Katarzyna Meissner: Święty bazar intymności

25 lutego 2010

To nie jest film o religii, tylko o ludziach. Takie mniej więcej zdanie można usłyszeć i przeczytać na temat filmu Jessiki Hausner.

Ale tak naprawdę to jest to zdanie-wytrych, które zdejmuje z „Lourdes”  znamię dzieła zaangażowanego. Widzowie, którzy chcą w ten sposób bronić filmu, nieświadomie go krzywdzą. Można bowiem nie zgadzać się z obrazem świata pokazanym w austriackim filmie, ale warto o nim dyskutować.

Jessika Hausner pokazała nam Lourdes pozbawione mistyki i świętości. Mimo to nad całym filmem ciąży specyficzna tajemnica, podkreślana długimi, statycznymi ujęciami,  która momentami nie pozwala widzowi na głębszy  oddech.  Przecinające się spojrzenia bohaterów zagęszczają atmosferę, wprowadzając do prosektoryjnej schludności wnętrz człowieczeństwo. Szkoda, że nie w tym dobrym wymiarze, tylko sprowadzone do największych słabości i wad. W chwilach największej ciszy i jednocześnie największego napięcia, widzowi wydaje się, że za chwilę wydarzy się coś przerażającego. Ta groza, sącząca się nie z atrybutów przynależnych poetyce horroru, tylko z samotnych ludzkich spojrzeń, to znak firmowy, który Hausner przejęła od swojego mistrza – Michaela Hanakego. Nauczyła się też jak wytrzymać to napięcie. Jak przetrzymać kamerę chwilę dłużej, by widz zdążył się zaciekawić, zniecierpliwić i znowu zadumać?

Jessika Hausner budując strach spokojem i bolesną przejrzystością ujęć przykuwa uwagę widza przede wszystkim estetyką. Estetyką, która eksponuje puste formy sanktuaryjnych rytuałów. Z ekranu bije okrzyk: Lourdes to fikcja! Wielki dewocjonalny i turystyczny biznes, nic więcej!

Nie ma tu miejsca na szlachetne człowieczeństwo, bo wszystko odbywa się wedle bezwzględnych zasad. Każda czynność i punkt dnia są wymierzone wedle najlepszych niemieckich standardów. Równy wymarsz, pory posiłków, plan dnia, sterylność obsługi, kolejka po błogosławieństwo, kolejka do groty.  Tak jakby projektując ten świat, ktoś zapomniał, że powinna być też dawka bezinteresownej troski o człowieka.

Rzeczywiście ? to jest film o ludziach, ale o takich, którzy nie chcą wiary. W Lourdes nie szukają Boga, tylko zajęcia, spotkania, okazji do plotek. Wycieczka do Rzymu zapewniłaby im te same korzyści. Tylko tam wymagaliby wysokiej kultury, tutaj wymagają cudu.

A kiedy już cud się przydarzy? No właśnie. Trafia na prawdopodobnie niewierzącą młodą kobietę, chorą na stwardnienie rozsiane. Któregoś dnia, podczas obmywania świętą wodą, zaczyna odzyskiwać czucie w rękach. Potem może ruszać się coraz bardziej, ale nikt wokół tego  z początku nie spostrzega. I to jest chyba najbardziej poruszający moment, kiedy uświadamiamy sobie, że cuda mogą się zdarzyć w ciszy zdumionego człowieka, a nie wśród spektakularnych scen i okrzyków. Jakie będą pierwsze kroki ozdrowiałej Christine? Nie pada na kolana by podziękować Bogu. Jest noc, wstaje z łóżka, idzie do łazienki i stojąc przed lustrem zaczyna czesać swoje włosy. Prozaiczna czynność, której od lat była pozbawiona. Nie widzimy jej twarzy, dyskrecja Hausner nie pozwala nam zaspokoić ciekawości, zachowując intymną prawdę tej chwili tylko dla Christine. Moment rozpoznania cudu jest pokazany jako najbardziej prywatny. I pusty. Bo Matka Boża chyba wyjechała z Lourdes na czas kręcenia filmu. Zostały tylko jej kiczowate figurki i automatycznie odklepywane modlitwy.

Możemy ufać, że wcale tak nie jest. Że w miasteczku na południu Francji ludzie odradzają się dzięki potędze mistyki. Ale czy rzeczywiście? Czy czasem forma nie przerasta treści?

Możemy gniewać się na Jessikę Hausner, że pokazała katolicyzm schematycznie negatywny. Mało rozgarniętego księdza, fanatyczną wolontariuszkę, próżnych i zawistnych pielgrzymów. Jednak chyba lepiej zastanowić się dlaczego autorka „Lourdes” nie wierzy w cud? Dlaczego ozdrowienie Christine porównuje do zakochania, które, długo oczekiwane, nadchodzi w momencie największego zwątpienia. A potem mija. Choć może nie tyle mija, co nie obiecuje zostać na zawsze?

Wydaje się, że uczennica Hanekego nie wierzy, bo wszystkie cuda przesłania jej rozbuchała forma misterium lourdeńskiego. Rozbuchana w swej plastikowości. Jej sposób patrzenia na świat jest prosty i chłodny, i tych samych cech oczekuje od religii.

Pewnie to tylko moje pobożne życzenie, że Jessika Hausner zrobiła film dla obudzenia katolików z wygodnego landschaftu wiary. Może jest po prostu cyniczną liberałką, idącą na wojnę z katolikami. Jakby nie było – można się od niej nauczyć, jakiej religijności unikać.

Katarzyna Meissner

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × three =