dwutygodnik.com/artykul/6926-serotoninowa-nadwyzka.html

tagi: | Wersja do druku | |

Jeden komentarz do Julia Gładkowska: Śmieszki-heheszki, tylko co dalej?

  1. Beata Kowalska, 6 maja 2017 o 10:02

    Teksty Pani Julii jak zawsze najlepsze! ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four × 2 =