Julia Lizurek: W poszukiwaniu alternatywnego wejścia

20 lutego 2016

O IV edycji festiwalu Kingdom of Art (4 – 7 lutego 2016 w Goleniowie)

 

Kingdom of art/mat. prasowe

Kingdom of art/mat. prasowe

Pokonanie trasy Kraków – Goleniów stanowi dla mnie zawsze niemałe wyzwanie. Jednak co jakiś czas decyduję się spędzić około dziesięciu godzin w pociągu, przebyć ponad 650 kilometrów, żeby znów napić się wody z kranu i zasmakować wyjątkowej teatralnej atmosfery. Kiedy ponad rok temu główny organizator festiwalu Kingdom of Art, lider Teatru Kingdom of Curvy Form, Maciek Ratajczyk zaprosił moją grupę teatralną do wzięcia udziału w wydarzeniu, nie wahałam się ani chwili. A do takich miejsc chce się wracać.

Czwarta edycja festiwalu niezależnego teatru, muzyki, filmu i sztuk plastycznych przyciągnęła przede wszystkim tych, których doświadczenia życiowe łączą się z tworzeniem w obszarze alternatywy. Wydaje mi się jednak, że nie tylko dla nich organizuje się tego typu przedsięwzięcia. Niniejszy tekst chciałabym zadedykować wszystkim offowym twórcom, szukającym klucza do bramy zamku, w którym się zamknęli. Jako twórca i krytyk sztuki chciałabym podjąć próbę odnalezienia go, bo czasami widok dymu, który unosi się z dziedzińca, nie wystarczy, by ktoś zapragnął przeskakiwać mur dzielący go od ognia.

By nie pozostać na poziomie metafory i subiektywnych przeżyć skupię się na opisaniu trzech moim zdaniem najciekawszych festiwalowych teatralnych propozycji: Fakeryzmu Teatru Brama z Goleniowa, Sfer nieczystych Teatru w Krzywym Zwierciadle ze Stepnicy oraz Wolno(ś)ci Stowarzyszenia Jestem z Torunia.

 

Fakeryzm

Goleniowskie rodzinne zdjęcie. Cześć, jestem Ada, jestem Kuba, Ola, Piotrek vel Jaszczur, inna Ola. Oficjalnie wita nas Adam, żeby opowiedzieć o Polaku-patriocie i Polaku-idiocie. Chłopcy dają krótki wykład o „typowo polskiej” platonicznej zazdrości i niechęci do tych, którzy osiągnęli sukces. Pijanych aktywistów przecież też Polska widziała i nawet brała ich na ręce – reżyser Daniel Jacewicz, bazując na kompozycyjnej zasadzie pokazywania dwuznaczności danych postaw lub stereotypów, buduje sceny-fotografie. Patos zderza z absurdem, dosadność z wrażliwością, a sentymentalizm z wulgarnością. „Już czas, spierdalam stąd// najwyższy czas, wypierdalam do innej krainy” – temat ucieczki z kraju powraca jeszcze w scenie zbierania truskawek i równolegle, wybacz drogi czytelniku, srania. Cóż, przynajmniej można zarobić na wymarzonego iPoda. Jednak nie o mentalność Polaków rozchodzi się sprawa, a o źródła ich tożsamości. Zespół proponuje dwie ścieżki jej poszukiwań: lokalną, związaną z miejscem urodzenia oraz genealogią rodzinną.

Rodzinę stanowią nasi przodkowie, dziadkowie, którzy walczyli o niepodległość, babcie, które po wojnie łapały (dosłownie – jak to zostaje pokazane w jednej ze scen) dla siebie mężów. Dzięki procesowi zakochania i fizycznemu pociągowi (nieobcemu im a także najmłodszemu pokoleniu) rodzą się kolejne dzieci, którym przychodzi pamiętać o przeszłości. Stąd być może sentymentalizm, który stanowi nie mrzonkę, ale wartość budującą wspólnotę. W chyba najbardziej poruszającej scenie spektaklu do krawca (Piotrek Śnieguła) przychodzi na przymiarkę garnituru klarnecista (Adam Rosiński). Twierdzi, że wyjeżdża za granicę czy, jak nazywa to drugi, ucieka z kraju. Będzie pracował na kasie w supermarkecie, a wieczorami grał na klarnecie, podczas gdy czterdzieści milionów jego rodaków zostanie tutaj. Nie wiadomo, jakie zagrożenie i nieszczęście czyha w Polsce czy to tylko nasza mentalność je wytworzyła. Twórcy spektaklu ten lęk nazywają „kundlizmem” i „fakeryzmem”, czyli poczuciem bycia wykorzystywanym i wyjątkowym jednocześnie. Nigdy nie wiemy, czy „jesteśmy super”, czy też inni utwierdzili nas w tym przekonaniu, by nas sobie podporządkować.

