Mateusz Kaliński: 18 września 2016

22 września 2016
mat. Galerii Bardzo Białej

mat. Galerii Bardzo Białej

Niby to portal teatralny, a zjawia się Kaliński i nie o teatrze obiecuje pisać. Drugi to mój występek, ponieważ nie tak dawno opublikowałem tutaj esej o selfie. I wcale nie obiecuję nie pisać o teatrze w ogóle. Trudno jednak pisać o teatrze, którego wielbicielem nikt, absolutnie nikt, nawet w przypływie ogromu dobrej woli, nazwać mnie nie może. Jak w życiu związki rzecz jasna się pojawiały, tak ja w najlepszym wypadku reprezentowałem przypadkowość. I w tej przypadkowości zresztą przeokropny byłem, bo nie dla teatru teatr odwiedzam, lecz dla siebie, szukając słowa. Teksty dramatyczne zazwyczaj pozostają dla mnie jedynie tekstami, a ich wystawienia może nie tyle co są mi obojętne, co rozrzedzają się w natłoku innych doznań. I bądź tu człowieku mądry, i bądź tu wszechstronny. A absolutem wszechstronności być jednak nie można, nawet nie w stopniu zadowalającym choćby.

Nie oznacza to wcale, że teatry omijam łukiem szerokim czy zapominam o ich istnieniu. Nie oznacza wcale, że do teatru chodzić nie lubię. Jeśli dopisują okoliczności to z wielką przyjemnością udaję się na przedstawienie, tak jak z wielką przyjemnością doświadczam tego, w czym na co dzień nie uczestniczę. I tak właśnie w wyniku szczęśliwych zbiegów wypadków, znalazłem się wczoraj w Galerii Bardzo Białej na wernisażu Hard Rock vs. Romantic Boys. Wystawy wizualne może i nie były szczególnie zachwycające, jednak performances, a w szczególności jeden, dały mi sporo do myślenia.

Oto stoi przed państwem brodaty mężczyzna z owiniętymi wokół szyi pękami białej i czarnej kaszanki i, czytając zaczerpnięte z przestrzeni rzeczywistej i wirtualnej homofobiczne wypowiedzi naszych prominentnych polityków, odrywa kiełbaski i zgniata je emocjonalnie akcentując nazwiska autorów owych zdań. Muszę przyznać, że na twarzach widowni, a zapewne i mojej także, malowało się obrzydzenie, podsycone jednak specyficzną, może nawet złośliwą, satysfakcją. Kawałki zgniecionej kaszanki lądowały z plaskiem na posadzce, między innymi przy akompaniamencie pojawiającego się wyjątkowo często nazwiska Krystyny Pawłowicz. Artysta wręcz cedził je przez zaciśnięte zęby, sylaba po sylabie, jakby poprzez odpowiednią intonację odpowiadał na obrzydliwe, niczym paćkająca kaszana, słowa posłanki. Dodatkowego smaku  temu wystąpieniu nadał fakt, iż odbywało się ono dokładnie nad biurem poselskim Marka Jurka. Jednak było to także źródłem pewnego niedosytu. Otóż Marek Jurek także w swojej karierze także popisał się pewnymi ciekawymi mądrościami, które, choć zasłużyły na godne odczytanie, uhonorowane nie zostały.

Kiedy skończyły się karteczki z wypowiedziami autorytetów w kwestii homoseksualizmu, performer pozbierał rozdrobnioną kaszanę na tacę, każdemu na widowni wręczył po widelcu lub łyżeczce i stanął wyczekująco z tacą w dłoniach. I co teraz? Wstać i zjeść? Wstać i rzucić sztućcem? Niepewność trwała dobre kilka minut, aż jako pierwsza wstała pewna pani spod ściany i odłożyła łyżeczkę na podłogę. Po tym akcie sztućce poleciały lawinowo. Moja znajoma, z którą tam przyszedłem, rzuciła nawet pustym kieliszkiem po winie, co uznałem za dosyć odważny, ale i też interesujący pomysł. Nie wiem, czy takiej reakcji się spodziewał artysta, ale jeśli założyć, że rozdanie widelców było przypomnieniem, iż każdy posiada narzędzia, by „kaszanę mądrości” spożywać, to powinien być świadomy, że nie każdy ma na to ochotę. I dobrze. Jak mówi stare przysłowie, jesteś tym co jesz. A szczerzę wątpię, by ktoś ze zgromadzonych na wernisażu miał akurat apetyt na posłankę Pawłowicz.

Mateusz Kaliński

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 × two =