Małgorzata Tomczak: Musicalowy Fredro, czyli nieklasyczna klasyka

11 maja 2011

o spektaklu Śluby panieńskie w reż. W. Kościelniaka z Teatru PWST w Krakowie.

Śluby panieńskie / materiały teatru

Śluby panieńskie to chyba najczęściej wystawiany dramat Aleksandra Fredry znany prawie tak dobrze, jak jego Zemsta, która na swoje szczęście lub nieszczęście stała się lekturą szkolną. Który teatr w swojej historii nie wystawiał lub chociaż nie myślał o wystawieniu tej komedii romantycznej. A jeszcze niedawno mieliśmy okazję oglądać na ekranach kin film Filipa Bajona zrealizowany na jej podstawie.

Niech nikogo jednak nie zwiedzie, że dramat jest już dawno „przerobiony” i „oklepany”. Studenci IV roku Wydziału Aktorskiego specjalności wokalno-estradowej krakowskiej PWST w swoim spektaklu dyplomowym udowadniają, że przedstawienia Ślubów panieńskich wciąż jeszcze mogą zaskakiwać atrakcyjnością formy.

Spektakl w reżyserii Wojciecha Kościelniaka Śluby wg Aleksandra Fredry można śmiało nazwać musicalem – całkowicie śpiewany, co chwila przeplatany układami choreograficznymi. Reżyser w luźny sposób traktuje postacie z dramatu – przypisuje im nowe osobowości lub wręcz dodaje nowych bohaterów.

Mimo że znajdujemy się w polskim romantycznym dziele, bohaterowie, cały czas będąc w fabule Ślubów, wcielają się w postacie ze znanych bajek. Mogą być z tego względu niezrozumiałe ich niektóre zachowania, jednak gdy odkryje się ten baśniowy klucz, ciekawie jest obserwować i zgadywać kim jest Klara, a kim Aniela, nie będę zatem tego przedwcześnie zdradzać. Zaskakująca jest postać Jana (w tej roli Patryk Kośnicki), który z drugoplanowego kamerdynera stał się jednym z najwyraźniejszych elementów spektaklu. Swoimi ruchami i sposobem mówienia (choć nie śpiewania) przypomina raczej muchę lub pająka, niż służącego. Doskonale współgra to ze scenografią – po białych płachtach, które porozwieszane są prostopadle do sceny, co chwila drepczą nieco odrażające robaki (może stonogi) będące projekcjami z rzutnika. Stale podczas spektaklu towarzyszy nam poczucie, jakby wszystko działo się w pajęczej sieci, którą stanowią snute przez bohaterów intrygi oraz nici niesprzyjającego losu, krępujące ich poczynania.

Nie znaczy to jednak, jakoby spektakl miał być wyrazem turpizmu. Kolorowe światła, układy choreograficzne oraz inne drobne elementy scenografii naprawdę cieszą oko.

Koniecznie parę słów trzeba poświęcić młodym aktorom, których zaprezentowanie jest przecież głównym celem wszystkich spektakli dyplomowych. Otóż ja, wychowana na warszawskiej szkole aktorskiej, ilekroć oglądam aktorów świeżo po krakowskiej PWST, lub jej studentów, dostrzegam wyraźnie inny styl gry. Odnoszę wrażenie, że, o ile warszawska szkoła idzie tropem Stanisławowskiego realizmu, o tyle krakowska kieruje się raczej konwencją komedii dell’arte czy Meyerholda. W ich spektaklach wyczuwa się spójną konwencję, która, prawdopodobnie narzucana z góry, widoczna jest w ruchach i gestach każdego aktora. Ich zachowanie jest nie naturalne, lecz charakterystyczne, jakby nie bali się bawić formą, jakby nie próbowali wzbudzić iluzji, że oto wcale nie są w teatrze i nie próbują zrobić atrakcyjnego przedstawienia. Odważnie szukają teatralności, chciałoby się rzec, czystej formy. W ten sposób znajdujemy w klasycznym Fredrze człowieka-muchę, pełzające robaki, przerysowaną mimikę i gesty aktorów. Osobiście, jestem zwolenniczką tej nienapuszonej „zabawy w teatr”. Do tego trzeba dodać, ze studenci specjalności wokalno-aktorskiej śpiewają naprawdę znakomicie. Nie jest to już nawet styl piosenki aktorskiej, ale doskonała uczta muzyczna. Uważam, że ze spektaklu powinna zostać nagrana płyta z piosenkami, by następnie trafić na półki empików.

Jedyną rzeczą, jaką można zarzucić spektaklowi jest to, że pewne kwestie aktorów stają się niesłyszalne. Nie jest to bynajmniej wina dykcji, lecz szybkiego tempa muzycznego, w jakim prowadzony jest spektakl. I tu drugi mankament – mimo, że forma jest bardzo atrakcyjna, przez cały spektakl jest praktycznie niezmienna. I, tak jak na początku siedzimy oszołomieni tym, co możemy widzieć i czego słuchać, w środkowej części nasz entuzjazm nieco stygnie. Widzom dobrze zrobiłaby jakaś zmiana nastroju i tempa, by na koniec znów móc wejść w zenit swoich emocji.

Trudno nie stwierdzić, że Ślubów prawie-absolwentów PWST nie powstydziłby się żaden teatr muzyczny w Polsce, a i niejeden teatr dramatyczny chciałby mieć je w swoim repertuarze. Konwencja jest bardzo wyraźna, a zarazem oryginalna. Wszystko dzieje się w jakimś baśniowym świecie, przy czym uniwersalność fabuły jest wciąż wyczuwalna.

Oryginalne, z pomysłem, dobrze zagrane, świetnie zaśpiewane, przemyślane. Bardzo dobre.

Małgorzata Tomczak

 

Śluby Teatr PWST

Reżyseria: Wojciech Kościelniak
Muzyka: Piotr Dziubek
Scenografia: Damian Styrna
Choreografia: Janusz Skubaczkowski, współpraca: Beata Owczarek
Przygotowanie wokalne: Justyna Motylska

Spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego, specjalność wokalno-aktorska.
Występują:
Adriana Kalska
Karolina Kazoń
Kornelia Maraszek
Anna Terpiłowska
Magdalena Wrani-Stachowska
Dawid Kartaszewicz
Patryk Kośnicki
Mateusz Mikoś
Piotr Szekowski

Premiera: styczeń 2011 r. Scena im. St. Wyspiańskiego.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

15 + 13 =