Katarzyna Prędotka: Rachu ciachu i…

17 grudnia 2015

O spektaklu Wrócę przed północą w reżyserii Mirosława Bielińskiego w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

Wrócę przed północą/fot. Dariusz Skrzyniarz

Wrócę przed północą/fot. Dariusz Skrzyniarz

Po pierwsze scenografia! Od tego trzeba zacząć, ponieważ ten element jest fundamentem spektaklu. W mojej opinii, to właśnie scenografia stanowiła o klimacie kieleckiego spektaklu, który balansuje na granicy komedii, ale także i horroru. Dobrze rozplanowana stwarzała po prostu niepowtarzalny klimat. Bożena Kostrzewska, jej autorka, skoncentrowała się nie tylko na detalach, ale doprecyzowała duże elementy. Widać, że wszystkie części scenografii zostały stworzone z wyobraźnią, świadomością sceny, a przede wszystkim konkretnym planem.

Deski teatralne stają się jednym pomieszczeniem – salonem, poszerzonym o drzwi do kuchni, schody prowadzące na piętro domu oraz wejście frontowe, a także okno. Wszystkie wymienione elementy rozkładu mieszkania są wykorzystywane w przemieszczaniu się pomiędzy rzeczywistością sceny, akcji tu i teraz, a tym, co wychodzi po za jej granice, rozgrywając się w  kulisach. Również wspomniane okno jest wykorzystywane w tym celu. Dzięki temu dynamika akcji sama się napędza i wykorzystuje w całości potencjał sceny oraz elementów na niej się znajdujących. Wystrój pomieszczeń nie jest bierny.

Tym samym sami aktorzy nie byli umiejscowieni tylko na proscenium, zamknięci w przestrzeni jednej części sceny. Pomimo iż scenografia ograniczała przestrzeń do jednego pomieszczenia, aktorzy wychodzili poza nią, wykorzystując cały obszar sceny, wraz z jej specyficznie umieszczonymi miejscami na scenie których oczy widza nie są w stanie dostrzec od razu.

Sam spektakl miał zaskakiwać i właściwie pod tym względem do sztuki nie można mieć zastrzeżeń. Jednak w czasie całego przedstawienia było zbyt mało elementów stopniujących napięcie. Co ważne, w spektaklu obecna była muzyka (opracowanie muzyczne Paweł Piotrowski)  świetnie współgrająca z klimatem dreszczowca. Widać to dobrze w scenie nagrywania przez Jenny (Ewelina Gronowska) na dyktafon, spostrzeżeń odnośnie domu i tego jak się w nim czuje oraz jakie nieprzyjemne wydarzenia miały w nim miejsce. W tej sekwencji światło powoli gaśnie, aż na scenie pozostaje jeden snop skierowany wprost na aktorkę. W międzyczasie słychać coraz intensywniejsze dźwięki, które podbijają napięcie.

O komedii omyłek wiadomo wiele, jednak – horror omyłek? Cóż, może to być określenie na wyrost. Jednakże zerkając choćby na plakat spektaklu, oprócz prostego przekazu w obrazie (ręka z zakrwawionym nożem), potencjalny widz zauważa dwa słowa: horror, komedia. Ciężko sprecyzować przedstawiony na scenie kieleckiego teatru gatunek; zawęzić go do słowa, lub dwóch. A określenie komedio-horror niewiele wnosi do zrozumienia definicji gatunku, jaki został zaprezentowany publiczności. Co pewne – nie jest to teatr noir. Jeżeli chodzi o anturaż, zdecydowanie bliżej spektaklowi do filmów klasy B i specyficznych dla tego rodzaju wątków, a także samego rozwinięcia fabuły. Jednak nie można łączyć samego spektaklu z opinią o wątpliwej jakości filmów z tego gatunku.

Owszem, nie wszystkie elementy były na najwyższym poziomie; sama sztuka nie okazałą się majstersztykiem jeżeli chodzi o formę. Jednak na pewno poszła w dobrym kierunku. Zdecydowanie ten gatunek pozwala na wiele więcej w przedstawieniu. Można śmiało wyjść poza ramy konwencji i scenę teatru. Po prostu stworzyć coś, przy czym widz nie czuje się jak by był w teatrze, choć zasiada na jego widowni. Na  parędziesiąt minut przechodzi w inny wymiar rzeczywistości obrazu i zapomina o tym. Może czuć się w pewien sposób gościem planu filmowego, a na pewno zjawiska niespotykanego na co dzień w teatrze. Będąc w zupełności zadumany. Ta lekkość rozwiązań, ich przestronność oraz wielość wynika z możliwości nawiązań i inspiracji jakie dają obrazy filmowe tego rodzaju. Wrócę przed północą to bez wątpienia trudna sztuka, a miejsce jej wystawiania – scena teatru, serwuje swoim realizatorom niejedną szansę na potknięcie.

Zdecydowanie jednak „horror omyłek” wymknął się spod kontroli reżysera, Mirosław Bieliński. W niektórych momentach zabrakło pomysłów na niektóre sceny, by następnie oczom widza ukazały się fragmenty mocno przeładowane gagami, jak i różnymi elementami grozy. Odniosło to skutek odwrotny do zamierzonego. Spektakl stał się po prostu nierówny.

Sami aktorzy wpisani w koncepcje i zamysł na formę spektaklu, trzymali się mocno przypisanej konwencji, przez co grali jednowymiarowo. Wynikiem tego było dość płaskie przedstawienie postaci, co sprawiło, że ciężko było dostrzec zaangażowanie aktorów w poznanie motywacji swoich postaci. Jednak w obsadzie znalazł się ktoś, kto niestrudzenie, acz lekko, w każdym geście i kwestii pokazywał, iż można podejść do swojego bohatera w sposób ciekawy. Jednocześnie czerpiąc z jego charakterystyki wszelką inspiracje dla wykształcenia końcowego efektu jej przedstawienia, który widać na scenie. Tym aktorem był Janusz Głogowski wcielający się w rolę Georga Willowby.

Według mnie spektakl w całości odbiera się dobrze. Jednak martwi niewykorzystany potencjał jaki tkwi w historii. Są momenty które przerażają, owszem, jednak na końcu spektakl przechodzi w elementy farsy. Istne rachu ciachu i po strachu.

Katarzyna Prędotka

 

WRÓCĘ PRZED PÓŁNOCĄ (oryginalny tytuł: I’ll be back before midnight)

Peter Colley

Reżyseria: Mirosław Bieliński

Tłumaczenie: Bogusława Plisz – Góral

Obsada: Ewelina Gronowska,

Beata Wojciechowska,

Łukasz Pruchiewicz,

Janusz Głogowski

Opracowanie muzyczne: Paweł Piotrowski

Reżyseria światła: Paulina Góral

Scenografia: Bożena Kostrzewska

Kostiumy: Klara Kostrzewska

Prapremiera: 5 XII 2015

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

two − one =