Marcin Miętus: Jesteśmy pełni miłości jak wanna piany

9 grudnia 2014

O spektaklu Wężowisko w Teatrze Nowym w Krakowie

Wężowisko/materiały prasowe

Wężowisko/materiały prasowe

Na stronie internetowej Teatru Nowego czytamy, że spektakl Janusza Marchwińskiego to historia kryminalna, która staje się opowieścią o poszukiwaniu tożsamości. Więcej w Wężowisku jednak komedii niż kryminału, a sama zagadka (jeśli o takiej w ogóle można mówić) wydaje się być jedynie pretekstem do sportretowania kilkorga ludzi poszukujących szczęścia, starających się na swój sposób wpasować w nie zawsze przychylne im otoczenie.

 

Jedną z bohaterek jest Zo (Marzena Ciuła). Obserwujemy ją przerzucającą stertę kolorowych ubrań jeszcze przed rozpoczęciem właściwej akcji. Jej sypialnia: lustro, wieszak na ubrania, łóżko w otoczeniu butelek po winie i wódce, nocny stolik, a na nim wściekle dzwoniący telefon. Na widowni gasną światła, Zo podnosi słuchawkę. Nie jest dla rozmówcy zbyt miła, jej ton wyraża: „odpieprzcie się wszyscy ode mnie”. Ma prawo do złości – nie żyje jej ojciec, a media nie dają jej spokoju. Jeden z portali plotkarskich wymienia ją jako podejrzaną w sprawie jego śmierci.

 

Pierwszy epizod Wężowiska wprowadza nas w fabułę bardzo czytelnie. Zofia (dla przyjaciół Zo) to córka pisarza, który zginął w niewyjaśnionych (jeszcze) okolicznościach. Przed śmiercią opublikowana została jego autobiograficzna powieść z czasów młodzieńczych, zawierająca wątek homoseksualny. Jest to historia z czasów Powstania Warszawskiego, utwór wzbudza więc kontrowersje. Zo bardzo nie podoba się fakt, że jej ojciec po śmierci stał się ikoną homoseksualistów i kolejnych rozpraw naukowych. Jej wyrzuty kierowane są więc w stronę przyjaciela – doktoranta polonistyki Shiny’ego (Kamil Błoch), pracującego do niedawna dla jej ojca w charakterze rehabilitanta. Ich rozmowa to w większości zabawne docinki, gra charakterów. Ona jest trochę zblazowaną diwą z mężem, kochankiem i przyjacielem gejem. On w futrze i modnych okularach wydaje się dobrze czuć w roli słuchacza. Paląc papierosa przez ozdobną lufkę, czasem coś mądrego przyjaciółce doradzi (na przykład, czy ubrała dobre buty lub czy sukienka nie jest za krótka). Zofia uważa, że homoseksualizm jej ojca to wymysł mediów, w zabójstwo też nie chce wierzyć. Próbując rozwikłać zagmatwany los, jaki ją spotkał – popijając drinka za drinkiem – dywaguje wraz z Shiny’m na temat fikcji, prawdy i roli, jaką przyszło w środowisku gejowskim odegrać jej ojcu.

 

Reżyser Wężowiska Janusz Marchwiński, ku uciesze zgromadzonych widzów, rozprawia się z dyskursem akademickim quuer i gender, bardzo ostatnio modnym. Echo słynnych wystąpień na temat życia prywatnego Marii Konopnickiej czy doszukiwaniem się homoseksualnych relacji Rudego i Zośki z Kamieni na Szaniec pobrzmiewa w Wężowisku ironicznie, ale z nutą gorzkiej konstatacji. Dla bohaterów przedstawienia silenie się na takie kontrowersje lub użycie czyjegoś mienia do celów promocji książki to znak, że człowiek się już dla nikogo nie liczy. Marchwiński miał się czym inspirować. Ile to pisarzy, mających żony, skrywało swój homo- lub biseksualizm, który po ich śmierci został niejako zawłaszczony przez niektóre środowiska. Iwaszkiewicz, Lechoń, Gombrowicz – wszystkie te nazwiska padają zresztą w spektaklu.

 

Na drugim biegunie znajduje się Filip (Kamil Rodek), egzaltowany siedemnastolatek, „bardziej kochający pedalską kulturę, niż pedalski seks”. Jest indagowany przez diagnostyka policyjnego (Norbert Burkowski), ponieważ okazuje się, że był w domu pisarza w czasie jego śmierci. Filip, zanim dojdzie do opowieści o relacji łączącej go ze starszym mężczyzną, wywlecze światu (a przy okazji bogu ducha winnej, bardzo zróżnicowanej widowni Teatru Nowego) mnóstwo skarg dotyczących stereotypowego patrzenia na gejów i lesbijki. Ma również w zanadrzu kilka komentarzy na temat dzisiejszych artystów oraz ludzi zainteresowanych kulturą. „No bo kto tworzy sztukę współczesną? Przecież nie heterycy, zajęci na co dzień zabawą w dom!” – mówi bohater z przekąsem. Niektóre sformułowania młodego homoseksualnego rebelianta są trafne i zabawne, inne bywają przebrzmiałe i banalne. Choć należy pamiętać, że słowa należą do nieopierzonego nastolatka, pełnego buntu, ale też egzaltacji, więc może takie uczucia wywoływać powinny. Zresztą chłopak ma wyraźne tendencje do konfabulacji, na pierwszy rzut oka to jeden z tych, co lubią zwracać na siebie uwagę. Wobec indagatora zachowuje się prowokacyjnie i wyzywająco. Z przesłuchania w pewnym momencie uczyni mini-show na kształt gejowskiej burleski, albo opowie ubraną w kostium mrocznego koszmaru historię o wizycie w „parku pederastów”. Jego wyznania po pewnym czasie nabierają posępnej aury, wbrew zapewnieniom widać w nim duże rozgoryczenie rzeczywistością i pragnienie bycia akceptowanym.

