Marek Skrzetuski: Wszyscy jesteśmy Wiarołomni

10 grudnia 2010

Zrecenzowanie dobrego spektaklu często sprawia trudności. Gdy występ był nieudany, recenzent może pozwolić sobie na uszczypliwości, wytykanie błędów czy święte oburzenie nieudolnością obsady i reżysera. Ale gdy spektakl wykonany jest ze wszech miar poprawnie, aktorzy grają tak, jak powinni, a wszystko składa się w zgrabną i udaną całość – o czym ciekawym tak naprawdę można napisać?

Maja Ostaszewska i Władysław Kowalski / fot. Stefan Okołowicz / materiały prasoweProblem w tym, że spektakl „Wiarołomni”, wystawiany w TR Warszawa, serwuje nam po prostu solidną dawkę dobrego teatru. I tu recenzję można by zakończyć, gdyby nie to, że warsztat na to nie pozwala. W dużym stopniu jest to zasługa ciekawego scenariusza, napisanego przez – uznawanego za mistrza gatunku psychologizującego – Ingmara Bergmana. Reżyserowi Arturowi Urbańskiemu trzeba jednak oddać honor za to, że umiejętnie wzbogacając tekst scenicznie, potrafił nie zepsuć tak dobrego materiału. Co w przypadku polskiego teatru zdarza się ostatnio nagminnie.

Obsadzie nie można nic zarzucić – aktorzy kreują swoje postacie z wyczuciem. Sami zdają się ulegać stopniowemu szaleństwu, które ogarnia bohaterów ze sceny na scenę. Ale nie takiemu, które doprowadza człowieka do kaftana bezpieczeństwa ? o wiele gorszemu szaleństwu dnia codziennego, regularnie powtarzanych zdrad, drobnych i wielkich kłamstw. Jedni zaskarbiają sobie sympatię widzów, podczas gdy drudzy głęboką niechęć. I nagle, bez ostrzeżenia, następuje przewartościowanie. Chciałoby się to wszystko zakwalifikować w opozycji czarne-białe. Akcja, choć barwna, w istocie oferuje nam wiele niedookreślonych odcieni szarości.

Spektakl dociera głęboko i choć z początku niepozornie opiera się na stereotypach, gładko przekracza kolejne granice, łamie tabu, aby w długiej końcówce ostatecznie zdekonstruować pozory normalności. Gdy wydaje się już, że postacie po długich cierpieniach osiągnęły choćby drobinę pewności, jakąś formę absolutu, kolejna katastrofa łamie im charaktery. Nic tu nie jest pewne – i nic pewnym być nie może.

Realizacja warszawskiego TR-u dobrze oddaje pewną nutkę oniryzmu, za którą tak ceni się filmy Bergmana. Widz do końca nie wie, czy opowiadana historia jest prawdziwa. Ogarniać go mogą nawet wątpliwości, czy aktorka (Maja Ostaszewska), z którą rozmawia reżyser (w tej roli Władysław Kowalski), nie jest może tylko wytworem jego wyobraźni, personifikacją ubarwionych latami niepamięci wspomnień. A jednak psychologiczny konflikt między dwojgiem przyjaciół (Redbad Klijnstra, Adam Woronowicz) wciąga, niezależnie od jego realności. Czasem konfunduje, czasem bawi – ale gdy na scenę wkracza dziewięcioletnia Isabelle najbardziej pokrzywdzona, a jedyna pozbawiona winy – śmiech ten staje się okropnie gorzki.

Akcja kończy się długo i poniekąd skończyć się nie może. Przyznać trzeba, że ta gęsta atmosfera długiej kulminacji (budowana także za pomocą muzyki i świateł) dla niewprawionego widza może być męcząca. Także sama gra może być chwilami przez niektórych odebrana jako nadmiernie prowokacyjna. Nie ma w tym jednak przesady – wszystko, co się na scenie dzieje, jest uzasadnione, każda gwałtowność, krzyk czy nutka perwersji. Jeśli by doszukiwać się jakichś jeszcze wad, to ewentualnie zarzucić by można drugoplanowym kreacjom pewną uproszczoną formę, w jaką są wtłaczane – charakterologicznie i wizerunkowo. Nie wpływa to jednak w żaden sposób na akcję – a może i ułatwia nieco odbiór tego, co w prezentowanej historii jest najistotniejsze.

Krótko mówiąc: jeśli oczekujemy od teatru by zmusił nas do rzeczywistej refleksji i nie boimy się spojrzeć na samych siebie w bardzo niekorzystnym świetle, to „Wiarołomni” będą słusznym wyborem. Trzeba być jednak gotowym na zimny prysznic, fundowany nam przez Bergmana, a łamiący wszelkie pozory stabilności, którym dotychczas wierzyliśmy. Ci, którzy wolą pozostać w błogiej nieświadomości, niech raz jeszcze rozważą, czy na pewno chcą ten spektakl obejrzeć.

Marek Skrzetuski

Ingmar Bergman
„Wiarołomni”
w przekładzie Tadeusza Szczepańskiego

reżyseria: Artur Ildefons Urbański
scenografia: Magdalena Maciejewska
muzyka: Hanna Kulenty
reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski
kostiumy: Anna Nykowska-Duszyńska
obsada: Maja Ostaszewska (aktorka Nowego Teatru), Magdalena Kuta, Maria Maj, Agnieszka Podsiadlik, Karolina Dafne Porcari, Redbad Klijnstra, Władysław Kowalski, Lech Łotocki, Adam Woronowicz, Aniela Nykowska / Lena Czaplicka

premiera: 2010-01-31, TR Warszawa

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

1 + sixteen =