Katarzyna Prędotka: Moralność zza Tamizy. Zdrajcy znad Wisły

30 listopada 2015

O spektaklu Hemar. Poeta przeklęty w reżyserii Piotra Szczerskiego w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

Hemar, poeta przeklęty/fot. Grzegorz Kaczmarczyk

Hemar, poeta przeklęty/fot. Grzegorz Kaczmarczyk

Kiedyś był legendą za życia. Dzisiaj zdaje się być już nieco zapomniany. Nie jest on jedyną postacią, która pomimo ogromnego talentu i, przede wszystkim, osiągnięć życiowych czy bogactwa artystycznego, zamieszkała w społecznym lamusie zapomnianych, niechcianych czy po prostu niezrozumianych.

Marian Hemar na pewno nie był niezrozumiany, przynajmniej na początku swojej drogi artystycznej. Uważano go wówczas za cenionego i rozchwytywanego artystę. Był przede wszystkim poetą, pisarzem, ale również dramaturgiem. Jego kariera rozpoczęła się w pierwszej połowie ubiegłego wieku i trwała do końca życia, również na emigracji. W czasie PRL napisane przez niego teksty, w których wyrażał niezgodę na rządy komunistyczne w Polsce, objęte były cenzurą.” Dlatego też trzeba wyraźnie zaznaczyć – i tym samym rozdzielić, okresy życia artysty. Pierwszy trwał od narodzin (6 kwietnia 1901 roku we Lwowie), do ataku wojsk radzieckich 17 września 1939 roku. Drugi, bardziej tragiczny dla autora „Może kiedyś innym razem” trwał, od feralnego wrześniowego dnia aż do końca jego życia (11 lutego 1972 r). Poeta zmarł w Dorking w Wielkiej Brytanii.

 

Marian Hemar miał dwa życia i właśnie w tym drugim nie był do końca zrozumiany. Egzystował na obczyźnie, nie zgadzając się na status quo swojej ojczyzny. W Wielkiej Brytanii był pozornie wolny, lecz nie do końca zaakceptowany. Natomiast w Polsce, pozbawieni owej wolności rodacy Hemara rozumieli go, łaknęli jego zjadliwych, ironicznych, inteligentnych i przede wszystkim trafionych w ówczesną władzę tekstów, jednak nie mógł on wrócić do ukochanego kraju.

 

Spektakl kieleckiego teatru opowiada o tej barwnej postaci właśnie. Cała historia zaczyna się w dniu wkroczenia wojsk radzieckich do Polski i opisuje losy Mariana Hemara, które, zdecydowanie w większości, rozgrywają się  na emigracji. Piotr Szczerski, reżyser spektaklu a także autor scenariusza, przedstawił historię Mariana Hemara, nie wskazując w tej postaci żadnej skazy. Widzom ukazuje się mężczyzna prawy, walczący do ostatnich dni o wolną Polskę – jeśli nie czynem – to słowem, jeśli nie szablą – to piórem. Moim zdaniem taki sposób przedstawienia wymknął się twórcom spod kontroli, będąc finalnie wiecznie nienajedzonym potworem łaknącym coraz więcej. W moim odczuciu spektakl stał się jednak nieco przekombinowany. Widać to dobrze, gdy na scenie pojawia się duch Ryszarda Siwca, wcielony w postać Stanisława Barańczaka (Adrian Wajda). Był to kolejny element, który dawał wrażenie wciśniętego na siłę, jakby reżyser bał się, że coś może umknąć. Same sceny wydłużyły się, a  przyczyną takiego efektu była niewątpliwie przerysowana wizja całości. Najbardziej rozłożyste czasowo stały się przede wszystkim dwie części spektaklu – początek, będący jednocześnie wyraźnym wprowadzeniem, a także zakończenie.

 

Na początku widzowie mieli okazję wysłuchać koncertu Zuli Pogorzelskiej (Wiktoria Kulaszewska), Hanki Ordonówny (Beata Wojciechowska) oraz Eugeniusza Bodo (Wojciech Niemczyk) przy akompaniamencie zespołu No Name. Następnie, zgromadzeni słuchacze ujrzeli przybycie najważniejszego gościa wieczoru – Mariana Hemara, który zajechał błyszczącą gablotą wprost pod drzwi wejściowe teatru.

