Katarzyna Orlińska: Stracony dzień, czyli nie mogę od ciebie uciec

30 czerwca 2011

O Straconym dniu w reż.  Mattiasa Malmgrena z Akademii Teatralnej w Malmö

Ile o straconym dniu może opowiedzieć dwudziestominutowy spektakl? Wydawałoby się, że nowoczesne wariacje na temat straconego czasu wciąż jeszcze stoją w służbie proustowskiej estetyki wspominania, w licznych dywagacjach ogarniającej warstwowość powidoków – pejzaży miejskich, fragmentów z życia socjety, osobistych i artystycznych refleksji. Twórczego rozwinięcia doczekała się również pasażowa koncepcja kształtowania przestrzeni wspomnień, skupiona na detalu, a reprezentowana m. in. przez Berlińskie dzieciństwo Waltera Benjamina. Nowsze realizacje stawiają jednak na ujęcie postmodernistyczne, posługując się brakiem ciągłości, antylinearnością wspomnień, a surrealistyczna konstrukcja unaocznia absurdy treści.

Spektakl Stracony dzień po trosze czerpie z tych konwencji: stracony dzień to żadne novum tematyczne, a pytania wkraczające w sferę zarówno eschatologii – czy początek jest już tak naprawdę końcem? – jak i metafizyki powtarzały się w dziesiątkach utworów (w wykonaniu Szwedów brzmią jednak zdumiewająco świeżo, jako że odciążone z ładunku emocjonalnego zyskały na sile wyrazu jako hasła, elementy konstytuujące przestrzeń spektaklu). Wyabstrahowanie ze spektaklu składowych środków wyrazu i złożenie ich w nowy schemat to znane dekonstrukcji zabawy ze strukturą. Dwa bieguny narracji – kobieta i mężczyzna – i napięcie między nimi („…ty jesteś mną. Nie mogę od ciebie uciec”) było eksploatowane przez sylwetki Doppelgängerów i szaleńców. Ale chociaż Stracony dzień wykorzystuje konkretne metody i figury, przez cały czas pozostaje jednak pomysłem oryginalnym. Przez dwadzieścia minut (jeden z najkrótszych spektakli offowych) szwedzkiemu duetowi udało się nakreślić własną wizję, zaznaczyć własny sposób opowiedzenia o małej katastrofie straconego dnia. Jest to katastrofa z pogranicza katastrofy rzeczywistej i wirtualnej: stracony dzień pojawia się i jako stwierdzenie, i jako niewiadoma. Na poziomie technicznym odpowiada temu przemyślana gra świateł, wydobywająca z ciemności dwoje aktorów i oszczędną scenografię. Siłą napędową spektaklu nie jest tu ozdobność dekoracji, a choreografia, gwałtowny i dziki taniec sceniczny. Jego przeciwwagą są ściszone, pozornie kontrolowane głosy aktorów – opowieść o całkiem zwyczajnym szaleństwie straconego dnia.

Spektakl Stracony dzień sam siebie zdaje się brać ironicznie. Otwiera go długa sekwencja bezruchu przy wtórze muzyki à la marsz wojskowy w jazzowej improwizacji, a w scenie dyskotekowego tańca aktorzy zakładają maski. Lekko parodystyczne nawiązanie do tradycji teatru greckiego czy drwina z popkultury? Aktorzy zapisują tekst spektaklu kolorową kredą na czarnej tablicy. Wyrwane z kontekstu pojedyncze słowa tworzą spójną całość dopiero wtedy, gdy nadchodzi już czas, aby je zetrzeć. Moment czułej, refleksyjnej destrukcji. Gaśnie światło. Sala rozbrzmiewa głośnymi oklaskami. I nikt – jestem tego pewna – nie bił brawa wyłącznie z grzeczności.

Katarzyna Orlińska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

20 − 14 =