Martyna Bielińska: Prymat pasji w teatrze

15 lipca 2012

Rozmowa z Tatianą Malinowską-Tyszkiewicz – reżyserem, kierownikiem oraz opiekunem Teatru Nie Ma ze Szczecina.

 

Martyna Bielińska: Proszę powiedzieć czemu warto wybrać się na wyreżyserowane przez Panią Kroki?
Tatiana Malinowska–Tyszkiewicz: Najważniejszą zaletą tego przedstawienia jest fantastyczny tekst współczesnego hiszpańskiego dramaturga.

Co zaważyło o wyborze groteskowej sztuki Antonia Alamo?
Ten tekst jest przede wszystkim bardzo ciekawie napisany. Z jednej strony jest współczesny, z drugiej podejmuje problemy ponadczasowe: słabość, starość, relacja rodziców z dziećmi, problemy pokoleniowe i związana z nimi niemożliwość porozumienia. Łącznikiem między pokoleniami stanie się karaluch. Dla jednych będzie problemem, dla innych przyjacielem, ale wszyscy będą musieli potraktować go jako punkt odniesienia. Sztuka Antonia Alamo urzekła mnie przede wszystkim komizmem w ukazywaniu problemów i ich niestandardowymi rozwiązaniami. Jednocześnie ta groteskowość nie pozbawia prezentowanych problemów tragiczności. Tekst zrobił na mnie po prostu ogromne wrażenie. Zastrzegam jednak, że poczyniliśmy pewne zmiany z nadzieją, że nie przysłonią one interesującej nas wymowy sztuki.

Pozostały cztery bohaterki. Niekiedy ten tekst jest traktowany jako przykład „nurtu kobiecego”. Czy zgodziłaby się Pani z takim twierdzeniem? Jak jest w przypadku Waszego przedstawienia?
Wymowa naszego przedstawienia zdecydowanie nie jest feministyczna, czy wpisująca się w „nurt kobiecy”, tego typu interpretacji należy się wystrzegać. Kobiecy punkt widzenia w przypadku Kroków wydaje mi się mało interesujący, ale jest to wyłącznie moja perspektywa.

Czego zatem może spodziewać się publiczność II Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Studenckich? Zaskoczenia formą, a może treścią?
Uważam, że forma w teatrze jest czymś może chwytliwym, ale nie docelowym. To znaczy dążenie wyłącznie do formy jest bezsensowne. Taki pogląd odbiega od mojego postrzegania tego z czym powinien wiązać się spektakl. Forma przedstawienia Kroki powstała jako odpowiedź na to, co chcieliśmy przekazać. Znów wracam do treści, która moim zdaniem jest elementem najciekawszym. Mam nadzieję, że uda nam się zaskoczyć widzów nieoczekiwanym rozwiązaniem problemów. Także samo ich ujęcie powinno zainteresować widownię. Ponadto uważam, że ogromnym atutem naszego przedstawienia jest aktorstwo. Odtwórczynie ról doskonale przedstawiają wiele odcieni relacji z karaluchem, co jest niecodziennym wyzwaniem dla aktora.

Spektakl Kroki został kilkakrotnie nagrodzony na festiwalach za aktorstwo oraz reżyserię. Na czym polegała Pani praca z aktorkami? Jak zostało osiągnięte porozumienie?
Kluczem przy tego rodzaju współpracy jest mój stosunek do aktorów. Nie traktuję ich jak amatorów. Dla mnie nie ma różnicy czy aktor ma dyplom, czy nie. Nasza praca polega na usiłowaniu zrozumienia postaci oraz zawartych w sztuce problemów, a także na własnej interpretacji tekstu. Opisany „mechanizm ”przy okazji każdego spektaklu pozostaje ten sam. Jest to żmudny proces.

Otwarcie przyznaje się Pani do bycia pracoholikiem. Czy wymaga Pani absolutnego poświęcenia i zatracenia w teatrze od swoich współpracowników?
Tak. W tej kwestii jestem despotyczna. Nie wymagam, by moi współpracownicy poświęcali dwadzieścia cztery godziny, ale dwadzieścia na pewno (śmiech). Staram się pamiętać, że oni mają swoje życie. Koryguję wymagania również dlatego, że przecież nie jest to teatr profesjonalny. Jako człowiek uczę się wyrozumiałości od początku pracy zawodowej.