Później publiczność czekał jeszcze spacer „Aleją zasłużonych i zasłużonych inaczej” we foyer teatru. W tym miejscu zostały zaprezentowane rożne postaci PRL – osoby związane z partią, jak i te które zginęły w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Gościom teatru po prostu zaserwowano przemarsz pomiędzy pojawiającymi się kolejno sylwetkami (biogramy zamieszczone zostały na podświetlanych, stojących tablicach). To rozwiązanie mogło stać się ciekawym, jednak jako wystawa, a nie obowiązkowy element spektaklu. Przejście tą aleją nie pozwalało zatrzymać się choćby na chwilę, przeczytać zawartych na tablicach informacji, zastanowić się. Powodem było użycie alei jako elementu na drodze do sceny, na której rozgrywał się spektakl, a nie odrębnej całości współbrzmiącej ze spektaklem – acz funkcjonującej autonomicznie. W zdumienie wprowadziło mnie również to, co znajdowało się na drodze przemarszu pomiędzy podświetlanymi tablicami. Na podłodze umieszczone zostały nekrologi osób, których tożsamość była nieznana, owe klepsydry pogrzebowe były również wręczane widzom.

 

Jeżeli chodzi o zakończenie spektaklu – widowni ponownie zaserwowano wycieczkę tym razem odbiorcy „Hemar. Poeta przeklęty” zeszli do wyjścia poprzez boczne wejście teatru, przechodząc wąskimi schodami w dół  przy dźwiękach współczesnej muzyki punk rockowej, aż do parteru, gdzie zaczynali swoją podroż tego wieczoru. Sens tego zamiaru był zdecydowanie metaforyczny i niekoniecznie nietrafiony, jednak na pewno stał się elementem, który jeszcze bardziej przytłaczał. Zdecydowanie w tym spektaklu jest za dużo zabiegów i rozwiązań reżyserskich, co doprowadza do tego, iż widz się w pewnym momencie może zgubić i zamiast być zaciekawionym, poczuje się po prostu sfrustrowany zaistniałą sytuacją. Klamry spektaklu z pewnością pokazały, że lepsze jest wrogiem dobrego.

 

Scenografia, którą przygotował Jerzy Sitarz, była bardzo oczywista. Od samego początku pokazuje zaistniały podział, dzieląc przestrzeń na trzy obozy. Przed sceną umieszczony został drut kolczasty, żywcem wyjęty z przejścia granicznego, który ma oddzielać postaci znajdujące się na emigracji w Londynie od tych pozostałych w kraju. Natomiast w przestrzeni znajdującej się przed proscenium, publiczności ukazała się czerwień, surowa szarość instalacji, zaś po lewej stronie widowni mównica, na znaczącym podwyższeniu dla towarzyszy. Trzeba jednak przyznać, że niektóre elementy, niektóre elementy scenografii były ciekawymi rozwiązaniami. Jedno z nich to umieszczenie aktorów wcielających się w role literatów (Ewelina Gronowska, Edward Janaszek) na podwyższeniu, zdecydowanie mającym oddawać klimat ringu bokserskiego. W rezultacie na scenie, w sposób bardzo szybki, klarują się trzy grupy.  Pierwsza to obóz bohaterów – znajdujący się za charakterystycznym drutem kolczastym, drugi zrzesza pracowników partii z jej najwyższych szczebli, natomiast do trzeciego przynależą zdrajcy ojczyzny.

 

I to w spektaklu raziło przede wszystkim – radykalny podział na czarne i białe. Postaci znajdujące się wraz z Hemarem na scenie są moralnie w porządku – bez skazy, kryształowe (pierwszy obóz). Osoby po lewej stronie widowni to postaci z gruntu podłe i okrutne – między innymi Władysław Gomułka czy Bolesław Bierut (drugi obóz). I ta kwestia – według twórców, nie podlega żadnej dyskusji. Natomiast postaci po prawej to te, które stchórzyły, zaprzedały siebie, ojczyznę, a także talent i nie są warte, aby nazywać się Polakami (trzeci obóz). Pojawiający się tam bohaterowie to między innymi Władysław Broniewski, Wisława Szymborska, Konstanty Ildefons Gałczyński czy Julian Tuwim. Oprócz tego, iż przedstawienie tych postaci w taki sposób było co najmniej rażące, to również – może przede wszystkim, zasmucające i bardzo jednostronne.

 

Podzielenie sceny w tak jednoznaczny sposób, a co za tym idzie umiejscowienie konkretnych sylwetek w jej konkretnych miejscach, doprowadziło do radykalnego rozgraniczenia moralnego. Każdy, kto według twórców spektaklu miał choć trochę inny kręgosłup moralny od nich, był uznawany za osobę z wadą postawy, a w związku z tym osobę chorą, która przy okazji traciła zmysły i możliwość zdrowego – patriotycznego, myślenia – oczywiście zgodnego z linią twórców. Ten podział po prostu pomniejszył możliwość panoramicznego widzenia, wciskając postaci – a także starając się zrobić to samo z widzami, w przyciasny moralnie i poglądowo gorset. Sprawa jest tym bardziej utrudniona, ponieważ ten, kto już ubrany w owy gorset, sam się z niego nie oswobodzi. Pomoc nie nadejdzie szybko, bo każdy patrzy tylko w jednym kierunku. Co za tym idzie, nikt nie zdaje sobie nawet sprawy, że sam już jest w karbach tego przełomowego wynalazku ucisku, który równie dobrze modeluje postawę.

