Marcin Miętus: Planeta, na której wszystko jest możliwe

7 lipca 2016

O spektaklu Solaris w reżyserii Wojciecha Kościelniaka w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Solaris/mat. archiwalne

Solaris/mat. archiwalne

Przed wygaszeniem świateł i rozpoczęciem spektaklu na skraju łóżka znajdującym się na proscenium siedzi młoda kobieta w czarnej sukience. Trzyma w dłoniach dwie piłki – czerwoną i niebieską. To symbole dwóch słońc, wokół których krąży planeta Solaris, gdzie wyląduje główny bohater spektaklu i powieści Lema psycholog Kris Kelvin.

Kelvin (Grzegorz Mielczarek) pojawia się na scenie w czarnym kombinezonie i kasku. Obserwujemy jak nerwowo krąży po swojej kabinie, której ramy wyznaczają białe, podświetlane przy pomocy jarzeniówek framugi drzwi. Interesująca scenografia Damiana Styrny ogranicza pole gry aktorów, co z jednej strony buduje (zapewne pożądane) poczucie klaustrofobii, a z drugiej wymusza konwencjonalność ich gry. Bohaterowie Solaris, żyjący na statku kosmicznym, przemieszczają się między niewidzialnymi kabinami, w których obrębie zachodzi większość interakcji między postaciami.

Nad sceną, niczym planeta, unosi się wielka papierowa kula. Wyświetlane na niej projekcje budują często kolorystykę i klimat danej sceny. Dominuje poetyka snu, może nawet koszmaru, co zresztą potwierdzi niespodziewane przybycie Harey (Agnieszka Kościelniak), żony Kelvina, która niegdyś popełniła samobójstwo, za które mężczyzna czuje się odpowiedzialny. Wszyscy wokół zachowują się dziwnie, duszna atmosfera obłędu zaczyna również wpływać na głównego bohatera. Wydarzyć się może wszystko, bo na Solaris wszystko jest możliwe.

Najciekawszym pomysłem reżysera Wojciecha Kościelniaka, odpowiedzialnego również za adaptację, jest uczynienie z Oceanu osobnego bohatera. Wspomniana na wstępie, ubrana w czarną sukienkę Aneta Orlik i kreowana przez nią postać, tak naprawdę zdaje się odpowiadać za wiele działań pracowników stacji badawczej, wchodząc z nimi w rozmaite interakcje. Jej ekspresyjny taniec i nieprzewidywalne zachowanie stanowią ciekawy kontrapunkt dla aktorów, poruszających się raczej w dość sztywnej konwencji. To Oceanw pewnym sensie materializuje bolesne wspomnienia Kelvina, a także pogłębia poczucie kompletnej niemocy Harey, stając się na chwilę jej sobowtórem (a może to właśnie Harey powtarza jej gesty?). Dobrze wypada moment, w którym Ocean rozwiesza sukienki ze wzorem znanym z dzieł Mondriana na pustych framugach naznaczając kolejne miejsca jej obecnością.

Udało się z powodzeniem przemycić Kościelniakowi do Solaris pewne elementy musicalu, gatunku teatralnego, w którym reżyser wyraźnie czuje się najlepiej. Odnajdziemy je w drugoplanowej postaci Dzikiej, mówiącej i śpiewającej w obcym języku. Mocny, przejmujący głos Eweliny Przybyły, współpracującej zresztą z Kościelniakiem na tej samej scenie przy spektaklach Bracia Dalcz i S-ka oraz Ziemia obiecana, wnosi do spektaklu ciekawą jakość. Ważnym spoiwem, budującym napięcie w spektaklu jest muzyka Piotra Dziubka, również stałego współpracownika Kościelniaka. Po pewnym czasie ogranicza się ona jednak do podbijania głównie elementów lirycznych, których w spektaklu znalazło się sporo.

Wyeksponowany wątek miłosny stanowi niestety największy problem przedstawienia. Jest on mało przekonujący i po pewnym czasie relacja Kelvin– Harey zamiast nęcić zaczyna zwyczajnie nużyć. W tej, idącej niestety na skróty, adaptacji zabrakło również filozoficznej warstwy, która stanowi siłę najsłynniejszego dzieła Lema. Podjęty w spektaklu problem obcej formy inteligencji oraz jej relacji z człowiekiem nie wybrzmiewa, a towarzyszące widzom w pierwszych minutach przedstawienia poczucie tajemnicy i odosobnienia szybko ulatuje. Aktorzy grają wyrazistymi środkami i z pewnością można docenić ich, również emocjonalne, zaangażowanie, lecz nie wszyscy zdają się do końca odnajdywać w konwencji zaproponowanej przez Kościelniaka. Mam wrażenie, że postaci sceniczne nabierają niepotrzebnego konkretu, stając się stereotypowymi figurami – wygłaszającego specjalistyczne wykłady naukowca, ubrudzonego smarem wariata alkoholika, wreszcie niezbyt niestety przekonującej famme fatale. Trochę niepotrzebne wydało mi się również wprowadzenie postaci Chłopca w słomkowym kapeluszu, którego historię o muzeum z pytaniem-puentą „a po co to wszystko?” można złośliwie potraktować jako motto spektaklu.

Marcin Miętus

Solaris, reż. Wojciech Kościelniak

na podstawie powieści Stanisława Lema

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

premiera: 25.06.2016r

scenografia: Damian Stygma

muzyka: Piotr Dziubek

kostiumy: Bożena Ślaga

obsada:

Ocean: Aneta Orlik

Harey: Agnieszka Kościelniak (PWST)

Dzika: Ewelina Przybyła

Sartorius: Rafał Dziwisz

Kelvin: Grzegorz Mielczarek

Snaut: Tomasz Wysocki

Chłopiec w słomkowym kapeluszu:   Kacper Ziółkowski

/:  Oliwier Walas

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four × 2 =