Mateusz Kaliński: Bełkot. 1 listopada 2016

3 listopada 2016

Niewielkie to ma znaczenie czy obchodzi się Wszystkich Świętych, czy Halloween, czy Dziady, lub w ogóle nic się nie obchodzi, jeśli obchodzenie (ewentualne nieobchodzenie) jest pretekstem aby utopić wszelkie pieniądze ­– utopić, zalać, wypić. Wybór tak naprawdę dokonuje się na poziomie dekoracji – trzeba podjąć decyzję, czy picie odbędzie się w towarzystwie znicza, dyni czy świecy. Ja osobiście preferuję opcję ostatnią, co prawdopodobnie wynika z mojego zamiłowania do romantyzmu. Z tego powodu wczoraj uczestniczyłem w Dziadach.

Trudno jednak nazwać to Dziadami rozumianymi jako obrządek. Wstęp tego tekstu pokazuje jakie to były „Dziady”. Wcale nie biegaliśmy po Powązkach ze świecami i egzemplarzami dramatu Mickiewicza. Wcale nie poszliśmy po zabawie na jedno, jedno tylko piwo. Wcale nie udało mi się kulturalnie spędzić nocy. Jednak mimo wszystko wierzę, że spotkanie w gronie osób o ogromnych potencjałach intelektualnych miało wartość co najmniej wysoką. Wszak zebrała się sama śmietanka i nie ma w tym cienia ironii. I śmietanką byliśmy najwytrawniejszą przynajmniej do momentu, w którym nie postanowiłem wyjść na dłuższy spacer.

Zazwyczaj wspomnienia z zakrapianej nocy są wątpliwe, o ile są jakiekolwiek. Wielka to strata, ponieważ pewne rzeczy chciałoby się pamiętać. I choć w swoich wczorajszych wspomnieniach poruszam się bez żadnej biegłości, to utkwił mi głowie jeden obraz. Właściwie to nie żadna scena, lecz wspomnienie ogólne. Jest coś fantasmagorycznego w imprezującej Warszawie. I to takiego dnia, jak wczoraj. Mimo wielu krzyków i protestów, Halloween obchodzi się z dużym entuzjazmem. Choć moje spojrzenie nie mogło być zbyt ostre, to jednak dostrzegłem niezliczoną ilość przebranych osób. I mimo że w wielu wypadkach sztampowość strojów przechodziła ludzkie pojęcie, to zdarzały się wyjątki nadzwyczaj interesujące, takie jak piękna i demoniczna lekarka szukająca dawcy organu.

Pierwszy kontrast: świece – sztuczna krew. Dziady – Halloween. Tradycja – tandeta. I tutaj mam całkiem dobry punkt wyjścia do moralizatorskiej tyrady na temat wartości tradycji. Jest jednak z nią jeden poważny problem. W moich oczach często nie różni się ona niczym od tandety. Dziady? Wszystkich Świętych? Kabotyństwo i kicz. Tak jak plastikowe znicze z melodyjkami wygrywanymi przez kilka następnych dni. I czy jest w tym coś złego? Absolutnie nie! Potrzebujemy kiczu i tandety, potrzebujemy się w niej zanurzać. Gdyby nie tandeta, nie mielibyśmy okazji by się napić (co oczywiście nie powstrzymałoby nas).

Drugi kontrast: Warszawa imprezująca – Warszawa umarła. Lubię, kiedy z okazji świąt miasto pustoszeje. Niemal milknie, co poranną głowę wyjątkowo cieszy. Jest trochę tłumów przy cmentarzach, ale jeśli tam się dziś pojawię, to tylko przypadkiem, więc nie martwi to za bardzo. Swoją drogą, naustawiają ludzie na grobach setki, tysiące zniczy i wieczorem będzie to naprawdę ładny widok.

Niewielkie znaczenie ma wybór między Wszystkich Świętych i Halloween (tak naprawdę nie trzeba wybierać, czego jakby wielu nie rozumiało). W tych świętach niekoniecznie musi chodzić wyłącznie o wspominanie zmarłych czy oswajanie śmierci. Odnoszę wrażenie, że wszelkie obrządki stały się festiwalem tandety, której zadaniem jest oderwanie nas wszystkich (wierzących i niewierzących, obchodzących i nieobchodzących) od codzienności. Naprawdę traci na znaczeniu okazja i sposób. Wyrażam pogląd (może heretycki), że wypicie wódki po wcześniejszym złożeniu znicza na grobie dziadka nie sprawi, iż alkohol uderzy łagodniej.

Mateusz Kaliński

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

nineteen + 12 =