Marek Skrzetuski: Za dużo Hiszpanii w Hiszpanii

1 lipca 2011

O spektaklu Strzeż nas, Santiago (de Cuba), zwieraj szyk, Hiszpanio! w reż. Eduardo Navarro z Wyższej Szkoły Sztuk Dramatycznych w Kastylii i Leónie w Valladolid

Gdyby ktoś zapytał, jaki gatunek reprezentuje sztuka wystawiana przez studentów Wyższej Szkoły Sztuk Dramatycznych, trudno byłoby o jednoznaczną odpowiedź. Nie jest to tragedia, w ramach tragikomedii również się nie mieści. Nie da się jej zakwalifikować w pełni jako farsy, nie jest również groteską, pomimo wielu specyficznych akcentów. Do tego wszystkiego dochodzi znacząca rola muzyki, śpiewu, ruchu. Gdyby zaś zapytać, czy spektakl ten ma więcej cech pozytywnych czy negatywnych – odpowiedź byłaby równie trudna.

Strzeż nas, Santiago… można za to z pewnością powiedzieć, że jest to spektakl dyplomowy. Mnogość ról i środków, jakimi muszą posłużyć się aktorzy, stwarza każdemu z nich szansę wykazania się swoimi najlepszymi umiejętnościami. Nie tylko aktorskimi zresztą – pełno jest tu partii wokalnych, dopasowana do nastroju muzyka dociera „na żywo” do widza, bardzo istotna i dopracowana jest również gra świateł. Każdy ze studentów hiszpańskiej uczelni w toku akcji musi wcielić się w kilka diametralnie różnych charakterów, często przebierając się w biegu z jednego końca sceny na drugi. Nie sposób odmówić im tych zdolności. Docenić trzeba także doskonałą zespołowość grupy z Valladolid. Trudno jest wskazać osoby szczególnie wybijające się ponad zespół; nikt też od wymaganego poziomu nie odstaje.

Niestety, przy całym podziwie dla wykonywanej przez nich pracy, nie można nie wspomnieć o uderzających widza częstych dłużyznach. Akcja zdaje się szalenie rozwlekać, kluczyć wokół tematu, poruszać nadmiar wątków, pokazać nazbyt liczne miejsca i zganić zbyt wiele narodowych wad. Na początku istotnie pomocnymi w utrzymaniu koncentracji widzów są humorystyczne wstawki, zaskakujące dialogi, pomysłowe gagi. Skutecznie rozładowują niekiedy nazbyt gęstą atmosferę opowiadanych historii. Z czasem jednak i one zaczynają męczyć, a to za sprawą ich nierównego poziomu. We wszystkich aspektach spektaklu brakuje choćby luźnego przywiązania do jakiejś jednolitej konwencji. Ta wielogatunkowość, brak zdecydowania w rozłożeniu akcentów, utrudnia odbiór sztuki. Tym bardziej, że zapowiadająca się ciekawie intryga z czasem staje się zbyt przewidywalna, najeżona oczywistymi sytuacjami i rozwiązaniami, czego już nie naprawia nawet groteskowe jej zwieńczenie.

Strzeż nas, Santiago… jest sztuką zarówno w treści, wymowie jak i w formie bardzo hiszpańską. Po hiszpańsku wyglądają bohaterowie, hiszpański jest śpiew i taniec, narodowe akcenty pojawiają się w każdej scenie. Chwilami odczuwa się wręcz przesyt nawiązań do zakorzenionych w narodowej mentalności antagonizmów i stereotypów. Ten wielobarwny popis iberyjskiego kolorytu, wielość elementów lokalnej kultury, kusi obcego widza. Ale z czasem może go również przerosnąć. Dla zrozumienia sztuki niezbędna jest przynajmniej podstawowa wiedza na temat nowożytnej historii Hiszpanii, niemalże po dzień dzisiejszy. Zaś dla pełnego zrozumienia – Hiszpanią trzeba by żyć.

Pewne obrazoburcze akcenty związane choćby z katolicyzmem czy specyficzną formą patriotyzmu mogą być pouczające także dla polskiego widza. Ale czy na pewno międzynarodowa publiczność jest właściwym audytorium dla odbioru tej sztuki? Czy raz przerysowany, raz zbyt dosłowny opis postkolonialnej traumy będzie czymś atrakcyjnym dla uczestników i obserwatorów międzynarodowego festiwalu? I najważniejsze pytanie – czy użyte środki, formułowane wnioski i wypływające z przedstawionej historii nauki będą dla nich wystarczająco zrozumiałe?

Marek Skrzetuski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four + 3 =