Małgorzata Kowalska: Bliscy Nieznajomi, odcinek czwarty

27 kwietnia 2011

o Europejskich Spotkaniach Teatralnych Bliscy Nieznajomi.

In extermis / materiały teatru

W ubiegłym tygodniu zakończyły się w Poznaniu czwarte Europejskie Spotkania Teatralne Bliscy Nieznajomi. Motywem przewodnim tegorocznej edycji było hasło Herosi i Heroiny, wymyślone przez samego dyrektora Teatru Polskiego w Poznaniu – Pawła Szkotaka. We wszystkich przedfestiwalowych wywiadach podkreślał on, że w dzisiejszych czasach ludzie bardzo potrzebują mitów i bohaterów, a ponieważ ludzie są różni i mają różne gusta, tak i herosów podczas Bliskich Nieznajomych można było spotkać wszelakich. Zaserwowano widzom przegląd epok, zachowań, poglądów. A słowo „europejskość” w nazwie projektu zostało potwierdzone przez gości z Rumunii, Czech, Słowacji i Ukrainy.

Posługując się formą teatralnego pseudodziennika (z założenia subiektywnego, więc opinii w nim zawartych, nie należy brać sobie do serca!), który prowadziłam w czasie festiwalu, cofnę się teraz do samego początku…

 

11 kwietnia, poniedziałek: Abelard i Heloiza

Doczekaliśmy się kolejnej edycji Bliskich Nieznajomych. Dla poznaniaków to bez wątpienia ważny punkt na mapie kulturalnej miasta, wszak niewiele w ciągu roku mają okazji zobaczenia spektakli pozalokalnych. Tegoroczny festiwal zapowiada się obiecująco, co można śmiało stwierdzić po jego pierwszym dniu. Wydarzeniem otwierającym projekt był spektakl Teatru im. Wilama Horzycy z Torunia „In Extremis” Historia Abelarda i Heloizy w reżyserii Iwony Kempy. Już przed rozpoczęciem przedstawienia, gdy publiczność tłoczyła się we foyer, rozlegała się w teatrze średniowieczna melodia religijna, która wprowadzała w nastrój dziwnie podniosły, ale i tajemniczy. To uczucie pogłębiała główna konstrukcja scenograficzna, czyli ogromny, podświetlony krzyż z tyłu sceny. Na podstawie dramatu angielskiego pisarza Howarda Brentona, który z kolei wykorzystał wątki historyczne, toruński zespół przedstawił opowieść rodem z XII-wiecznego Paryża. Z jednej strony ukazano szaloną i zakazaną miłość Abelarda (Tomasz Mycan) i Heloizy (Matylda Podfilipska), a z drugiej – dramatyczny spór na poglądy i racje, gdzie ortodoksyjny Bernard z Clairvaux (Sławomir Maciejewski) walczy z Abelardem – wyznawcą myśli arystotelesowskiej. Trójka głównych aktorów stworzyła kreacje silnie umotywowane, jednak najmocniejszym ogniwem okazał się Sławomir Maciejewski w roli despotyczno-groteskowo-kontrowersyjnego mnicha. Silnym punktem tego spektaklu był humor, ale nie taki, który opiera się wyłącznie na „rzucaniu mięsem” – i całe szczęście. Dużo tu łamania iluzji i wychodzenia poza główną scenę – Bernard chowa się w pustej loży, zakonnicy wchodzą przez drzwi na widowni, a czasem też przez nią przebiegają. Intrygujący okazał się ponadto zabieg zapalonego światła, który głównie w momentach nauk Abelarda dawał poczucie, że widzowie są jego uczniami i słuchaczami. Średniowieczna opowieść zaprezentowana przez artystów z Torunia, była tylko pretekstem do rozmowy i refleksji nad dzisiejszym podejściem do wolności słowa, poglądów oraz tolerancji. Reżyserka starała się przekazać, że tak naprawdę stosunek człowieka do człowieka i polemika światopoglądowa trwają do dziś. I z wielu takich sporów również współcześnie nie ma jednego, dobrego wyjścia. Herosem/heroiną w tej sytuacji według Kempy należy nazwać człowieka, który mimo świadomości klęski, nie popełnia samobójstwa, ale walczy dalej. Dopełnieniem przedstawienia była bardzo ciekawa dyskusja, która miała miejsce zaraz po zejściu aktorów ze sceny. Prowadził ją znany krytyk teatralny Łukasz Drewniak.