 

Aktorami, którzy wyróżnili się niewątpliwym błyskiem i swoistą filuternością byli: Edward Janaszek (Władysław Broniewski, Konstanty Ildefons Gałczyński, Julian Tuwim), a także Dawid Żłobiński (Marian Hemar). Ich interpretacja byłą ekspresyjna, przykuwała uwagę widza. Co ważne, pomimo dynamizmu, ich dykcja prezentowała najlepszy poziom. Aktor wcielający się w postać Hemara w pewien sposób urzekał widzów. Można było odnieść wrażenie że kontroluje on spektakl – i nie tylko ze względu na to, iż był poniekąd narratorem owego obrazu, przede wszystkim jednak snuł swoją historię dla widzów, tworząc z zaciekawionych odbiorców bliskie sobie osoby.

Trzeba jednak zaznaczyć, iż spektakl daje widzom poczucie pozornego niewywierania presji. Nie nakazuje im opowiedzenia się po jednej ze stron. Możliwym jest, iż całość miała po prostu pokazywać ówczesny stan rzeczy, bez żadnego nacechowania, a z zawarciem całej powierzchowności opinii, istniejącej w ogólnym obiegu. Jednak przedstawienie nadal – pomimo pryzmatu takiej perspektywy, nie pozostawia za dużo wyboru, ponieważ z góry narzuca to, kto jest kim i jak w nadaną rolę się wpisuje. Stając się przewrotnie formą, którą przecież część bohaterów tak zapalczywie neguje – dyktaturą. Bohaterowie nie dostali możliwości drugiego oddechu, chwili na choćby zająkniecie. Postaci były po prostu tylko kukiełkami w tym teatrzyku

 

Sam zamysł, iż widz może poczuć się jak na wiecu, jest dość pejoratywy i najpierw subtelnie – by następnie przejść w stan radykalny, pokazuje, która ścieżka poglądowa w ciemnym lesie jest najwłaściwsza. Ten obraz przedstawia widzowi niestrudzoną walkę o wolność prawdziwie kochających Polskę obywateli, głosy na temat zbrodni, jaką pozostali w kraju uczynili ojczyźnie i w końcu proroctwa o zbliżającej się karze, która dosięgnie według prawych obywateli, paktujących z diabłem zdrajców i szubrawców. O ironio, ścieżka, którą kroczyła moralność zza Tamizy okazuje się tą, która jest najbardziej wydeptana.  Lecz w tym obrazie zasmuca coś jeszcze: fakt, że bohaterowie spektaklu i ich czyny – czasem mniej moralne, czasem bardziej, stały się pretekstem do przedstawienia przez autorów swojej wizji świata, która jest bardziej niż radykalnie narodowościowa. Po gromkich oklaskach widowni można przypuszczać, iż nie są w tej wizji osamotnieni.

 

Ale kto tu jest olbrzymem a kto plującym karłem?

Gdy kaganek oświaty schodzi coraz niżej poza horyzont, największemu z ludzi plują w twarz.

 

 

 Katarzyna Prędotka

 

HEMAR. POETA PRZEKLĘTY

Piotr Szczerski

Reżyseria: Piotr Szczerski

Obsada: Dawid Żłobiński, Andrzej Plata,

Andrzej Cempura, Ewelina Gronowska,

Adrian Wajda, Edward Janaszek,

Wiktoria Kulaszewska, Beata Wojciechowska,

Mirosław Bieliński, Wojciech Niemczyk,

Łukasz Pruchiewicz, Artur Słaboń,

Edward Gola, Wiesław Jas,

Andrzej Siuda, Lech Sobura

Krzysztof Grabowski, Janusz Głogowski,

Teresa Bielińska, Dagna Dywicka,

Beata Pszeniczna, Zuzanna Wierzbińska,

Marcin Brykczyński, Ewa Józefczyk,

Piotr Szczerski (Głos Czesława Miłosza)

Muzyka: zespół NO NAME

Aranżacje muzyczne szlagierów Marana Hemara: Łukasz Mazur

Komisarz wystawy „Aleja zasłużonych i zasłużonych inaczej”: Krzysztof Sowiński

Prapremiera: 17 IX 2014 r

 

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

19 − 2 =