Katarzyna Orlińska: Zugzwang

23 stycznia 2011

Klaus Merz „Zugzwang” – autorski przekład Katarzyny Orlińskiej.


Klaus Merz, szwajcarski pisarz

„Z lekką nutą ekstrawagancji”

Pociąg intercity relacji Zurych-Mediolan stoi na peronie pierwszym. W wagonie restauracyjnym przy osobnych stolikach siedzą jacyś państwo, kelnerzy czekają.

Przez megafon zostaje ogłoszony odjazd. Uwaga, drzwi zamykane automatycznie!

W odjeżdżającym pociągu zdyszany ksiądz szuka swoich kandydatów do bierzmowania.

Podano kawę. Pasażerowie mieszają w filiżankach, podzwaniając łyżeczkami. Pociąg równo pędzi po szynach, z lewej strony jezioro, mężczyzna odchrząkuje:

– Byłem bierzmowany w 1961.

– Przepraszam?

– To jest… Ten ksiądz przed chwilą, przypomniał mi moje bierzmowanie.

– Ach, tak.

– Jest pani katoliczką?

– Nie, na Boga, bezwyznaniowa. I abstynentka.

– Wygląda pani na katoliczkę. Wokół pani oczu znać lucerneński rys. A większość tamtejszych to katolicy.

– Przykro mi, jestem rodowitą Gryzonką, chociaż wychowałam się w Lucernie.

– A widzi pani. Tego nie da się ukryć.

– Tak, w niedziele często wspinaliśmy się z ojcem na górę Pilatus. Kapelusz na głowę i słońce gotowe, zwykł mawiać. Strasznie męczyły go te masy turystów, przez cały rok w mieście. Niemcy, Japończycy, Amerykanie… Raz musieliśmy pozować do zdjęcia jakiemuś fizykowi z Kioto. Szwajcarskie dzieciaki na drewnianej kładce. Nosiliśmy wtedy czerwone płaszczyki przeciwdeszczowe, a od długiego marszu zdążyliśmy już porządnie zgłodnieć. Wbrew przypuszczeniom ojciec wdał się z tym Japończykiem w krótką przyjacielską korespondencję.

– Moja kuzynka też poznała tego swojego Amerykanina w Lucernie, w Muzeum Komunikacji. Swój nowy plecak à la tramp zostawił w skrytce przy wejściu głównym, a długie włosy związał z tyłu, żeby łatwiej spoglądać w niebo. Ciemna nieskończoność planetarium stała się zgubą ich obojga, mam na myśli oboje młodych; Urs Uranus Blättler to rezultat krótkiej chwili zapomnienia. Jutro żeni się w Melide. Zaprosił mnie jako chrzestnego. Amerykanin gościł u nas sześć tygodni, a potem została po nim tylko karteczka: „sorry for that”. Później przyszła jeszcze widokówka z Katmandu.

– Nas podróżowania nauczył ojciec, w trakcie i po drodze, trzeba powiedzieć. Był marynarzem na Jeziorze Czterech Kantonów. Na wodzie, na lądzie i z powietrza pokazywał nam najpierw najbliższą, a potem i dalszą okolicę. Tylko matka wciąż zostawała w domu, w łóżku – aż do śmierci. Podczas lotu balonem nad samym środkiem miasta musieliśmy zrzucić balast. Statek, na który zaciągnął się mój ojciec, nazywał się „Winkelried”. Ojciec wierzył w moc bohaterskich czynów, aż zmogły go przejściowe nudności. Może pan sobie wyobrazić, co to znaczy, kiedy ręka zadrży nagle nad wielkim kołem łopatkowym czy omdleje przy cumowaniu. Musiał odejść ze służby morskiej. W wieku 43 lat rozpoczął pracę w Muzeum Wagnera. Jako dozorca. Tym niemniej na szczycie Pilatusa opowiadał nam wciąż od nowa o morderczym przeciąganiu pod kilem: tak samo musi wyglądać wspinaczka na Mount Everest bez butli tlenowych, dodawał za każdym razem i spoglądał zamyślony w stronę glinianek, gdzie pod jego okiem pracowali płukacze złota.

– Pięknie tak wsiąść do rozmowy jak do pociągu. Pozwoli pani, że się przysiądę? Jako wyuczony geodeta mógłbym się wprawdzie bać – skrzywienie zawodowe, by tak rzec – wszelkiej niezamierzoności, w podróży jednak, takie odnoszę czasami wrażenie, nie ma się prawie czego obawiać. Poza domem wszyscy podlegamy przecież kołującemu systemowi, który w rejestrze rozkładów jazdy wykazany jest co do minuty. A mimo wszystko zdaje się, nie bez kozery, że w podróży wszystko jest możliwe.

– Z pewnością. Bez pana obecności oddałabym się na czas podróży całkiem innym widokom: dalekim ciągom wzgórz, skrzyżowaniom ulic, fabrykom, przydomowym ogródkom. Z lubością przelotnie zapuściłabym wzrok przez okna kuchni, izb i sypialni, gdzie zobaczyłabym cały dzienny personel, przesuwający się jak w kalejdoskopie przed oknami pociągu. Bezwiednie nasunęłoby mi to myśli o moim własnym życiu. W końcu bibliotekarka nigdy nie pozbędzie się całkiem wrażenia, że sama też jest z papieru. Ale najpóźniej po minięciu brzegów Jeziora Czterech Kantonów i tak znów szukałabym książki w bagażu podręcznym.

– Czy mogę zaprosić panią na lampkę wina? Pija pani białe czy czerwone?

Katarzyna Orlińska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five + twenty =