 

12 kwietnia, wtorek: Don Kiszot

Drugi dzień festiwalu na pewno nie będzie moim ulubionym. Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka z Warszawy zawitał do Poznania ze spektaklem Don Kiszot w reżyserii Macieja Podstawnego. Podstawą dramaturgiczną był tu tekst Mateusza Pakuły, który historię Rycerza Smętnego Oblicza znacznie uwspółcześnił. Tytułowy bohater (Adam Ferency) to warszawski bezdomny, wycofany, trochę wariat, który na Dworcu Centralnym próbuje przekazać pewnie coś ważnego światu, ale świat nie chce go słuchać. Monologi trafiają w próżnię. Jego kompan Sancho (Dobromir Dymecki) też go właściwie nie rozumie, stąpa twardo po ziemi i ma w sobie dużo ironii, a ukochana Dulcynea (Klara Bielawka, Anna Kłos-Kleszczewska) okazuje się zwykłą prostytutką, która nijak nie pasuje do ideału Don Kiszota. Widownia została w tym spektaklu ustawiona na scenie, a pole gry znacznie ograniczone – dla pierwszych rzędów bohaterowie byli na wyciągnięcie ręki. Wykorzystano ciekawy zabieg – co pewien czas pokazywano nagrane fragmenty performensów aktorów, którzy wyszli na spotkanie prawdziwym warszawskim bezdomnym, aby porozmawiać o Don Kiszocie, o wariactwie. Starali się także zainteresować historią Don Kiszota ludzi przy wejściu do metra czy w kolejce do McDonalda, jednak słuchacze nie wykazywali chęci poznania czy refleksji. Poczucie bezradności i wycofania, które ukazano na scenie, zostało potwierdzone przez projekcje z warszawskiej ulicy. Nie można odmówić temu przedstawieniu pomysłu, właściwie całkiem niezłego ale niestety z jego realizacją było już dużo gorzej. Historia się nie kleiła, widzowie ziewali, Don Kiszot Ferencego był bardzo sztuczny. Śmiech wywoływały tylko rzucane na prawo i lewo przekleństwa – bardzo niski humor. A jeśli ktoś z widzów, miał (podobną do mojej) nadzieję, że to, czego nie zrozumiał w czasie spektaklu, wyjaśnią mu twórcy podczas dyskusji, to niestety srodze się zawiódł. Ani aktorzy, ani reżyser nie mieli nic sensownego do powiedzenia, a często po prostu nie rozumieli stawianych pytań. Wróciłam do domu z poczuciem zmarnowanego wieczoru.

 

13 kwietnia, środa: Elektra

To był dzień rumuński. Przy wejściu dostaliśmy słuchawki, co przynajmniej dla mnie (pewnie wstyd się przyznać) było swoistym novum – mój debiut widza zagranicznego spektaklu. Byłam bardzo ciekawa pomysłu reżysera Mihai Măniuţiu (z Teatru Narodowego im. Radu Stanca z Sibiu w Rumunii) na antyczną historię Elektry. W przypadku starożytnych mitów popularną tendencją jest ich uwspółcześnianie i upolitycznianie. I o ile na pierwsze z tych określeń aktorzy zgodzili się w trakcie dyskusji, o tyle od drugiego zdecydowanie się odcinali. Publiczności została zaprezentowana zgrabna fabuła, która tak naprawdę obyłaby się bez tekstu dramatu. Uwspółcześnienie historii opierało się na ukazaniu świata ludzi z marginesu, ludzi bezdomnych, do których przyłączyła się Elektra. A błąd Klitajmestry i Ajgistosa polegał na tym, że wyszli poza pałac – w tym momencie byli zgubieni, obowiązywały już inne zasady, rytualne. Najważniejszym elementem tego przedstawienia (kusi mnie określenie – widowiska) była muzyka grana żywo przez zespół Iza oraz towarzyszące jej folklorystyczne pieśni i tańce. Zrobiło się ludowo. Muzyka stała się właściwie narratorem, komentatorem całej akcji. Rumuńska Elektra to spektakl oparty na symbolach, wykorzystywał proste rekwizyty, ale niejednoznaczne – na przykład błękitny koń na biegunach, który w różnych sytuacjach pojawiał się na scenie. Publiczność zdawała się zachwycona, oklaskom nie było końca. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz – czy widzów zainteresowała historia Elektry i Orestesa mierzących się z przeznaczeniem, czy po prostu porwała ich widowiskowa strona spektaklu?