W jednym z wywiadów stwierdziła Pani, że Niemaki, jak nazywa Pani swoich podopiecznych, nie są teatrem zawodowym, ale nie mieszczą się w nurcie amatorskim. Czy mogła by Pani rozwinąć tę myśl?
Najpierw musimy określić, jak rozumiemy pojęcie teatr amatorski. Jeżeli jako pochodną od słowa uwielbiać, kochać, to jak najbardziej Teatr Nie Ma może być tak definiowany. Natomiast jeśli to pojęcie zamyka się w haśle performance, to nasze działania mają się nijak do tak rozumianego teatru amatorskiego. Wciąż mam problem z jednoznacznym nazwaniem naszych poczynań artystycznych. My realizujemy przedstawienia, wyjeżdżamy na festiwale, uczestniczymy w warsztatach, ale również mamy swój repertuar, nie będąc teatrem repertuarowym. Trudno mi określić precyzyjnie nasze działania.

Śledząc repertuar Teatru Nie Ma, ma się wrażenie ogromnej swobody i pełnej dowolności realizowanych przedstawień: od klasyki, Gogola, Shakespeare’a, Becketta, przez Sarah Kane czy sceniczne wydanie autobiografii Marilyna Mensona. Czy równie dobrze odnajduje się Pani w każdej z tych odsłon teatralnych?
Owszem. Dla mnie każdy tekst, który czytam, musi zawierać coś nurtującego, co zaprząta myśli i wymaga zajęcia stanowiska. Rodzajem filtra jest mój światopogląd oraz doświadczenie. Skłamałabym mówiąc, że jestem absolutną przeciwniczką przemocy na scenie. Tak naprawdę na scenie może zdarzyć się wszystko z tym zastrzeżeniem, że wiemy po co używamy takich środków wyrazu. Wtedy wszelkie brudy wyciągane na sceniczne deski, nawet gwałt czy przemoc nabierają sensu. Jeżeli te elementy są wprowadzone dla wyższych celów jako środek do dalszych działań, to jest zupełnie inaczej odbierane. Często używa się na scenie przemocy wyłącznie by zszokować widza. Niestety moim zdaniem we współczesnym teatrze bardzo rzadko jest zadawane pytanie „po co robię spektakl?”. Jest wyłącznie forma i chęć zszokowania oraz płytkiego zaciekawienia, zupełnie zapomina się o powodach tworzenia.

Między Panią a współtwórcami Teatru Nie Ma jest obecnie przepaść pokoleniowa. Czy dobór repertuaru oraz współpraca wymagają pójścia na kompromis?
Mam nadzieję, że tego nie można nazwać kompromisem. Dla mnie to słowo ma negatywny wydźwięk. Nie chciałabym odbierać współpracy z moimi aktorami jako kompromisu. Moim zdaniem, kiedy to nastanie, Teatr Nie Ma umrze. Teatr nie może być budowany na kompromisie. Nasz teatr wyrasta ze zgody co do komunikatu, wypowiedzi. Kompromis uniemożliwiał by klarowne konstruowanie wypowiedzi scenicznej. Wkradł by się poprzez niego fałsz, a to by rzutowało na naszą wiarygodność.

Jak należy rozumieć postulat poszerzenia przestrzeni teatralnej jaki wysuwa Teatr Nie Ma?
Problem grania spektaklu w innej przestrzeni absolutnie dla nas nie istnieje. Potrzebujemy wyłącznie kilku godzin by oswoić przestrzeń. Wydaje mi się, że to zasługa tego, iż priorytetem dla nas jest wyeksponowanie istoty problemu. Aktorstwo, będąc bardzo żywą więzią między ludźmi, zdolnością odreagowywania na partnera w tej sekundzie, pozwala na dowolność w doborze miejsca do odgrywania spektaklu. Może on być prezentowany na ulicy, w mieszkaniu, gdziekolwiek. Jesteśmy otwarci na eksperymentowanie z przestrzenią. Regularnie jeździmy na fantastyczny festiwal do Nastazina gdzie gramy w stodole. Bywały sytuacje, kiedy grywaliśmy na ulicach. Obecnie pracujemy przy Uniwersytecie Szczecińskim i mamy do dyspozycji bardzo komfortową scenę oraz profesjonalny sprzęt. Gramy także w Teatrze Krypta i w Klubie 13 Muz.

