Mateusz Kaliński: Bełkot. 20 grudnia 2016

22 grudnia 2016

Bełkot/Mateusz Kaliński

Wydawałoby się, że święta, a raczej okres świąteczny, który rozciąga się tak ładnie od początku listopada do początku stycznia, to czas specjalny, czas wyjątkowy. A tu nic. Nic w sensie najobszerniejszym, nic absolutne, ponieważ ani świąt, ani przedświąt dotąd nie zauważyłem.

Nie zauważyłem właściwie już kolejny raz z rzędu. Nie było Bożego Narodzenia rok temu, nie było Wielkanocy (tej akurat prawie nigdy nie było), o świętach mniejszych aż głupio wspominać, ponieważ mało kto je zauważa. Czuję irracjonalną presję, aby się na ten temat wypowiedzieć, ale co można jeszcze o tym napisać? Wspominać? To, że zacierając zmarznięte ręce wypiło się co nie co w parku po północy? Swego czasu była udana seria pasterek na mrozie. Na jednej nawet stawiłem w kościele skuszony barokową oprawą, ale (a jakże!) tak pijany, że wytrzymałem w zaduchu tłumu raptem pół godziny. Spacerowałem potem po opustoszałej starówce i zaglądałem do witryn antykwariatów, jednak wtedy, mimo wszystko, święta jeszcze czułem.

Odczuwanie świąt nigdy nie miało u mnie przesadnie religijnego wydźwięku. Nawet zanim zacząłem określać siebie jako niewierzącego. Wszystko odbywało się w ramach tradycji, choć odpowiedniejsze wydaje się wyrażenie „w ramach przyzwyczajenia” (przymusu społecznego?). Najbardziej ze wszystkiego interesował mnie świąteczny wystrój miasta: te paskudnie kiczowate lampki, choinki w przypadkowych miejscach, poustawiane na Krakowskim Przedmieściu wielkie atrapy prezentów. Wystrój niemożebnie tandetny, obowiązkowy kicz coroczny, który uwielbiałem. Istnym rajem był dla mnie Królewski Ogród Świateł przy pałacu w Wilanowie, gdzie popadałem w dziecięce zachwyty na widok tysięcy światełek na najpewniej przypadkowo dobranych figurach, wśród których brakowało jedynie dziewczynki z zapałkami i chłopca o kulach w obdartych ubraniach. Tak bardzo rozciągam zachwyt nad kiczem świątecznej estetyki, że można by odnieść wrażenie, iż popadam w przesadną wręcz ironię, lecz zapewniam – nie ma szyderstwa w tym, co napisałem.

Rudolf/rys. Alicja Szewczyk

Rudolf/rys. Alicja Szewczyk

Z tą samą radością oglądałem regularnie Love Actually, które moim zdaniem najlepiej imituje atmosferę świąt (akurat Kevina nigdy nie lubiłem), z tym samym zapałem ubierałem choinki, nakrywałem do stołu lub przygotowywałem jakieś potrawy. Uczyłem się grać na gitarze kolędy, podejmowałem nawet próby wyrzępolenia Cichej nocy na skrzypcach. Pławiłem się w odrealnieniu.

Jednak tego także już nie ma. Owszem, zauważyłem jakieś ozdoby na latarniach przy Nowym Świecie, dostrzegłem lampki pozawieszane na wielu balkonach, prawie przewróciłem kilka choinek, lecz nie umiałbym powiedzieć, jakie to były lampki albo gdzie stały choinki. Najprawdopodobniej znowu wyląduję w Wigilię gdzieś na mrozie i wypuszczając kłęby pary z ust będę życzył bełkotliwie wesołych świąt komu popadnie. Przelejemy się opłatkiem i zanucimy w myślach kolędę.

Wydaje mi się, że anemicznej atmosferze, która pozostała, bliżej do Żółtego szalika niż do Love Actually. Pasowałby też Kompleks polski Konwickiego. Łatwo mi sobie wyobrazić siebie stojącego w ogonku u jubilera, tak samo łatwo odczuć zniechęcenie udzielające się bohaterom wspomnianej powieści. Możliwe, że w okresie świątecznym popadam w zgorzknienie spowodowane nieodczuwaniem. Właściwie to może i Boże Narodzenie się uchowało, ale jako dodatek do niego pojawiło się jakieś znudzenie.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

10 + 19 =