Karolina Ćwiek-Rogalska: Pożycz pan buta

18 listopada 2011

O spektaklu Walizka w reż. Doroty Ignatjew Teatrze Żydowskim.

Walizka / materiały teatru

Główny bohater sztuki odnajduje w Muzeum Zagłady walizkę, którą zabrał ze sobą do Auschwitz jego ojciec. Ponieważ czuje się niepełny bez wiedzy o tym, jakim człowiekiem był jego rodzic, otwiera walizkę, by znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania. Wszystko to w bieli scenografii i postmodernistyczno-surrealistycznym sosie serwuje na godzinną kolację Teatr Żydowski. Kolację, niestety, niestrawną.

Z napisanej lekko sztuki reżyserka wraz z zespołem Teatru Żydowskiego ugotowała spektakl ciężki i niekonsekwentnie poprowadzony. Narrator (Piotr Sierecki) zamiast opowiadać historię, deklamuje ją, niebezpiecznie zbliżając fabułę do wątłej akcji szkolnego apelu. Automatyczna sekretarka (Joanna Rzączyńska), informująca widzów i Narratora o tym, że główny bohater wyruszył w drogę po cud – by odnaleźć ojcowską walizkę w stertach nikomu nie potrzebnych pamiątek Zagłady – broni się jeszcze. W momencie jednak, kiedy przeistacza się w Żaklin, obiekt westchnień Narratora, wpada w manierę gry jak z komedii romantycznej kiepskiej produkcji (nie wspominając już o tym, że aktorka w pewnym momencie „pożycza” but jednego z widzów, rozrywając tym dość bezsensownym gestem nić przedstawienia). Wątek romansowy – w dramacie odciążający główną oś wydarzeń – tutaj został spłycony do kilku piosenek i głaskania się słowami.

Broni się Przewodniczka po Muzeum Zagłady (Ernestyna Winnicka), przekonująca jako kobieta popadająca w obłęd od pamiętających katastrofę humanitarną eksponatów. Ale kiedy ona znika, zostajemy sam na sam z głównym bohaterem, Narratorem i nieszczęsną Żaklin. Problem z głównym bohaterem polega tu głównie na tym, że aktor (Andrzej Blumenfeld) jest odseparowany od postaci, którą gra. Jego Fransua Żako sprawia bardziej wrażenie przesuwającej się na tle białej scenografii figurki, niż żywego człowieka.
Jakby ta postać była nie do końca przemyślana, za słabo narysowana. Fransua przeżywa cud, odnajduje ojca, którego zdawałoby się na zawsze utracił – i tak naprawdę widza niewiele to obchodzi. Sam ojciec (Szymon Szurmiej), który pojawia się na chwilę na końcu, sprawia wrażenie groteskowego holokaustowego merczendajzingu. Zupełnie niepotrzebnego w sztuce, ale i zupełnie niepotrzebnie dosłownie przeniesionego do tego spektaklu.

Szkoda niewykorzystanej scenografii (Rafał Sisicki). Z intrygujących okienek i drzwiczek ukrytych w bieli aktorzy korzystają dość rzadko. Interesujące za to jest wykorzystanie wizualizacji – wita nas i żegna coś w stylu napisów początkowych i końcowych, ale niestety na tym środki filmowe się kończą, a pozostaje atmosfera amatorskiego przedstawienia. Dość pechowy jest też wybór miejsca – w podłużnym foyer teatru ciężko jest śledzić akcję, nie wspominając o tym, że poza główną białą ścianą po bokach znajdują się jeszcze – ni przypiął, ni przyłatał – dodatkowe elementy scenografii, bez których spektakl mógłby się obejść. Innymi słowy – za dużo dosłowności. W końcu scenę w kawiarni da się zagrać bez stolika, krzeseł i powtarzania, że właśnie znajdujemy się w kawiarni.

Karolina Ćwiek-Rogalska

Małgorzata Sikorska-Miszczuk, Walizka
Teatr Żydowski
Reżyseria: Dorota Ignatjew
Scenografia: Rafał Sisicki
Obsada: Andrzej Blumenfeld, Piotr Sierecki, Joanna Rzączyńska, Ernestyna Winnicka, Jerzy Walczak, Szymon Szurmiej

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 + ten =