Nie sposób pominąć jeszcze wyrazistego aspektu lokalności i Goleniowa, które staje się wyjątkowe dzięki ludziom, którzy w nim żyją. Nie doświadczają prowincjonalności, lecz zachwytu nad codziennością. Dzięki wspaniałym aktorom: Adzie Bar, Oli Stanio, Oli Ślusie, Kubie Hankusowi, Adamowi Rosińskiemu, Piotrkowi Śniegule i ich zespołowości spektakl nie opowiada o wierności i poświęceniu ludzi z małych miasteczek, ale jest spotkaniem z ludźmi, który potrafią kształtować, dbać i szanować to, co faktycznie jest im najbliższe.

 

Sfery nieczyste

„Niedojrzałość, niedojrzałość” – za każdym razem, gdy rozbawi mnie dwuznaczny żart lub odkryję seksualny podtekst w jakimś sformułowaniu, te słowa atakują myśli. Moja rzekoma dorosłość pozwala mi ironicznie skonfrontować się wobec wybuchu śmiechu, którego nie potrafię powstrzymać. Podczas gdy Gombrowicz, którego teksty (Ferdydurke, Trans-Atlantyk, Iwona, księżniczka Burgunda) były inspiracją dla twórców spektaklu, próbuje „upupić” dorosłych, tak młodzi aktorzy pokazują, że w każdym z nas tkwi dziecięcy wstyd mówienia o seksie lub o płynących z niego konsekwencjach, jak na przykład niechciane potomstwo.

Kolejne sceny spektaklu łączą się ze sobą jak w slapsticku. Kiedy jedna zabawa się kończy, rozpoczyna się kolejna. Większość z nich bohaterowie rozgrywają dzięki wielkim drewnianym bierkom. Można ich użyć tradycyjnie, ale też stworzyć drabinę i klatkę, sitowie, upiąć włosy i zatykać sobie usta w obawie przed wypowiedzeniem kolejnych nieprzyzwoitych rzeczy.

Reżyser Michał Krzywaźnia i młodzi (niedojrzali?) aktorzy: Magda Olchowa, Sara Rombel, Maks Olchowy i Łukasz Walczyk w bezpretensjonalny i nienachalny sposób konfrontują widza z myślą, że inicjacja być może nie oznacza krótkotrwałego etapu przejścia, pierwszego seksualnego epizodu. Bo przecież trudniej porozmawiać o skrywanych urazach, pretensjach i żalach – czy to nie one świadczą o dorosłości?

Kiedy mieliśmy kilka miesięcy, nasi rodzice zapalili w kościele świecę na znak naszej czystości. Jakieś osiem lat później musieliśmy ją rozpalić sami. Kiedy w końcu zdołamy ją zgasić na dobre?

 

Wolno(ś)ci

Spektakl – krzyk. Reżyser, Damian Droszcz, we współpracy z osobami o różnym stopniu niepełnosprawności ruchowo-umysłowej walczy o tytułową wolność, pokazując, że społeczna tolerancja odmienności oraz rzekome udogodnienia i pomoc dla nich są często tylko pozorne. W poszczególnych scenach inwalidzi zostają zaatakowani, fizycznie i mentalnie, przez grupę osiłków. Podział ten jest klarowny, niemal przypowieściowy, zbudowany przez białe stroje jednych i czarne drugich, mechaniczne powtarzanie choreograficznych układów, agresywne krzyki, tupanie butów, nieprzyjemne zaczepki czy wywracanie na ziemię wózków. Przedstawienie, operując bardzo prostymi (by nie rzec – banalnymi) środkami wyrazu, oddziałuje na widza z siłą performansu. Kalecy aktorzy-performerzy nie nakładają na twarz maski strachu, ale wraz z publicznością zaczynają go odczuwać. Reakcje na ten lęk mogą być różne: mentalny paraliż ciała i obawa przez realnym sprzeciwem, akty przemocy wobec opresjonowanych lub atakujących czy manifestacyjny sprzeciw wobec wykorzystywaniu. Twórcy aranżują sytuację, w której widz, wyciągnięty bez zgody na scenę, musi podjąć działanie. Mężczyźni w czarnych mundurach namawiają do zaatakowania niepełnosprawnych. Damian Droszcz wyznał, że goleniowska publiczność była pierwszą, która się na to nie zgodziła.

