Katarzyna Orlińska: Von Moor i Synowie, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością

28 maja 2014

O spektaklu Zbójcy w Teatrze Narodowym w Warszawie

Zbójcy/ fot. Sławomir Kamiński

Zbójcy/ fot. Sławomir Kamiński

Rok 1782. Na deskach Mannheimer Nationaltheater, Teatru Narodowego w Mannheimie, po raz pierwszy wystawieni zostają Zbójcy. Na premierę czekano z niecierpliwością; dramat ukazał się drukiem (Schiller zrazu nie planował wersji scenicznej) – rok wcześniej i od razu podzielił grono czytelników. Premiera okazała się wydarzeniem równie kontrowersyjnym.

Warto w tym miejscu dodać, że niespełna dwa lata później Schiller, przymuszony przez troski finansowe (jego pozycja w Nationaltheater była nader niepewna), starał się o posadę sekretarza w jednym z niemieckich towarzystw językowych, tzw. Sprachgesellschaft. Stała pensja umożliwiłaby Schillerowi działalność wolnego autora dramatycznego. Po raz kolejny młody twórca przedstawił pełen idealizmu projekt, w którym wskazywał na zasługi teatru jako instytucji kształcącej na gruncie estetycznym, moralnym i społeczno-politycznym. Teatr powinien uświadamiać, jak można „znów być człowiekiem”.

Zbójcy w wydaniu Teatru Narodowego wydają się próbą przeniesienia dramatu Schillera w czasy współczesne. Taka transpozycja ma zapewne na celu konfrontację krytyki socjalnej z czasów „burzy i naporu” z obrazem dzisiejszego społeczeństwa. Spektakl Michała Zadary to podróż w poszukiwaniu wartości dodanej: co można zyskać w trybie zestawienia klasycznych konfliktów (choć rozpisanych na orkiestrę par excellence „burzy i naporu”) z obecną sytuacją? Zbójcy i zawarta w nich otwarta krytyka systemu to dzisiaj żaden shocking. Wątpię, czy komuś będzie dziś nie w smak schillerowski język, swobodnie (a momentami wręcz brawurowo) poruszający się między rejestrami patosu i wulgarności. Mało prawdopodobne również, że złamanie świętych przykazań klasycznego dramatu w ogóle zostanie jeszcze przez kogoś zauważone. Miejsc wzmożonego napięcia jednak nie brakuje. W pierwszej części spektaklu wszystko zapowiada spektakularny sukces. Zupełnie typowo urządzony gabinet dobrze prosperującej firmy Von Moor, zupełnie typowa sekretarka przynosząca szefowi sushi, zupełnie typowe fryzury, garnitury, półbuty równie typowych biznesmenów. Kontrast schillerowskiego języka (w przekładzie Michała Budzyńskiego), ekspresyjnego i tragikomicznego, z atmosferą biurowca jest wyborny; niestety, dalej już tak lekkostrawnie nie jest.

Rozumiem, że Zbójcy to eksperyment. Rozciągnięty ponad miarę, krzykliwy, zupełnie niepotrzebnie opatrzony krzywo, byle jak przyklejonymi łatkami odniesień lokalnych (w czasie jednego z antraktów członkowie bandy Moora zastanawiają się, czy wspólników powinni szukać w Wołominie, czy może na Kielecczyźnie). Wątki dramatu gubią się w głośnych przerywnikach muzycznych, a historia miłosna jest równie sztuczna i sterylna jak wielkomiejski apartament Amalii (a także gra aktorska Wiktorii Gorodeckiej – z nienaganną dykcją, ale bez cienia interpretacji). Tragiczna puenta jest już zupełnie nieczytelna, a ślad wartości dodanej widać jedynie w scenografii, dziele Roberta Rumasa. W designerskich wnętrzach z obowiązkową sztuką współczesną nie ma już miejsca na ludzkie namiętności. Cztery ściany apartamentów skutecznie ograniczają wybuchy uczuć.

„Rzygam na ten wykastrowany świat”, mówi Karol Moor. On jest jednak częścią tego świata (chociaż się przed nim buntuje), a przede wszystkim częścią dramatu. To on tworzy związki – rodzinne, miłosne, przyjacielskie. I to jego językiem mówi tekst: emocjonalnym i wyrazistym. Franciszek musi w rozmowach z bohaterami ten język jedynie udawać. Przynajmniej dopóty, dopóki nie zdobędzie odpowiedniej władzy, by przeforsować własny dyskurs. Jakie to ma jednak uzasadnienie? W oryginale Franciszek znajduje się w pozycji outsidera, pozostaje w ciągłej niełasce: nie cieszy się sympatią, czy nawet troską otoczenia, a natura spłatała mu fatalny psikus. Franciszek jest bowiem nie tylko drugim synem bez prawa do dziedziczenia, ale i zdeformowanym, cierpiącym ciałem. To właśnie popycha go do kolejnych aktów transgresji, w stronę swoistego szaleństwa czystego rozumu: z podziwu godną sprawnością retoryczną rozbiera na czynniki pierwsze i neguje więzy rodzinne, miłosne, religijne, czy nawet te wynikające z prawa naturalnego. W spektaklu Zadury zabrakło mi nie tyle owej racjonalistycznej dekonstrukcji, co monstrualnego, zniekształconego ciała Franciszka. W zamian zobaczyłam popisy sprawności eleganckiego młodzieńca w dobrze skrojonym garniturze (skądinąd dobra, acz z lekka przerysowana rola Przemysława Stippy). Rzeczywiście, zderzenie osiemnastowiecznego dramatu z polską rzeczywistością społeczną i sceniczną obnażyło przynajmniej jedną kwestię: najwyraźniej na scenie „nie wypada” pokazać brzydkiego, chorego ciała. Poprawność polityczna najwyraźniej zabrania czegokolwiek wykraczającego poza schemat anielsko cierpliwego, uśmiechniętego niepełnosprawnego. W 1781 roku Schillerowi nie wypadało pokazać mezaliansu. W roku 2014 Zadara idzie dalej, nie pokazując również niepełnosprawności. I tego absolutnie nie mogę Zbójcom wybaczyć.

 

 Katarzyna Orlińska

 

 

Reżyseria: Michał Zadura

Obsada: Wiktoria Gorodeckaja, Bartłomiej Bobrowski, Mariusz Bonaszewski, Oskar Hamerski, Arkadiusz Janiczek, Robert Jarociński, Waldemar Kownacki, Paweł Paprocki, Mateusz Rusin, Tomasz Sapryk, Przemysław Stippa, Paweł Tołwiński; gościnnie Ksawery Szlenkier, Przemysław Wyszyński

Scenografia:  Robert Rumas

Kostiumy: Julia Kornacka
Muzyka: Jacek Szymkiewicz

Reżyseria światła, projekcje wideo: Artur Sienicki

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 × four =