Julia Rup: Śmiech podszyty strachem

13 listopada 2011

O spektaklu Lubiewo w reż. Piotra Siekluckiego w Teatrze Nowym w Krakowie.

Lubiewo / materiały teatru

Wokół najnowszej premiery Teatru Nowego narosło wiele kontrowersji. Aktorzy krakowscy odmawiali podjęcia się ról podstarzałych gejów, reżyser musiał sięgnąć po pomoc ze strony wrocławskich artystów. Postacie nie owijają w bawełnę, nazywają rzeczy po imieniu, a ponieważ ich opowieści skupiają się głównie na seksualnych podbojach, dosłowności oraz wulgaryzmów jest tu moc.

Sieklucki inscenizuje pierwszą część Lubiewa, czyli Księgę Ulicy. Bohaterkami są Patrycja i Lukrecja – geje (potocznie zwani ciotami, jak podpowiada Witkowski), którzy lata młodości i świetności już dawno mają za sobą. Prowadzą wspólny monolog o przeszłości, czasach wypraw do parku, swoich pierwszych homoseksualnych razach, dawnych znajomych. Przestrzenią akcji jest pokój w ich mieszkaniu, zagracony tandetnymi gadżetami i tonami ubrań. Jedynym przedmiotem kojarzącym się z czasami współczesnymi jest poduszka z nadrukiem przedstawiającym kota ze Shreka, reszta wywodzi się raczej z komuny. W ten sposób powstaje atmosfera stagnacji, odizolowania od rzeczywistości i zamknięcia się na zmiany. Patrycja i Lukrecja żyją w swoich bezpiecznych czterech kątach ignorując to, co dzieje się poza nimi. Treścią ich życia stają się wspomnienia, przerysowane, zakłamane opowieści, które ubarwiają im codzienną wegetację. W swoich historiach kierowanych wprost do publiczności popisują się, przekrzykują, poprawiają. Każda z nich chce zrobić lepsze wrażenie. Mówią o sobie w rodzaju żeńskim, naśladują kobiece gesty albo przynajmniej takie, które wydają im się najbliższe kobietom. Postacie są w pewien sposób odpychające, panowie z brzuszkami, w obcisłych, za krótkich golfach, z lekkim makijażem. Mlaszczą, puszczają oczka, wyginają się. To nie są geje, o których najczęściej czytamy, których widzimy w mediach. Witkowski nazywa ich „podwójnym marginesem społecznym”. Nie dość, że homoseksualiści, to jeszcze osoby mocno podejrzane, z różnymi kryminalnymi zachowaniami na koncie. Raczej nie mają pracy, a jeśli nawet, to najczęściej jest to praca siedząca. Taka, w czasie której można oddać się wymyślaniu kolejnych, niewiarygodnych historii, które mają być przecież wspomnieniami.

Fantastycznym pomysłem jest zaangażowanie w projekt Krystyny Czubówny. Obecna jako głos z offu komentuje sytuację sceniczną, wygłasza wykłady na temat zwyczajów, zachowań czy nawet typologii gejów. Jej pierwszymi słowami są: „ożywają w nocy”, co wpisuje się w perspektywę ustawianą już przez samą osobę Czubówny– perspektywę obserwowania jednego z dzikich, trochę znanych, ale nie do końca oswojonych gatunków. Podglądamy, a raczej przyglądamy się Patrycji i Lukrecji jako osoby z zewnątrz, ich historyjki nas bawią, ale nie dotyczą. Mimo zabiegu interakcji z publicznością, wciąż istnieje dystans, wywołany przez ustawienie spojrzenia na bohaterów jak na egzotyczne okazy.

Patrycja i Lukrecja wywołują inne postacie – Zdzichę, Radwanicką, Hrabinę, Aktorkę, Dżesikę, Lady Pomidorową, Piękną Helenę, Jasię od księdza i inne. Mechaniczne powtarzanie imion obecne na początku spektaklu pojawi się później jeszcze parę razy, ale najważniejsze stanie się w finale. Powstaje skojarzenie z wywoływaniem duchów, odwoływanie się do nich w opowieściach Patrycji i Lukrecji jest ich pewnego rodzaju wskrzeszaniem. Nie od początku jest oczywiste, dlaczego tak właściwie o większości z nich mówi się w czasie przeszłym. Toniemy w zabawnych anegdotach, gagach. Wygrywana jest przede wszystkim komiczna warstwa tekstu, czy konkretnych opowiadanych sytuacji. Dopiero końcówka spektaklu odkrywa przed nami tragiczny podtekst większości historyjek. Wspominany już co prawda wcześniej, ale z beztroską i lekceważeniem, temat AIDS, w finale wybrzmiewa całkiem serio. Wysłuchujemy szczegółowego opisu zmienionego chorobą wyglądu jednej ze znajomych Patrycji i Lukrecji, mówi się o tym, jak powoli wszyscy odsuwają się od takiej osoby. Nagle rzeczywistość wkracza w fantazje bohaterek z taką siłą, że nie jest już dłużej możliwe jej lekceważenie i wyśmiewanie. To, co robiły do tej pory, selekcja wspomnień i podkoloryzowanie ich, musi ustąpić powadze i refleksji na temat konsekwencji ryzykownych zachowań. W samym finale na scenę wychodzi Mikołajczyk, jego układ to historia pełna bezsilności, nieszczęścia chorego człowieka. Wysportowane ciało choreografa porusza się jakby w konwulsjach, chaotycznie, próbuje się uspokoić, ale ten spokój już nie może nadejść. Ostatnią próbą wyrażenia tego, co do tej pory było przemilczane jest język ciała, którego nie sposób ignorować. Przez cały spektakl siłą napędową był przede wszystkim tekst Witkowskiego, niewątpliwy samograj, w finale natomiast postawiono na mowę ciała, która odkrywa to, co było wciąż w podtekście. Dzięki temu Lubiewo nie pozostaje jedynie plebiscytem na najlepiej opowiedzianą zabawną anegdotę, ale pokazuje również drugą stronę przedstawionych historii.

Julia Rup


Lubiewo

Michał Witkowski

Reżyseria Piotr Sieklucki

scenografia: Łukasz Błażejewski

choreografia: Mikołaj Mikołajczyk

producent Marek Kutnik

obsada: Paweł Sanakiewicz,

Edward Kalisz,

Krystyna Czubówna (głos),

Teofil Pietroń,

Mikołaj Mikołajczyk

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

19 + 14 =