 

14 kwietnia, czwartek: Winnetou

Na półmetku festiwalu miało miejsce przedstawienie przez wszystkich chyba najbardziej oczekiwane. Bilety rozeszły się jak świeże bułeczki, a wejściówek nawet nie brano pod uwagę. Ten dzień należał do Teatru Dramatycznego z Wałbrzycha, który przyjechał do Poznania z Sorry, Winnetou w reżyserii Piotra Ratajczaka. Spektakl został zrealizowany w ramach wałbrzyskiego projektu Znamy, znamy do kwadratu, który podejmuje próby rewidowania i demitologizowania mitów oraz ikon popkultury. Podczas pierwszej części przedstawienia czułam się trochę, jak w kinie, wszak odgrywał się na moich oczach western z prawdziwego zdarzenia. Było wszystko, co najpotrzebniejsze: kowboje, Indianie, walki na pistolety i łuki, niewola oraz obowiązkowe motywy muzyczne. Spełnienie marzeń (podobno) każdego chłopca, który zaczytywał się opowieściami Karola Maya. Dla mnie – dobra zabawa. Ale ten miły nastrój skończył się w chwili, gdy miało dojść do braterstwa krwi. I nagle okazało się, że złapaliśmy się na chwyt teatru w teatrze, a historia Winnetou miała jedynie posłużyć Kierownikowi ośrodka dla uchodźców w wykorzystaniu unijnych funduszy na przedstawienie. Aktorzy grający kowbojów i Indian pozbyli się stylizacji i ukazali widzom, jako pokrzywdzeni przez polski rząd cudzoziemcy, którzy od lat starają się o obywatelstwo. Atmosfera zabawy minęła, zrobiło się bardzo gorzko. Bo przecież życie tych ludzi jest dużo bardziej skomplikowane, niż życie granych przez nich postaci. Różnice kulturowe, waśnie z przeszłości – nie znikają. I niestety górnolotne idee o braterstwie wszystkich ze wszystkimi mogą się sprawdzić jedynie w wymyślonej historii – zdają się mówić twórcy. Na szczególne uznanie zasługuje praca Matyldy Kotlińskiej, której scenografia przeniosła nas w prawdziwie Dziki Zachód, a wjazd pociągu (z obowiązkowo buchającą parą) mnie osobiście zachwycił.

 

15 kwietnia, piątek: Janosik

Dziś nastąpiła tendencja spadkowa. Żałuję, bo dużo po tym spektaklu oczekiwałam, biorąc pod uwagę, jak znakomite teatry przy nim pracowały: Divadlo Drak z Hradec Králové w Czechach, Teatr Lalka z Warszawy i Staré Divadlo Karola Spišaka z Nitry na Słowacji. Czesko-polsko-słowacki projekt pod tytułem Jánošík Janosik Jánošík to kompilacja trzech osobnych przedstawień podejmujących temat legendarnej postaci Janosika. Ideą było pokazanie, jak funkcjonuje mit tego zbójeckiego bohatera w trzech sąsiednich państwach. Z wybranych przez każdego z reżyserów (Jakub Krofta, Łukasz Kos, Ondrej Spišák) fragmentów powstał twór bardzo dziwny i przynajmniej dla mnie – dość ciężkostrawny. Swoisty miszmasz, który przez pierwsze pół godziny był nawet momentami zabawny, po godzinie zrobił się męczący. Za dużo wszystkiego – rekwizytów, rozwiązań scenograficznych, dźwiękowych, pomieszania estetyk. Za dużo chaosu na scenie. Podejrzewam, że każde z tych przedstawień grane oddzielnie (w całości) w rodzimych teatrach może być zupełnie dobrymi spektaklami. Ale ten, skądinąd bardzo ciekawy w swym zamyśle, projekt do mnie niestety nie przemówił.

