Katarzyna Prędotka: Troll na glinianych nogach

26 grudnia 2015

Opowiadanie świąteczne

Nie był wysoki. Co czyniło zeń człowieka-karła raczej, niźli mężczyznę o budowie wiadomej. Jednak, co bardziej znaczące, w oczach ludzi od razu był skazywany na opinię tego, co to nie jest zbyt miły, a na kolegę – jeżeli takowego miał, też może donieść. I nie były to nietrafione opinie. Wręcz przeciwnie! Śmiało mogę rzecz, iż nawet osoba na co dzień odznaczająca się umiejętnością trafienia w cel poniżej normy, wypowiadając te słowa – jednocześnie będąc zwolennikiem tej opinii, rozbijała przysłowiowy bank. A wystarczył jeden zwrot: toż to konus! Kobiety za nim nie szalały, kobiety przed nim uciekały.

Hm… Dziwne więc wydawać się może, iż ja, człowiek roztropny i bardziej niż raczej inteligentny, utrzymywałem kontakty z wyżej opisaną personą. Co raczej non grata niż z polotem jest. Otóż z relacją męsko – męską w tym przypadku było inaczej. Po prostu mężczyźni ze swej natury potrafią spędzać czas w milczeniu. Stąd też różnego rodzaju wspólne wyjścia. Zawsze w tej samej aurze błogiej ciszy; skądinąd, przerwanie jej tłumaczone było nagłą i straszliwą w bólu chorobą wrzodową, bądź co gorsza, zawałem serca.

I tak razu pewnego wybraliśmy się wespół do teatru. Pomimo iż w mieście każdy z bliskich znajomych miał już plany na wieczór i tym samym nie mógł się ze mną udać na to wydarzenie, postanowiłem nie iść sam. Tak więc, zatelefonowałem do dalszego znajomego właśnie, z okolic podmiejskich i poinformowałem o wydarzeniu, co w jego słowniku przybierało nazwę iwentu. Mowa tu oczywiście o Panu, o którego opis pokusiłem się chwilkę wcześniej. Winien jestem jednak dodać jedną znaczącą rzecz do przedstawionej charakterystyki. Ów przyjaciel mój, a pewniej znajomy dalszy, był dość osobliwy w swoich osądach, przekonaniach oraz – co najgorszym jest, w głoszeniu ich jak również, w braku zgody na konfrontację poglądów sprzecznych do jego zdania. On ma zawsze rację. Oczywiście bardziej mu było w prawo niż w jakimkolwiek innym kierunku. Działo się tak, gdyż busola wszczepiona w jego skamielinę moralną zwaną kręgosłupęm utknęła w miejscu i nie drgnie – ni chu, chu. To chyba zmęczenie materiału, bo nie chce mi się wierzyć w taką głupotę, a raczej jej żywy przykład w najczystszej formie. Esencja zacietrzewienia. Mocna jak wywar wytworzony z połączenia pewnych substancji uznanych za używki, a zwany w niektórych miejscach czajem. I tak, oni mają wywar z kilku uzależniających specyfików, a Pan Konus ma zacietrzewienie, bo on ma opinie. Jedną, taką samą, niezmienną! A która to, jak się okazuje, równie silnie uzależnia.

Ale do rzeczy…

Dotarliśmy do teatru. Nie powiem że było łatwo. Tytuł spektaklu „Barwa mego życia. Niby nic, a jednak. Ledwo usłyszał, już zrodziła się w jego głowie teoria na temat tytułu. I on nie pójdzie! Powód? Wyczytał w broszurce, że w spektaklu o czerwonym mowa. I nie chciał, nie chciał – bo on czytał bo on wie, że tragedia, że prowokacja. Rzecz jasna tylko czytał, więc wiedzę na ten temat miał całościową i obszerną, a co najważniejsze, dogłębną – wręcz fundamentalną!

W końcu jednak poszedł. O dziwo, bez opaski na oczach! Przecież trzeba wiedzieć co nadaje wróg; to jedyny powód według mnie, który tłumaczy zgodę na obejrzenie przez Pana Konusa spektaklu.

Przez całą sztukę śledziłem więc gdzie ta czerwień zdradziecka. I tylko o niej słyszałem, gdyż bohaterka – jedna z głównych, za barwę swego życia uznała czerwień. Patrzyłem również na swego, nomen omen, towarzysza i w jego oczach i postawie wręcz całej też, wyczytywałem wzmagające się w tempie szybkim zaciekawienie.

Na końcu tylko, gdy kobieta postanowiła targnąć się na własne życie – i aby zrealizować wyznaczony cel, ugodziła się ostrzem w swe serce; zabijając tym samym to co kochała, czerwień; po jej piersi małym strumyczkiem spłynęła krew. Krew czerwona! Czerwień zdradziecka! Spoglądam szybko na swego rozmówcę. Czy co zrobi, czy wstanie w akcie protestu wychodząc ostentacyjnie; że czerwień zdradziecka po piersi Polki spływa. Lecz nie, on dalej się wpatruje wraz z zaciekawieniem i zapartym tchem wyczekuje finału.

Zdziwiony jak i ucieszony z faktu nawrócenia w normalność, oglądam dalej. Po spektaklu wychodząc zapytałem, bardziej kierowany ciekawością niż chęcią rozmowy.

 – I jak?

– Wyborny i czerwoności nie było. Acz zbyteczne te monologi o czerwonym. Nie widzę nawiązania.

Na co ja:

– A krew? Nie widziałem żebyś się rozjuszył. Czyli bierzesz spektakl z całym dobrodziejstwem inwentarza?

– Jaka krew?!

Już chciałem odpowiadać, lecz wtedy sobie przypomniałem, że towarzysz mój niezdiagnozowanym, ale jednak jest daltonistą.

Teraz już wiem, odczułem to na własnej skórze. Żyję w świecie w którym percepcja niweluje istotę poglądu, idei i formy przekazu. Odtrącając przy tym wszelką dyskusję i polemikę. Różnorodność dogorywa  ślepo deptana.

Chwilę później…

Wróciłem do domu. Pomyślałem, że to w sumie zabawne, że on nie odróżnia tych kolorów; kiedyś jak przejdzie nierozważnie na czerwonym świetle, uzna to raczej za coś dobrego – ciesząc się, że mu się udało, aniżeli domniemany zaplanowany atak na jego życie. I co najważniejsze, nie będzie snuł tych swoich czerwonych teorii spiskowych.

O ile oczywiście to przeżyje…

Życzę zdrowia i pozdrawiam!

Katarzyna Prędotka

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ten + 5 =