Jest Pani związana z Teatrem Nie Ma już 14 lat. Czy na przestrzeni czasu koncepcja teatru ulegała zmianie?
Dla mnie teatr pozostaje tym samym, bardzo ważnym elementem mojego życia. Bardzo bym chciała by taką samą rolę odgrywał dla całego zespołu oraz dla naszej widowni. Teatr Nie Ma jest dla mnie dowodem na to, za marzenia się spełniają. Pragnęłam żeby moi podopieczni, którzy zaczynali jako dzieci, trwali w zespole również gdy będą dorośli i tak też się stało. W przypadku Teatru Nie Ma większość twórców jest ze mną od samego początku. Pewne zmiany zachodzą naturalnie, bo zmieniamy się jako ludzie. Choć ogólna koncepcja i waga teatru jest niezmienna od lat.

Zajmuje się Pani teatrem od wielu lat – czy konieczne jest podsycanie tej pasji? Czy reżyserowanie wciąż przynosi tyle samo satysfakcji i frajdy?
Owszem. Odkąd zajęłam się reżyserią w jednostce wojskowej na Syberii przed wieloma laty, moja pasja aż kipi, stan zaangażowania pozostaje absolutnie bez zmian.

Z dumą mówi Pani o swoich różnorodnych korzeniach: rosyjskich, ukraińskich, polskich, tatarskich, oraz żydowskich. Pani pochodzenie staje się przyczynkiem do posługiwania się działalnością teatralną jako orężem do walki z uprzedzeniami i stereotypami. Czy spektakl Kroki, również w ten sposób może oddziaływać zarówno na twórców jak i odbiorców?
W tym wypadku nie w sensie wymowy sztuki. Chociaż prawdą jest, że postrzegam teatr jako rodzaj łącznika między ludźmi oraz wierzę i widzę, że działalność teatralna może posłużyć do zmiany mentalności zarówno aktorów, jak i widowni. Tylko przez literaturę, dramaturgię, poznanie prawdy o ludziach, może zajść zmiana w umysłach moich aktorów, a potem odbiorców sztuki. Najdotkliwsze z mojej perspektywy są uprzedzenia i stereotypy narodowe. Jeszcze w Związku Radzieckim postrzegałam siebie jako obywatela świata, bez konkretnej narodowości. Myślałam, że to uczucie uda się zatrzymać przez całe życie, ale byłam w błędzie. Obecnie czuję się Rosjanką, która mieszka w Polsce i tak chyba już pozostanie. Siłę oddziaływania spektakl zawdzięcza poruszanej uniwersalnej tematyce, dzięki czemu jest czytelny dla każdego widza, niezależnie od narodowości.

A co kryje się pod nazwą teatru?
Nazwa nie jest moją zasługą. Została wymyślona przez założycielkę Teatru Nie Ma, wtedy licealistkę Karolinę Mazur. Ja zostałam zaproszona do współpracy już pod gotowym szyldem. Bodźcem do takiego pomysłu była młodzieńcza chęć bycia oryginalnym i nazwania teatru tak jak nikt nigdy przedtem. Przyznam, że nie jestem zachwycona tą nazwą. Głównie dlatego, że wierzę, iż słowa mają wręcz fizyczną wagę, moc oddziaływania. „Nie ma” pozostawia pieczęć na rzeczywistości, bo wiecznie borykamy się z brakiem dotacji czy pomieszczenia. Lecz ta nazwa do nas przylgnęła, jest już za późno na zmianę.

Dziękuję za rozmowę.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

nineteen − eighteen =