 

16 kwietnia, sobota: Edyp

Gości z Odessy na Ukrainie występ pierwszy. Zobaczyliśmy na scenie antycznego herosa, bodaj tego najtragiczniejszego, który próbował przechytrzyć przeznaczenie, ale ono go w końcu i tak okrutnie dopadło. Edypa w reżyserii Dmitri Bogomazowa na pewno długo nie zapomnę. Dobrze znana fabuła została tu przybrana w niezwykłą formę – Teby zamieniono w muzeum, a postaci w greckie posągi. Stylizacja była tak znakomita, że momentami trudno było odróżnić aktorów od rzeczywistych posągów na scenie! Przeważa jeden kolor – biel, ale czasem dla kontrastu spuszczana jest czarna kotara, a gdy fatum dopada Edypa, z góry spływają czerwone zasłony. Aktorzy wykonują bardzo wyraziste gesty, chodzą sztywno, ale do rytmu. Pieśni chóru zostały zastąpione przez układy choreograficzne ludzkich posągów, które są komentarzem do sztuki. Edyp w miarę postępu akcji staje się coraz bardziej człowiekiem, aż w końcu porzuca posągową naturę i ukazuje się w ostatniej scenie już jako istota z krwi i kości, oślepiona okrutnie przez samego siebie. Zachwyca przede wszystkim niezwykła plastyczność tego spektaklu oraz harmonia gestów i muzyki.

 

17 kwietnia, niedziela: Medea, Hamlet

No i festiwal dobiegł końca. Na ostatni dzień zaserwowano widzom podwójną dawkę teatralnych doznań. Pierwszym spektaklem były Sytuacje wg „Medei” w reżyserii Bartłomieja Wyszomirskiego (Teatr im. S. I. Witkiewicza w Zakopanem) zagrane wyjątkowo w Teatrze Ósmego Dnia. Medea to kolejny zwrot w stronę antyku i dobrze znanego mitu. Jeśli ktoś oczekiwał zaskoczenia czy oryginalnej interpretacji, to wyszedł z przedstawienia niezadowolony, ale jeżeli ważniejsze były emocje i tzw. „klimat”, to efekt chyba osiągnięty. Prostokątny podest to główna konstrukcja scenograficzna, na nim też dzieje się akcja, bohaterowie po skończonej scenie schodzą i siadają obok. Sześciu aktorów – dwie kobiety i czterech mężczyzn. One to postać Medei, obie zupełnie różne, ale bardzo wyraziste. Oni grają Jazona na przemian z innymi rolami i nieszczególnie się wyróżniają. W tym spektaklu główną rolę gra słowo, wszelkie gesty czy rekwizyty (kamienie, woda, piasek) są bardzo symboliczne. Najważniejsza jest Medea i jej cierpienie. Teatr dosyć surowy, ale nie można mu odmówić atmosfery i gry na emocjach. Szkoda tylko, że nie wnosi ze sobą głębszych przemyśleń interpretacyjnych.

Ostatnim festiwalowym herosem okazał się Hamlet, czyli druga propozycja Bogomazowa i Teatru z Odessy. Niestety trochę się zawiodłam, bo o ile Edyp zachwycał wizualnie i ponadto niósł jakąś głębszą myśl (znów to błaganie o interpretację historii), o tyle Hamlet tylko zachwycał wizualnie. Przez sporą część spektaklu po prostu ściągałam słuchawki i napajałam się widokiem scenografii oraz kostiumów postaci. Znów były biel i czerń, znów były kotary, znów aktorzy w zjawiskowej charakteryzacji i strojach. Poza tym uwagę zwracała ogromnych rozmiarów czaszka – najważniejszy element drugiej części spektaklu. Moim ulubieńcem pozostanie bez wątpienia mim, który przedstawiał morderstwo ojca Hamleta – zrobił to mistrzowsko! A sam Hamlet (Jakow Kuczerewski)? Niestety najsłabsze ogniwo w całej ukraińskiej realizacji.

 

Podsumowując: w głowie na długo pozostanie mi Heloiza ze swoją niezłamaną postawą, a także wspomnienie podrygujących nóg do melodii zespołu Iza, wspomnienie wjeżdżającego na scenę pociągu oraz fenomenalna ukraińska plastyczność. O wariacjach na temat Janosika i Don Kiszota wolę zapomnieć. Ponadto dochodzę do wniosku, że nie poczułam po tym festiwalu tego, o czym zapewniał Paweł Szkotak. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że współcześnie patetyczne miana herosów i heroin wcale nie są potrzebne. Raczej staję po stronie wałbrzyskiego spojrzenia na sprawę.

Małgorzata Kowalska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

9 + 8 =