 

Momenty „przesłuchań” przeplatają się ze scenami w sypialni Zo. Po dłuższym czasie rozmów kobieta jest już kompletnie pijana (próbuje nawet „uwieść” Shiny’ego), jednak z w pewnym momencie z niesamowitą ostrością wypowiada to, co tak naprawdę ją gnębi. Po nocy spędzonej na komisariacie do ich wspólnego domu wraca Filip. Jest wyraźnie zmęczony, rozmowa z diagnostykiem policyjnym musiała go sporo kosztować. Zrobił to jednak na własne życzenie – zgłosił się bowiem sam. Reżyser nie do końca przekonująco motywuje ten gest chłopaka. Skoro musiał się przed kimś wygadać, nie mógł tego zrobić przed przyjaciółmi?

 

Ostatnia scena przejmuje dzięki wykrzyczanemu w piersi Filipa monologowi Zo. To ich pierwsze i jedyne spotkanie w tym spektaklu, prawdę powiedziawszy mam wrażenie, że tej relacji twórcy poświęcili trochę za mało czasu, aby móc ukazać przekonującą więź . Chcę jednak wierzyć, że posiadają oni nić jakiegoś wewnętrznego porozumienia, że noszą podobną skazę (pomijając fakt, że łączy ich przede wszystkim strata ważnego w ich życiu człowieka). Nie mogę tego niestety powiedzieć o Shiny’m. Jego rola uprzednio sprowadzona przede wszystkim do komediowej (wypowiadane afektowanym tonem aforyzmy pokroju: „Jesteśmy pełni miłości jak wanna piany!”) powinna w takiej konwencji pozostać, bez niepotrzebnych deklaracji o utraconym uczuciu.

 

Na tylnej ścianie wisi lustro w pięknej, złotej oprawie. Jednak jest ono czarne, nie odbija rzeczywistości. Podobnych roszczeń nie ma na szczęście spektakl Marchwińskiego. To przerysowana komedia z domieszką tak zwanych małych dramatów. Reżyser dokonuje kilku ciekawych konstatacji z życia mniejszości seksualnych oraz jej odbioru przez niekiedy wrogie, dziś chyba jednak bardziej otwarte i pozytywne otoczenie. Jak przystało na taką konwencję teatralną, na końcu przychodzi czas na „wyznanie grzechów”;  jednak bohaterowie nie doznają oczyszczenia. Ostatnie zdanie wypowiadane przez Filipa sugeruje powrót do dawnego porządku, pogodzenie się z losem. Wszystko toczyć będzie się po staremu: nowe miłości, przygodny seks, wzloty, upadki. Twórcy nie mają na celu być głosem uciemiężonych homoseksualistów, zwracać się do widzów ex cathedra (niczym z przymrużeniem oka potraktowani doktoranci i profesorowie). To dość groteskowy, ale i smutny portret kolejnej garstki osób w morzu ludzi poszukujących szczęścia.

 

Marcin Miętus

Joanna Oparek, Wężowisko

reżyseria: Janusz Marchwiński

scenografia: Łukasz Błażejewski

muzyka: Paweł Harańczyk

światło: Wojciech Kiwacz

Obsada: Marzena Ciuła, Norbert Burkowski, Kamil Błoch, Kamil Rodek

tagi: | Wersja do druku | |

Jeden komentarz do Marcin Miętus: Jesteśmy pełni miłości jak wanna piany

  1. Al, 14 grudnia 2014 o 13:01

    Wydaje mi się, że autor recenzji trochę popłynął w swojej egzaltacji. Doszukiwanie się jakichś głębszych metafor, jakiegoś rozprawiania się z modnym queer czy gender, jakieś podpisywanie monologów jako spowiedź to lekka przesada i brak jakiegokolwiek trafu. Spektakl był przeciętny. Uratowała go Marzena Ciuła, której rolę popsuł aktor odgrywający postać Shiny’go – powodował nudne i pozbawione jakiegokolwiek sensu suspensy, przerwy, zacinał się i milił tekst. Nie powinno łączyć się zdolnej aktorki z pomysłem na rolę i jasną jego realizacją z aktorem (bo wnoszę, że jest pan Kamil jest aktorem), który traktuje to jako zabawę i kolejny melanż w stylu całkowitego niedbalstwa… A monologi Filipa z Panem z Policji są przerysowane, groteskowe i czasem męczące. Jest ich za dużo. Mają za dużo informacji. Zbędnych informacji. Ale młody chłopiec, który jeszcze wiele powinien się nauczyć. Na pewno być asertywnym w tym, co robi i jak widzi swoją rolę. Każdy ma swojego mentora, ale czasem mentor też się myli albo przelewa swoje pragnienia na młodego aktora.

    Tekst sztuki jest bardzo dobry, wymaga wg mnie wielu poprawek, ale natury estetycznej. Na pewno obsada to element, który powinien ulec zmianie. Oraz zmienić bardzo irytujący zabieg z początku sztuki, kiedy to Zo paraduje pomiądzy kulisami a sceną z ciuchami, które rzuca na łóżko. Bezsens całkowity. Lepiej może by było, gdyby nagrać np. informacje z dzienników telewizyjnych, które mówią o śmierci jej ojca, a ona siedząca w rozkładzie emocjonalnym pije. Cokolwiek, co nie sprawi, że widz będzie się czuł, jak ofiara własnego biletu. Widz jest widzem, kiedy jest traktowany godnie. Nie jak głupek.

    Ogólna ocena sztuki – 4-. Wszystko dzięki pani Marzenie Ciule i tekstowi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

20 − 14 =