Mateusz Kaliński: Bełkot. 10 stycznia 2017

19 stycznia 2017

Bełkot/Mateusz Kaliński

Kilka miesięcy temu przez chwilę pracowałem jako recepcjonista w jednym z hosteli na Pradze. Nie zostałem tam na dłużej – możliwe, że to kwestia wrodzonego lenistwa i skłonności do znudzenia, choć tłumaczę to sobie także niechęcią do spędzania kolejnych nocy przy biurku. Oczywiście, jako nowy pracownik, dostawałem głównie nocne zmiany, co, jeśli chodzi akurat o miniony maj, mógłbym nazwać niemałym przewrotem w trybie życia.

W hostelu podczas godzin nocnych panowała dosyć ciekawa atmosfera, jednak daleki jestem od nazywania jej magiczną. Magia czy urok mające panować w tego typu przybytkach to raczej skojarzenie, które wziąłem prawdopodobnie z jakiejś powieści lub filmu. Klimat praskiego Hostelu porównałbym do specyficznej poczekalni autobusowej. Specyficznej przez złudzenie sterylnej czystości, wynikającej z przeprowadzonego chwilę wcześniej remontu. Czy hostel rzeczywiście może być sterylnie czysty? Myślę, że do tego potrzebne są przede wszystkim spokój i cisza.

Przez większość nocy nie działo się nic. Nie pojawiali się żadni nowi goście, nikomu nie przychodziło do głowy się wymeldowywać. Z rzadka ktoś szukał łazienki. Nie mogąc usnąć, spędzałem godziny na przeglądaniu Facebooka lub czytaniu. Regularnie co godzinę wychodziłem przed budynek zapalić. Minuty ciągnęły się niemiłosiernie. Słuchałem jak ustaje ruch tramwajów, jak milkną okrzyki pijaków z pobliskiego parku, jak wszystko zamiera. Jednak cisza i spokój, okazja do nadrobienia lektur zazwyczaj przepadała. Niemal zawsze, nie wiedzieć czemu dokładnie pomiędzy drugą a trzecią, ktoś uparcie postanawiał dostać się do środka i zwykle bywał przy tym dosyć agresywny lub hałaśliwy, tak jak dwóch mężczyzn w średnim wieku próbujących znaleźć pokój na godzinę, aby móc ugościć swoje towarzyszki. Z ich chaotycznych relacji wnoszę, że byli pod wpływem bliżej nieokreślonych środków, co tłumaczyłoby determinację w szukaniu wolnych łóżek, nawet pod biurkiem recepcji. Innym razem miałem okazję sprawdzić swoją znajomość rosyjskiego w zakresie topografii okolicy ze szczególnym uwzględnieniem sklepów monopolowych. Przychodzili pijani (albo mający w najbliższej przyszłości pijanymi zostać), naćpani (analogicznie do pijanych), napaleni, wściekli, nierozgarnięci, radośni, przerażeni, smutni. I to wszystko pomiędzy drugą a trzecią w nocy.

Miałem podejrzenie, spotęgowane zapewne przez brak snu, że jest to spisek, mający na celu wystawienie moich talentów recepcjonisty na próbę. Prascy dżentelmeni, ugadani z właścicielem, przybierali najciekawsze (lecz przy tym najtrudniejsze) pozy i ruszali na kontrolę. Popadałem w pewien rodzaj paranoi, którą leczyłem jak mogłem poza zasięgiem kamer. Zresztą niektórzy kontrolerzy sprawiali wrażenie takich, którzy zdziwieni byliby brakiem choćby nutki czegoś mocniejszego w powietrzu.

Przedświty recepcjonisty polegały już tylko na odliczaniu czasu do wyjścia. Nikomu nie przychodziło do głowy szukać czegokolwiek na recepcji. Żadnych kontrolerów (oni też muszą spać), ani żadnych gości (oni nawet nie wstawali, kiedy jeszcze byłem na zmianie). Słońce wznosiło się powoli i oświetlało przez okno wnętrze hostelu. Budziłem się ze wszelkich paranoi, zapominałem o dżentelmenach i ich towarzyszkach, wsłuchiwałem się w ruszające z pętli tramwaje. Później, patrząc z okien pociągu na Wisłę, wyczekiwałem nadejścia spokoju i ciszy.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

six − four =