Maja Mroczkowska: O dzienniku Salvadora Dali, Waszego najpokorniejszego sługi

9 października 2013

W miejsce recenzji podstawiono montaż asocjacyjny.

Dziennik geniusza/ materiały wydawnictwa

Dziennik geniusza/ materiały wydawnictwa

Jestem geniuszem i wiem o tym.
Bez kokieterii, bez przymusu, bez sensu, bez wątpienia. Po prostu.
Właśnie taki jest dziennik Salvadora Dali, zapiski od 1952 do ‘63, jedenastoletni kadr geniuszu w wielu odsłonach.

Megaloman stop Zmanierowany stop Perwersyjny stop Bezczelny stop Ekshibicjonista stop Histeryk/Paranoik stop Przebrzydły

Ta depesza nie ma końca. Więc STOP.

Megaloman. To nie tak. Czytając Dziennik, odnoszę wrażenie, że to nie Dali jest skupiony na własnej doskonałości, geniuszu i możliwościach, ale jest zupełnie tak, jakby to one były skupione na nim, a on mimowolnie jedynie znajdował się w strefie ich wpływów. Zbyt szczery jest jego zachwyt nad samym sobą, by posądzać go o próżność. Dali traktuje swój geniusz jak rzecz zastaną, pewien depozyt, rzecz do wypełnienia, jak namaszczenie. To nie my wybieramy powołanie, przecież to ono wybiera nas, czyż nie? Wczytanie planszy: albo zostajesz bohaterem albo drzewem. Nie warto, ach, nie warto się sprzeciwiać. Dlatego tak przekonująco-rozbrajające są zdziwienie i zachwyt artysty wobec samego siebie, postanowiono mi być geniuszem, a mnie się to podoba, tyle. (Czyż nie właśnie za owe swoiste poczucie boskiej królewskości tak uwielbiamy króla Juliana?) Megaloman nie nazywałby siebie pokornym sługą swoich odbiorców. Najpokorniejszym. Autor Dziennika czyni ze swojego geniuszu jakby sprawę „osobiście publiczną” (stąd też osobliwie hybrydyczną), bowiem nie przestaje podkreślać pragnienia służby. Chcę służyć! – oj, inaczej wołał Lucyfer. Ujawnia się tu nabyta po katolicku ortodoksja: kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą (Mt 20,26). O, ewangeliczna recepto-wytrychu do wielkości! Łeb komercji ukręcony. Amen!

Zmanierowany. Zmanierowany to jest ktoś, kto się zgrywa, kogo przejrzy byle papierek lakmusowy, komu wytyczyć można wykres zachowań ze zmienną niezmienną, na czerwono. Taki, co gdzieś w części potylicznej głowy, a może i bliżej, jednak wie, że nie jest prawdziwy, że nie nadmucha się ciężarków, nie oszuka się wagi. I nawet, jeśli ma swoje powody, czy tam uzdolnienia, jakoś tam pamięta, że przede wszystkim należy pozostać człowiekiem. Pamięta nawet, że już zapomniał. A Dali – jest niezmiennie zmienny, jego geniusz sam go zaskakuje. To jest tak, jakby krawężnik sam podchodził, żeby się o niego (Dalego) potknąć. I on wie o tym i poddaje się temu słodkiemu wygrzmotnięciu. Staje się niezrównoważenie, staje się paranoja, staje się wszystko, staje upadkiem.

Czy nikt z was nie chciałby czasem podjechać kabrioletem z piętrzącymi się na tylnim siedzeniu stertami świeżutkich kalafiorów? Nie chodzi o wrażenie, nie bądźmy gwiazdorsko-przyziemni. Kalafiory – because I can. Geniusz się o mnie potknął.

Perwersyjny. To zależy od motywacji. Od podboju irracjonalności do mistycyzmu nuklearnego. Nie twierdzę, że warto upaść za nisko. Twierdzę, że różnie bywa, ale liczy się katharsis. Sam Dali formułuje takie zdanie, iż nawet jego zachwyca i niezwykle porusza ta kolej losu, wedle której Duch Święty (tak, TEN Duch Święty) odnalazł go i poprowadził od dawnego haniebnego zezwierzęcenia, najniższych instynktów aż do miejsca najgłębszej ascezy i mistycyzmu. Dali zaczytywał się w dziełach mistycznych św. Jana od Krzyża, wykuwając przy tym i, niejako, uzyskując dodatkowe potwierdzenie swojej wcześniej już sformułowanej tezy, że prawdziwe poruszenia dusz i umysłów o atomowej mocy mogą rozlać się na świat jedynie z Hiszpanii. Może więc droga do nuklearnego wymiaru mistycyzmu prowadzi przez doświadczenie równie nuklearnego bagna perwersji, której rzeczywiście nie brakuje we wczesnym okresie twórczości artysty. Duch wieje, kędy chce.

Bezczelny. Dobrze to ujął pan przedmową książkę „opatrujący” (Michel Deon): Trudno powiedzieć, co bardziej należałoby tu podziwiać: szczerość w nieskromności czy nieskromność w szczerości. Czyli – jakby nie było, proszę panów i pań – podziw w ruch!  Ta-dam. Jest bowiem coś rozbrajającego w tym, jak Dali wywodzi się np. na temat własnej fizjologii. Łączenie opisu ekskrementów z refleksją na temat ascezy przychodzi mu zupełnie naturalnie i bezpretensjonalnie. Sacrum płynnie przechodzi w profanum, a w zasadzie miesza się z nim w jakiejś niesłychanej fuzji, o którą trudno się gniewać. Jest w tym coś na kształt dziecięcej niewinności, słodkiej bezradności wobec prawideł konwencji. Plus + minus – równa się = nieforemny zachwyt.

Ekshibicjonista. Owszem, lubi Dali rozważania o ekskrementach, ranach w kącikach ust przeistaczających się w jakby rybią łuskę, muchach obsiadających ciało, fantazje o pośladkach dyktatorów. Jednakże jesteśmy w drodze do mistycyzmu o wymiarze nuklearnym, która wiedzie przez całkowite ogołocenie i zaciemnienie, przez przemienienie rozumu w wiarę, pamięci w nadzieję, porzucenie wszystkiego, zapomnienie wszystkiego, skrajne zaprzeczenie sobie i pogardę względem własnych spraw. Zapięliście pasy? To rewolucja dla ludzkiej zmysłowości, to biologizm popełniony na delikatności. Tylko moment, czym był smak? A co to delikatność? Jak mogę mieć szansę, żeby pamiętać to, co boskie, skoro nie zapomniałem tego, co jest ludzkie? Czy zapomniałeś już?

Histeryk/Paranoik. Gdyby nie odwaga przekroczenia siebie z rozmachem, nie byłoby metody paranoiczno-krytycznej. Dali ma odwagę do skrajnej asocjacji. Zaszyte w śnieżnobiałych brzuszkach łabędzi granaty, które, wybuchając, rozczłonkowują je z całym rozmachem (rozrzutem) majestatycznej makabry. Przerażające piękno. Czy to jeszcze piękno? Czy jest piękno w Sodomie? – pytał kiedyś Iwan Karamazow. (…)?

Przebrzydły. Zależy. Zależy, co pamiętasz. Który zestaw pojęć, który wariant, który smak, którą drogę. Prawo jazdy. Kategoria B czy L. I… to jak w końcu z tym pięknem?

Maja Mroczkowska

Salvador Dali Dziennik geniusza. Wydawnictwo L&L. Gdańsk 2002.

 

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

12 + 6 =