Marek Skrzetuski: Uroki Teatru (staro)Polskiego

4 maja 2011

O spektaklu Cyd w reżyserii Ivana Alexandre’a w Teatrze Polskim w Warszawie.

Cyd / fot. Krzysztof Bieliński

Ostatnimi laty nieczęsto słychać było o wzorcowych, teatralnie autentycznych wykonaniach klasyki dramatu. Zalani zostaliśmy masą mniej lub bardziej udanych adaptacji, reinterpretacji czy unowocześnień. Reżyserzy z pasją kreślili tekst, uwspółcześniali bohaterów, na gwałt szukali teatralnych zastosowań dla nowych technologii – słowem czynili wszystko, by wydobyć z dramatu kwestie ponadczasowe, ukazać ich uniwersalizm. Tymczasem zespół Teatru Polskiego w Warszawie swoim najnowszym spektaklem udowadnia, że klasyka – w pełnym tego słowa znaczeniu – nie musi być nudna ani anachroniczna dla współczesnego widza.

Już po swoistym wstępie do sztuki, w którym aktorzy odwołują się do pierwszego polskiego wystawienia Cyda sprzed prawie 350 laty, nie ma wątpliwości w jakiej konwencji spektakl będzie utrzymany. Sposób gry, scenografia, kostiumy, mimika – wszystko to nawiązuje do siedemnastowiecznego pojmowania teatru. Ale jednocześnie nie ma w żadnym z tych elementów nic, co wykraczałoby ponad niezbędne minimum dla zobrazowania historii i przede wszystkim wydobycia zawartej w niej idei. Każdy gest, wykorzystany kolor, sposób akcentowania słów, każdy wydech, pauza czy krok sceniczny ma więc swoje znaczenie, a jednocześnie jest tylko dodatkiem, uwypukleniem słów dialogu.

A dialogi są nieprzeciętne. Wszak to one decydowały i wciąż decydują o sile dramatu, który wieki temu stworzył Pierre Corneille, porzucając na ich rzecz nadmiar scenicznego ruchu i pobocznych wątków. W takiej sytuacji głos pełni funkcję szczególną – to on dynamizuje sytuacje, to on ma za zadanie chronić widzów przed monotonią. I z tak postawionego zadania aktorzy wywiązują się w pełni. A że pomagać sobie w tym mogą jedynie szalenie teatralnymi gestami, tak występujący, jak i widzowie muszą zupełnie przestawić swoje myślenie z trybów realistycznego teatru. Dodatkowy krok, wyciągnięty miecz, uniesiona dłoń – występują na tyle rzadko, że zawsze stają się gwałtownymi przełomami. Czymś pozornie drobnym, co porusza zarówno zastygłe nad sceną powietrze jak i publiczność na widowni.

Nie znaczy to, że do spektaklu należy podchodzić zbyt poważnie, surowo. Konflikt między uczuciem a honorem, opisany w sztuce Corneille’a, ma przecież również wymiar tragikomiczny. Dla dzisiejszego widza efekt ten zaś bardziej jeszcze potęgowany być może napuszeniem dworskiego życia, przesadą tkwiącą w średniowiecznych obyczajach. Pewną wyniosłością epoki, pod maską której znaleźć można kpiący wizerunek ludzkich przywar, chorej dumy, niezdrowej chytrości czy przerośniętego ego.

Pochwalić należałoby właściwie cały zespół – i aktorski, i techniczny. W pierwszej kolejności oczywiście odtwórców ról Roderyka i Szimeny – Pawła Krucza i Martę Kurzak. Oboje w sposób niesamowicie sugestywny skaczą między emocjami targającymi bohaterów. Po Roderyku widać więc przepełniającą go mantrę oddania się pod karzący miecz ukochanej. Szimena, nie umiejąc jak jej kochanek podjąć jednoznacznej decyzji, bije się między dostojeństwem – gdy przychodzi jej spełnić swój obowiązek wobec zabitego ojca, a rozpaczą – gdy myśli jak strasznym przeżyciem dla niej spełnienie tego obowiązku by było. Oboje jako młodzi, świeżo upieczeni aktorzy z dyplomem warszawskiej Akademii Teatralnej, zapowiadają się doskonale.

Obsady ról dostojników – króla oraz ojców pary głównych bohaterów – dokonano w sposób doborowy. Każda z postaci nabiera więc cech stricte indywidualnych, podkreślających ich charakter i rolę w dramacie. Don Gomes swą posturą i sztywnością rozpycha się w dumie, don Diego szybkością myśli pokazuje, że zręcznie potrafi wiele zasugerować swemu rozmówcy, zaś król stawia się łatwo ponad tym wszystkim – ale nie bezmyślnie, lecz sprytem i rozsądnym rozeznaniem we własnej pozycji – co doskonale słychać w jego głosie. Także salon ról drugoplanowych, zdominowany przez kobiety w szerokich sukniach i o pobielanych twarzach (bardzo dobre role zarówno Infantki, jak i dworek), wprowadza ciekawą i zabawnie ckliwą perspektywę. Bohaterowie przerzucają się celnymi, nieraz zaskakującymi uwagami, w przemyślany sposób wprowadzając do pozornie tragizujących dialogów komiczne pointy.

Poszczególne sceny, mimo ich minimalizmu (a może właśnie za jego sprawą?), są sugestywne. Najlepszym przykładem jest chyba moment sporu nad krwawym czynem Roderyka, podczas którego czerń ubioru don Diega silnie kontrastuje ze śnieżnobiałą czystością szaty Szimeny. Zresztą wszystkie kostiumy przygotowane zostały doskonale, uwzględniając ducha epoki. I choć widz w akcję wciągany jest stopniowo, powoli przyzwyczajając się do tej szczególnej konwencji, w pewnej chwili podchwyca wszystkie reguły rządzące tym (dość długim, przyznać trzeba) spektaklem. Co pozwala cieszyć się nim w pełni.

Cyd zasługuje na miano sukcesu reżyserskiego (warto zauważyć, że roli tej podjął się Francuz Ivan Alexandre), ale także koncepcyjnego nowej dyrekcji Teatru Polskiego. Jakkolwiek paradoksalnie to nie zabrzmi, specyficzna konwencjonalność tego spektaklu jest na artystycznej mapie stolicy czymś szczególnym, wręcz nowatorskim. Czymś, co naprawdę warto zobaczyć.

Marek Skrzetuski

 

Pierre Corneille „Cyd”
Przekład: Jan Morsztyn

Reżyseria: Ivan Alexandre
Adaptacja: Piotr Kamiński
Asystent reżysera: Joanna Grabowiecka
Dekoracje: Antoine Fontaine
Kostiumy: Dorota Kołodyńska
Reżyser światła: Piotr Pawlik

Osoby:
Diego: Olgierd Łukaszewicz, Roderyk: Paweł Krucz, Gomes: Marcin Jędrzejewski, Szimena: Marta Kurzak, Sankty: Wojciech Czerwiński, Elwira: Ewa Makomaska, Król: Antoni Ostrouch, Księżniczka: Anna Dereszowska, Martyna Kowalik, Leonora: Grażyna Barszczewska, Paź: Maria Semotiuk, Alonso: Maksymilian Rogacki, Arias: Paweł Ciołkosz.

Premiera: 29 IV 2011, Teatr Polski w Warszawie

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

three × 1 =