Sekwencje agresji przeplatają się z obrazami szczęścia, które zostało upersonifikowane przez dwie tancerki w żółto-czerwonych kostiumach. Wirują one wśród postaci i widowni, delikatnie dotykając – próbują zasiać spokój i szczęście. Nad kochającą się parą rozpościerają prześcieradło, ukrywając potrzebną intymność. Reżyser potrzebuje takiej reprezentacji szczęścia, żeby, z jednej strony, pokazać jego tymczasowość oraz, z drugiej, odnaleźć społeczne źródło jego powstawania. I na tym poziomie sprawa przestaje dotyczyć tylko grupy „odmieńców”, a staje się problemem ogólnoludzkim.

Znów muszę podzielić się najbardziej poruszającym mnie momentem przedstawienia. Spod płachty wystają nogi kochającej się niepełnosprawnej pary. Ona siedzi na wózku, on, opierając się na uchwytach, porusza biodrami. Nieporadnym ciałom brakuje rytmu, czuć fizyczne zmaganie, ból i pragnienie. W którymś momencie, jakby w przyjemności, zaczyna nerwowo drgać stopa kobiety. Do sali znów wchodzą czarni mężczyźni i wszystko zostaje przerwane.

 

pali się

Festiwal Kingdom of Art to nie tylko spektakle teatralne. Odważę się nawet stwierdzić, że nie chodzi nawet o różnorodność tematów i form artystycznych. Bowiem organizatorzy, wspomniany przeze mnie Maciek Ratajczyk, Marcin Jabłoński, ich przyjaciele i współpracownicy opanowali do perfekcji sztukę spotkań. Od rana działaliśmy na niezwykłych warsztatach teatralnych (prowadzonych przez Davita Baroyana z Teatru ZAR oraz, mimo natłoku organizacyjnych spraw, samego Maćka), poszukując źródeł cielesnych impulsów, emocji i scenicznej energii. Wieczorami trawiliśmy wrażenia spektaklowe na koncertach. Niezapomniany dla wszystkich pozostanie ten Elektrycznego Węgorza, przerywany wyznaniami jednego z muzyków, który chciał upić się na scenie, ale publiczność mu na to nie pozwala. Również ograniczenie przez zakres repertuaru nie okazało się problemem. Czterokrotne wykonanie utworu Szerszeń umożliwiło mu urośnięcie do rangi hymnu festiwalu.

Można postawić sobie takie pytanie: czy istnieje ktoś, kto tworzy sztukę z potrzeby ducha (czymkolwiek to jest)? Mało kto je już zadaje. Jedni nie wierzą w artystyczne wspólnoty porozumień, a drudzy ich doświadczają i już nie muszą o nie pytać.

Na czym polega to doświadczenie? W drodze do Goleniowa spotkałam mojego kolegę-performera, Karola Barckiego, z poznańsko-goleniowskiej grupy Pomarańcze w Uchu na Skarpie bez Kartki. Czekaliśmy na dwie dziewczyny, które kilka dni przed rozpoczęciem festiwalu zapragnęły dołączyć do zespołu Karola. Zaproponował im wspólny wyjazd na festiwal, żeby zobaczyły „jak to jest”. Karol i jego idea doświadczenia wspólnoty ludzi „alternatywy”, których pasja i entuzjazm stanowią niewyczerpalne źródło energii, niech będzie podsumowaniem. Byśmy nigdy nie zamarzli.

Julia Lizurek

Teatr Brama z Goleniowa, Fakeryzm, reż. Daniel Jacewicz, premiera 27 marca 2015

Teatr w Krzywym Zwierciadle, Sfery nieczyste, reż. Michał Krzywaźnia, premiera 19 kwietnia 2015

Stowarzyszenie Jestem z Torunia, Wolno(ś)ci, reż. Damian Droszcz, premiera 29 listopada 2014

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five × 4 =